Dodaj do ulubionych

Szpital Bielański

26.02.08, 11:25
Jestem w 10 tyg ciąży i jeszcze bez lekarza prowadzącego. Chciałabym
rodzić w Spitalu Bielańskim i potrzebuję namiar na sprawdzonego,
dobrego lekarza z tego szpitala. Z góry dziękuję
Obserwuj wątek
    • nel82 Re: Szpital Bielański 26.02.08, 19:52
      Ja tez jestem zainteresowana porodem w bielanskim, moze sa
      dziewczyny ktore tam rodzily? Slyszalem b. rozne opinie nt.
      bielanskiego ale najczesciej pojawilo sie stwierdzenie o fatalnej
      opiece nad noworodkiem. Bardzo prosze o informacje.
      Pozdrawiam,
      Nel
      • 987ania To chyba wątki nie na to forum 26.02.08, 20:15
        Poszukajcie na Szpitale
      • sliva78 Re: Szpital Bielański 23.09.08, 16:01
        witam rodziłam moje pierwsze dziecko w tym szpitalu niedługo będzie już trzy
        lata , obecnie jestem w drugiej ciąży i też chce tam urodzić. Opieka wspaniała,
        polecam.
      • men.ka Re: Szpital Bielański 20.11.08, 16:24
        jestem w 11 tyg. ciąży,skierowano mnie do szpitala bielańskiego na
        patologię ciąży poniewaz mam poważną nadczynność tarczycy i
        wytrzeszcz oka prawego.jechałam 120km do tego szpitala,od godz.18 do
        24 czekalam aż pani dr.łaskawie mi powie czy mnie
        przyjmą.powiedziano mi że niestety nie bo to nie ich sprawa,że mam
        iść na oddział endokrynologiczny.poszłam,tam nie było wolnych miejsc
        i powiedzieli że jeżeli mam skierowanie na patologię to muszą mnie
        przyjąć.udalam się jeszcze raz na patologię,ok godz 24 przyszła pani
        dr.i stanowczo powiedziała mi że mnie nie przyjmą,że oni takich
        małych 11tygodniowych zagrożonych ciąż nie przyjmują.
        dlatego naprawdę nie polecam tego oddziału.jak można matkę z
        zagrożoną ciążą odesłać do domu,a mieli miejsca.
    • iwonaw10 Re: Szpital Bielański 01.03.08, 12:42
      Bardzo fajnym i dobrym lekarzem jest dr. Kretowicz. Ma również
      prywatny gabinet na ul. Floriańskiej (tel.022-616-13-87). Chodzę do
      niego od lat i jak narazie nie wyobrażam sobie zastąpić go kimś
      innym:-) Jeśli chodzi o sam szpital to poród wspominam super (bez
      opłat i prywatnej położnej) ale jeśli chodzi o późniejszą opiekę -
      kompletna klapa. Żadna z szanownych pielęgniarek nie wykazała się
      niczym, kompletny brak profesjonalizmu i zainteresowania pacjentami.
      A pani od laktacji nie doczekałam się wogóle - w trakcie jej wizyty
      byłam w łazience i mimo 2 próśb o jej przyjście - nie pojawiła się:-
      (((((( Także porodówce daje duuuży plus ale później - nawet na minus
      nie zasługują!
      • jo-asiunka Re: Szpital Bielański 01.03.08, 19:07
        potwierdzam, ze dr Kretowicz to wspaniały lekarz, świetnie zająl się mną na
        izbie przyjęć. w ogole o personelu szpital mam jak nejlepsze zdanie, nie
        oplacalam polożnej a do lekarza chodzilam do poradni K.
        Na koniec ciaży wylądowalam na patologii ciaży i lekaze właśnciwie wszyscy byli
        wspaniali.
        Też słyszalam same negatywne opinie na temat opieki noworodkowej - bardzo miło
        się rozczarowałam - dzięki pielęgniarce z noworodków w ogóel karmie piersią,
        wszsytkie dzieci były codziennie kąpane (chociaz słyszałam, że w ogóle nie kąpią
        dzieci), dokarmiane bez słowa. pielegniarka laktacyjna byla w naszym pokoju trzy
        razy i to bardzo długo, a zwykle pielęgniarki też pomagały.
        W zasadzie złego słowa nie moge powiedzieć.
    • kamanik Re: Szpital Bielański 02.03.08, 18:29
      Godnym polecenia lekarzem ze szpitala Bielańskiego jest doktor
      Jędra. Nie wiem czy przyjmuje w poradni K, natomiast ma gabinety w
      dwóch miejscach - w Warszawie i w Raszynie.

      Jeśli chodzi o sam poród - to rodzi się z położną. Ja mam
      wypróbowaną panią Basię Aleksandrowicz. Rodziłam z nią pierwsze
      dziecko - 4kg niemowlę w 6 godzin. Poza tym rodziły z nią moje
      koleżanki, kuzynki i siostry. Na 10 marca mam termin kolejnego
      porodu i pomimo, że mieszkam 60 km od szpitala Bielańskiego tam
      zamierzam rodzić kolejny raz.
      • aganawrocka Re: Szpital Bielański 06.03.08, 10:07
        Do Jędry trafiłam na początku ciąży pod koniec sierpnia, do
        przychodni przyszpitalnej szpitala bielańskiego. Pierwsza wizyta nie
        napawała optymizmem, lekarz mnie co prawda zbadał(tylko żeby
        stwierdzić ciążę), ale nic nie odpowiedział,na moje próby dowiedzenia
        się czegokolwiek, co wolno, czego nie, odpowiadał zdawkowo:"mhm",
        lub: "yy".Stwierdziłam, ze może miał zły dzień, śpieszył sie itp. w
        końcu lekarz też człowiek.
        Druga wizyta trwała ok. 3-4min. nie zbadał mnie, zapytał, czy
        wszystko w porządku(a niby skąd ja mam to wiedzieć, czy w
        porządku?!?). Kiedy powiedziałam mu, że raczej nie, bo mam bóle
        brzucha, powiedział, że w ciąży to normalne, bo macica się rozrasta,
        nie dał skierowania na żadne badanie, żeby sprawdzić czy wszystko
        ok, ze mną i dzieckiem. Jednym słowem: boli?-to niech boli, tak ma
        być, chciałaś ciąży to cierp.
        Kolejna wizyta wyglądała podobnie-ok. 3-4 min. bez badania.Brzuch
        nadal bolał, zgłosiłam-odpowiedź ta sama - tak ma być i koniec!!!Do
        tego wszystkiego przyplątał sie stan zapalny pochwy, groźny w ciąży.
        Bez badania czy rzeczywiście go mam i co to właściwie jest, wypisał
        mi globulki.
        Następna wizyta. Tabletki pomogły tylko na chwilę, stan zapalny
        wrócił.Przepisał mi inne globulki oczywiście znów nie badając.
        Miałam zasłabnięcia, więc powiedziałam,że podejrzewam, że to
        tarczyca daje o sobie znać, bo miałam już z nią kłopoty.Dał mi
        skierowanie na badanie krwi w kierunku hormonów.
        W połowie kuracji lekowej nie wytrzymałam już pieczenia i swędzenia
        (panie, które to przechodziły, wiedzą o czym mówię), porostu nie
        mogłam siedzieć, bo leki jeszcze nasiliły objawy zapalenia.
        Zgłosiłam się do Jędry ponownie (byłam też parę dni wcześniej, ale
        lekarz dosłownie wygonił mnie z przychodni, bo:"nie widzi pani co
        się tu dzieje?!? kolejkę mam, do swego lekarza!!!).Powiedziałam o
        swoich dolegliwościach, ze tabletki nie pomagają, dają wręcz
        odwrotny efekt. Nie zbadał mnie oczywiście, powiedział, że teraz
        przepisze mocniejsze globulki i .... przepisał znów te co
        wcześniej!!! Kiedy wyciągnął moja kartę, wysunęły się z niej wyniki z
        krwi na hormony, zapytałam jak wyszły. Na biurku leżały trzy kartki
        z wynikami, odwrócone "do góry nogami". Lekarz pisząc receptę,
        zerknął na nie kątem oka, nie zadał nawet sobie trudu, żeby je
        przejrzeć, po czym odpowiedział:"wszystko w porządku". Cała wizyta
        trwała tyle co wypisanie recepty...
        Kiedy stamtąd wyszłam, wykupiłam leki a kiedy zorientowałam się, ze znów
        dostałam te same, zachciało mi się płakać z bezsilnej złości i
        żalu, że straciłam tyle czasu, chodząc na wizyty do kogoś takiego, bo
        trudno tego pana nazwać lekarzem.
        Podsumowując: chodziłam przez 19 tyg. ciąży do lekarza, który mnie
        nie badał, nie patrzył na wyniki badań, nie interesował sie czy coś
        mnie boli, co dolega, nie zbadał ANI RAZU tętna dziecka!!!!! i
        leczył przez 3 miesiące na stan zapalny nie robiąc wymazu, ani nawet
        nie sprawdzając czy w ogóle mam stan zapalny, czy nie jest to coś
        innego....
        Decyzje, czy skorzystać z usług tego człowieka, który pacjentów nie
        traktuje bynajmniej po ludzku pozostawiam Paniom
      • e.markowa Re: Szpital Bielański 06.05.08, 21:15
        Ja mam termin porodu na koniec czerwca i poszukuję położnej z
        Bielańskiego - bardzo proszę o przesłanie namiaru na p.
        Aleksandrowicz lub na inną godna polecenia - podaję email
        elzieta.koza@wp.pl. Z góry dziękuje!
    • onestonia Re: Szpital Bielański 04.03.08, 11:40
      Witam, Moja żona rodziła w lutym 2008 w szpitalu Bielańskim. Mogę Ci
      polecić wspaniałą położną - Joannę Pułkowską. O ile oddział
      położniczy jest OK, to niestety opieka nad noworodkami pozostawia
      wiele do życzenia. Jeżeli chodzi o lekarza to z całego serca
      polecałbym Ci doktora Marcina Woźniewicza ze szpitala
      Czerniakowskiego. A wiem co mówię. Poznaliśmy go w dosyć trudnych
      dla nas okolicznościach na jesieni 2006 roku kiedy moja żona
      poroniła przez złe prowadzenie ciąży przez poprzedniego lekarza i on
      już nic nie mógł zrobić. Od razu wzbudził nasze zaufanie swoją
      fachowością, życzliwością i wiedzą. Od tamtego czasu cały czas
      prowadził moją żonę. A kiedy okazało się, że jest ponownie w ciąży
      wspaniale zajął się moją żoną. A wiem co mówię bo byłem z żoną na
      każdej wizycie. Sam wykonuje badanie USG i uwierz mi, że jest to
      komfortowa sytuacja. W 22 tygodniu ciąży na rutynowej wizycie
      stwierdził u żony początki skracania szyjki macicy. Za kilka godzin
      była już w szpitalu i założył jej szew szyjkowy. Poźniej co 2
      tygodnie regularnie kontrolował stan ciąży, łącznie z pobieraniem
      posiewu z szyjki. Dzięki jego wnikliwości, skrupulatności, ogromnej
      wiedzy i doświadczeniu w lutym urodził się nasz upragniony synek.
      Niestety szpital Czerniakowski był ( chyba jest do końca marca 2008)
      i musieliśmy rodzić w Bielańskim. Nasz lekarz polecił nam wspaniałą
      położną Panią Joasię Pułkowską. Pomimo, że nie jest lekarzem z tego
      szpitala cały czas był z nami w kontakcie i zawsze służył swoją
      fachową wiedzą o każdej porze dnia i nocy.
      • orso_orso Re: Szpital Bielański 05.03.08, 12:04
        Witam,

        rodziałam w Bielańskim w padzierniku 2007 - miałam planowane cc.
        Opieka na sali pooperacyjnej suuuper jeżeli chodzi o opiekę nad
        noworodkami to raczej średnio. Na panią od laktacji się nie
        doczekałam, od pediatry nic się mogłam dowiedziec, ale pielęgniarki
        to już troszkę inna kwestia - ja wykupiłam sobie prywatną opiekę na
        jedną noc a potem staram się sama sobie radzic jak się uparłam to w
        końcu któraś przyszła. Bardzo jestem zadowolna z opieki pielęgniarki
        Małgosi (ta wykupiona) i Magdy ( ta poprostu jest zawsze pomocna i
        uśmiechnięta).
        Natomiast co do lekarza prowadzącego to polecam dr Dynowskiego - nie
        jest za specjalnie rozmowny i wylewny ale bardzo rzeczowy i
        konkretny. Ja chodziłam do niego na wizyty do CM LIM a podobno ma
        jeszcze gabinet na Ursynowie.

        Pozdrawiam
      • mariapiet Re: Szpital Bielański 21.11.08, 12:48
        czy mogłabym prosić o namiary (telefon)do położnej Joanny
        Pulkowskiej lub ew. innej położnej ze Szpitala Bielańskiego, która
        prowadzi indywidualną opiekę podczas porodu (mam na myśli opłaconą
        dodatkową opiekę).
        niestety mam tylko kontakt do p. Strusińskiej, która prowadzi szkołę
        rodzenia, ale nie chciała mi podać telefonu do położnej ponieważ
        stwierdziła, ze mogę info o położnych oferujących indywidualną pomoc
        znalezc w internecie - niestety nie udało mi się to.
        moj e-mail: mariapiet@interia.pl
        Z góry serdecznie dziękuję, Maria
    • stokrotka_28 Re: Szpital Bielański 17.11.08, 21:33
      oto pamiętnik z pobytu w szpitalu Bielawskim

      A więc wszystko zaczęło się dość tradycyjnie-zaszłam w ciążę. W
      ciążę oczekiwaną i chcianą. Cieszyłam się jak głupia i wszystko
      przeżywałam/przygotowywałam w najdrobniejszym szczególe. Nic nie
      zapowiadało tragedii jaka się miała wydarzyć...
      Chodziłam grzecznie na wizyty kontrolne, na USG i robiłam wszystkie
      wymagane badania. Wszystko wg. lekarzy było idealnie, poza
      podwyższonym stanem wód płodowych. Podwyższony stan wód nie wzbudził
      jednak zbytniego ich zainteresowania, gdyż jak twierdzili dziecko
      było zdrowe. Twierdzili tak na podstawie USG i nie zadawali sobie
      trudu dalszego zgłębiania tematu.
      Na przykład dr. Trasujka mówiła (prawie krzyczała) „to jest tylko
      podwyższony stan wód płodowych, czyli jeszcze w normie, więc pani
      się nie denerwuje, bo pani dziecku zaszkodzi”.Jako że dr. Trasujka
      nie miała uprawnień, więc kierowała mnie na USG do innych lekarzy. W
      efekcie drugi lekarz Dong (też z Enek-Medu), który robił USG
      mówił: „pani mierzy centymetrem obwód brzucha i jak przyrośnie za
      bardzo, to prosze się zgłaszac”, co dr. Trasujka od razu
      zanegowała „bo przeciez jak dziecko rośnie to i brzuch rośnie”.
      Dr. Dong jeszcze się asekurował i zaprosił mnie za miesiac na
      ponowne badanie USG, dodając „że jakby coś było nie tak to można
      jeszcze tę ciążę usunąć”, czyli coś biedakowi nie grało- wiedział,
      że w którymś kościele dzwonią, ale nie wiedział w którym i w efekcie
      zamiast skierować mnie na badania prenatalne (gdzie ewidentną
      przesłanką był poziom wód płodowych na granicy wielowodzia)
      zaspokoił się zaproszeniem mnie na USG za miesiąc. Za miesiąc nic
      nie zobaczył....
      Zatem byłam spokojna i pewna, że dziecko jest zdrowe :-)
      Kolejny lekarz prowadzący ciążę (już z mojego ulubionego szpitala
      Bielawskiego) -dr. Biznesowski, też nic nie widział, za to za USG
      potrafił wziąść 300 złotych. Wizyty u doktora Biznesowskiego były
      konieczne, bo szpital Bielawski (dalej zwany rzeźnią) przyjmuje
      przede wszystkim pacjentów od swoich lekarzy i to już chyba wszyscy
      wiedzą.... inaczej trzeba rodzić na ulicy albo w domu....Często na
      drzwiach izby przyjęć wisi oficjalna karteczka, że brak miejsc,
      ale „swoich” przyjmują... Taki prywatny folwark nic dodać nic ująć.
      Wracając do przebiegu ciąży: pod koniec ciąży pan Biznesowski
      zalecił, żebym poszła do rzeźni na kontrolę KTG (czyli kontrolę
      zapisu tętna dziecka), a przypadało to na 3 tygodnie przed terminem
      porodu (gdzie normą jest kontrola w planowanym terminie). A więc też
      mu coś świtało, ale co to już wyjawić nie chciał. Skasował za to
      kasę za wizytę i życzył powodzenia.
      Niedługo potem zgłosiłam się do rzeźni, zgodnie z przykazaniem. Za
      pierwszym razem „udało mi się” bo KTG wypadło dobrze i mogłam
      przyjść za tydzień. W kolejnym tygodniu KTG codziennie było złe, bo
      było mało reaktywne, czyli zachodziło podejrzenie że dziecko śpi lub
      jest niedotlenione, ale miałam się najeść i wrócić na powtórne
      badanie. Wieczorne KTG już lekarzy uspokajało, bo było bardziej
      reaktywne... W konsekwencji wypuszczali mnie do domu i kazali
      przyjść następnego dnia na ponowną kontrolę.
      Po tygodniu już mnie samą tknęło, że dłużej tak przychodzić
      dwukrotnie w ciągu dnia nie dam rady, zwłaszcza, że izba przyjęć
      jest przepełniona. Pogodziłam się że zostanę zamknięta w szpitalu i
      sama zaproponowałam to dyżurnej lekarce-zgodziła się. Zostałam
      zamknięta w celu monitoringu KTG dziecka. Było to na 10 dni przed
      terminem porodu. Byłam wykończona i psychicznie i fizycznie.
      W rzeźni skrupulatnie odnotowano, że jestem pacjentką dr.
      Biznesowskiego. W efekcie w ogóle mnie przyjęto i ofiarowano
      dwuosobowy pokój. Niestety zapomniano wymienić pościeli, także
      trochę tylko była zmiętolona...
      No i zaczęła się gehenna jak na rzeźnię przystało...
      Badań tam nie robiono prawie wcale, a już na pewno nie w weekendy-
      bo co by się nie działo-to w weekendy na oddziale patologii ciaży
      się po prostu odpoczywa. I warto o tym pamiętać.
      Za to jak mi zrobiono pewnego razu USG to zapamietałam je na całe
      życie. Mianowicie wykonywała je stażystka podpisująca się bezprawnie
      za doświadczonego lekarza. W dodatku ten doświadczony lub po prostu
      uprawniony do robienia USG lekarz nie był obecny. I ta dziewczyna
      mogła mówić i pisać co chce...
      Przede wszystkim wypowiadała się o stanie dziecka takimi
      niedopowiedzeniami, że myślałam, że umrę ze strachu o dziecko
      (pamiętajmy, że żyłam w przekonaniu że córka jest zdrowa).
      Stwierdziła np.:
      -że dziecko jest małe (a ważyło po urodzeniu ponad 3 kilo) takim
      tonem jakby to był wyrok,
      -że mam wielowodzie (żaden poprzedni lekarz tego nie stwierdził i co
      najciekawsze 5 dni później doświadczony lekarz skorygował to i
      dopiero jej pokazał jak się mierzy poziom wód płodowych)
      i ze tylko prawidłowe przepływy krwi nas ratują a od czego to już
      nie dodała...
      Tak więc oszalała ze strachu zwróciłam się do dr. Biznesowskiego.
      żeby mi wyjaśnił o co chodzi, a ten stwierdził że wszystko jest
      dobrze i niepotrzebnie panikuję natomiast tą stażystkę podobno
      opieprzył, że straszy jego pacjentki. Uspokoiłam się ale nie na
      długo...
      Mój spokój skutecznie zaburzały panie położne, które można porównać
      do skorupiaków -tak twardą mają skorupę by być znieczulone na
      nieszcześcia podopiecznych. Ogólnie zero empatii, za to 100%
      lenistwa. Np. jednej z pacjentek pękł pęcherz płodowy i napełniała
      przez całą noc baseny, których nie było komu wylać, bo panie
      położne są przecież nie od tego, a salowej dziwnym trafem tej nocy
      nie było. W efekcie smród dominował w sali i pozostałe pacjentki nie
      mogły spać.... Swoją drogą ciekawe jak się spało w tym czasie paniom
      położnym, które zamiast w nocy dyżurować, zazwyczaj spały na kanapie
      w korytarzu.....Nieszczęśliwym zrządzeniem losu ta kanapa była
      akurat naprzeciwko tego pokoju....
      Lenistwo tych pań objawiało się też na różne inne sposoby np. rano
      nie chciało im się przyjść po termometry (trzeba było samemu
      odnosić), nie chciało się odpiąć KTG, nie chciało się zamknąć drzwi
      do sali do której wchodziły, nie chciało się nawet powiedzieć dzień
      dobry....
      Panie te nie grzeszyły też uprzejmością: na przykład, gdy pewnego
      razu po raz kolejny niechcący nacisnęłam przycisk alarmowy (bo
      miałam za duży brzuch i nie mieściłam się w łazience), usłyszałam ze
      nie jestem na wczasach i co ja w ogóle sobie wyobrażam! A przecież
      przepraszałam ją za fatygę przejścia 10 metrów z dyżurki do mojej
      sali....Innym razem jedna z tych pań użyła do jednej z pacjentek
      zwrotu „przesuń się słonico”. Z pewnością „słonica” poczuła się
      bardzo miło.
      Zapamiętałam też odwiedziny mojej bratowej z bratankiem, którzy
      weszli do mnie na oddział i zostali jeszcze szybciej wyproszeni niż
      weszli, gdyż zgodnie z przepisami dzieci nie mogą wchodzić na
      oddział. Jednocześnie pacjentki nie mogą wychodzić z oddziału, więc
      trochę absurdalna sytuacja, ale ok, jak przepisy to przepisy. I
      byłoby wszystko dobrze, gdyby ta sama pani nie pozwoliła przebywać
      innemu dziecku na oddziale w tym samym czasie....
      Ale był wyjątek - była jedna, dosłownie jedna położna -wspaniała
      osoba rzeczywiście z powołaniem, która potrafiła z pacjentkami
      porozmawiać-odpowiedzieć na wszystkie nurtujące pytania, wyjaśnić
      tysiące niedopowiedzeń, które pozostawiali po sobie „lekarze” i
      jeszcze pożartować. Nazwiska jej nie wymienię, bo ta sama pani
      przyznała, że z całej ekipy „lekarzy” jeden jest tylko godzien
      nazywania lekarzem, gdyż rzeczywiście bada pacjentki...
      Zaangażowanie lekarzy w leczenie niech odzwierciedlą obchody, które
      trwały od jednej do trzech minut i przede wszystkim polegały na
      zaprezentowaniu się pani ordynator oddziału na czele peletonu
      studentów. Zaś w następnej kolejności na pozdrowieniach typu: jak
      się pani ma? d
    • stokrotka_28 Re: cd. pamiętnika z pobytu w szpitalu 17.11.08, 21:37
      nie musisz nic wiedzieć - idziemy dalej do następnej sali). Czasem
      jakaś pacjentka zdążyła zadać pytanie, ale to było doprawdy
      bezcelowe, bo odpowiedzią był zawsze jakiś tajemniczy ogólnik
      typu „zobaczymy” „za dużo by pani chciała wiedzieć” itd. Także
      sztukę zbywania pacjentek lekarze opanowali doskonale. W ten sposób
      narastały domysły odnośnie stanu zdrowia (własnego lub dziecka) i
      psychoza strachu. Co będzie? Jak się czuje dziecko?! Jakie badania
      planują? Kiedy mnie wypiszą i czy w ogóle wypiszą? To były niestety
      pytania retoryczne.
      Podsumowując, obchody były krótkie i niestety mało treściwe -
      przypominały pozdrowienia turystów w Turcji przez Turków, którzy
      znali tylko jedno zdanie po polsku „jak się masz?” po czym nie
      czekając na odpowiedź sami sobie odpowiadali „jako tako” i
      zadowoleni odchodzili.
      Śmiałam się do łez z jednego obchodu podczas którego lekarz wszedł i
      otrzymał szybko przeze mnie zaserwowane pytanie (trzeba bylo się
      spieszyć zanim wyjdzie) i tak się skupił na zdawkowej odpowiedzi i
      szybkim odwrocie, że nie zauważył koleżanki obok, która jak
      gepardzica szykująca się do skoku, czekała już z otwartymi ustami,
      żeby zadać swoje pytanie, niestety nie zdążyła... Taka przyjemność
      jak obchód przepadła mi niestety aż dwukrotnie: raz gdy wyszłam do
      oddziałowej lodówki odnieść jedzenie (co wskazuje jak długo trwał
      obchód) i drugi raz gdy byłam akurat zamknięta w łazience i ktoś
      spytał jak się mam, a ja myśląc że to położna odpowiedziałam że
      dobrze, a to był obchód którego więcej już nie zobaczyłam....
      To był opis porannych obchodów, natomiast wieczorne były krótsze lub
      wcale ich nie było. Jednakże jeden z wieczornych był i nawet bardzo
      zapadł mi w pamięć. Mianowicie przyszedł doktor i spytał jak się
      mam, na co ja powiedziałam że mam skurcze (były to lekkie skurcze
      przepowiadające), ale on już w to nie wnikał i chyba dla nauczenia
      mnie pokory zalecił mi no-spę domięśniowo. W efekcie bolał mnie
      później mięsień w tyłku 2 tygodnie. Było to o tyle absurdalne, że
      później miałam dużo silniejsze skurcze i nic takiego nie
      dostawałam....Ale pokory trzeba pacjentki jakoś uczyć....
      Nie mniej beztrosko przebiegał test oksytocynowy. Mianowicie w końcu
      kogoś zaniepokoiło KTG dziecka (na kilka dni przed terminem porodu
      naturalnego) i skierowano mnie na salę porodową na test
      oksytocynowy. Nie wyjaśniając mi oczywiście niczego, tak aby
      niepokój skwapliwie narastał. Na sali porodowej nie dane mi było
      widzieć lekarza, jedynie położna dosłownie szarpała się z zapięciem
      mi KTG i przesuwaniem go po brzuchu, bo dziecko dusząc się, bardzo
      kopało. Ale to nie wzbudziło podejrzeń tej położnej. Dziecko skakało
      niemiłosiernie, więc uznano to za dobry omen i zamiast wywołać poród
      odesłano mnie z powrotem na patologię ciąży. A żeby było jeszcze
      bardziej optymistycznie, trzy dni przed terminem porodu (!)
      stwierdzono że wszystko jest ok i zaproponowano mi wyjście do
      domu... Ale ja się wtedy uparłam i powiedziałam „nie! -ja wśród
      takich miłych i wykwalifikowanych pań (i panów) chcę zostać”. Za to
      następnego dnia usłyszałam od pani doktor X pytanie kiedy urodzę,
      bo im (tj. szpitalowi) NFZ nie zwróci. Do dziś nie wiem czy to był
      żart...

      Jak się okazało pani doktor X nie mogła mieć żadnych pretensji, bo
      dziecko postanowiło urodzić się idealnie w terminie i to jeszcze na
      jej dyżurze. Skurcze porodowe rozpoczęły się około 9 rano. Pomimo,
      iż leżałam na oddziale patologii z powodu konieczności obserwacji
      KTG dziecka, tętno w dniu porodu zostało sprawdzone tylko rano a
      potem o godzinie 16. Jak na patologię ciąży przystało, a dodatkowo
      na weekend, zostałam pozostawiona sama sobie w zwykłej sali by
      samotnie zwijać się z bólu od skurczów porodowych. Tymczasem
      rozwarcie nie następowało, a dziecko od rana (tj.od początku porodu)
      się nie ruszało. Ja oszalała z bólu nawet tego nie odnotowałam.
      Dopiero o godzinie 19 sprowadzono mnie na salę porodową. Tam
      zobaczyłam bardzo niezadowoloną twarz lekarza, że jeszcze jedna, (a
      przecież szpital zamknięty z braku miejsc) którą trzeba co gorsze
      przyjąć, bo była z patologii a nie z zewnątrz. Tak więc położono
      mnie i podpięto KTG i zostawiono znowu samej sobie. Zwijałam się z
      bólu ale na KTG patrzyłam. Gdy zobaczyłam szokująco niskie wartości
      tętna, zaczęłam wołać o pomoc, ale nikomu nie chciało się podejść.
      Wobec braku reakcji, zerwałam KTG i pobiegłam, a raczej podczołgałam
      się, wijąc się z bólu pod stanowisko kawiarniane „dyżurujących” pań.
      Efekt był taki, że jedna z tych pań nakrzyczała na mnie, że zrywam
      KTG, a ten zapis to bylo moje tętno (czyli KTG było źle założone i w
      efekcie nie mierzyło tętna dziecka chociaż powinno) i kazała się nie
      ruszać. Na co ja wytłumaczyłam, że zanim się zerwałam- chcąc ratować
      dziecko, wołałam, ale nie było reakcji, na co ta pani bo przecież
      trudno ją nazwać lekarką, stwierdziła że przecież jest sama na
      dyżurze. Potem już dojechała moja prywatna położna i od razu inne
      panie też zrobiły się milsze i bardziej usłużne. Poród przebiegał
      wg. tej pani wspaniale, KTG było doskonałe, szkoda tylko że dziecko
      urodziło się ledwo żywe. Nie płakało i nie zapłacze oraz nie poruszy
      się pewnie nigdy.
      Aha, lekarza podczas porodu nie miałam przyjemności zobaczyć, a KTG
      dziecka z godzin porodu jest tak dramatyczne, że nawet laik by
      podjął jakieś kroki -zawołał lekarza, przyspieszył poród, ratował
      jakoś dziecko.... Tymczasem nic, nic takiego nie miało miejsca.
      Lekarz zjawił się by mnie zaszyć, ale tak się biedak zdenerwował tą
      niestety nierutynową sytuacją, że źle mnie zeszył-szwy puściły po 6
      dniach zamiast po 14.
      Ale w papierach musi być porządek. Także w papierach z porodu
      widnieją następujące zapiski: że poród rozpoczął się o 17 (nie o 9
      rano), ze wody płodowe były czyste (a były wg. polożnej zielonkawe),
      że dziecko urodziło się w stanie „średnio dobrym” potem chyba coś
      jednak nie pasowało i zmieniono na stan „średnio ciężki”. W końcu co
      to za różnica, średnio dobry a średnio ciężki, prawie żadna, nie?
      2 dni później o bardzo, ale to bardzo ciężkim stanie dziecka
      dowiedziałam się w korytarzu (!) żeby było weselej, ale chyba nie
      mnie (bo mi było słabo i ledwo stałam na nogach) tylko innym matkom
      ze zdrowymi dziećmi, które sobie stały i słuchały tego wyroku dla
      mnie i dla mojej córki.
      Następnego dnia też było jak w najlepszym dramacie, mianowicie moja
      córka „zniknęła” z sali dla noworodków. Okazało się że wzieto ją na
      badania nie powiadamiając mnie o tym, a ja widząc pusty inkubator
      wywnioskowałam, że zmarła i odrętwiała czekałam, jak mąż przyjedzie,
      bo sama nie miałam siły upewnić się, że nie żyje. W szoku wyszłam na
      schody ewakuacyjne i usiadłam na krzesełku który okazał się palarnią
      dla personelu (przy czym należy wspomnieć że palenie jest w całym
      szpitalu zabronione), skąd zostałam bardzo brutalnie, niemal z
      przekleństwami, wypędzona z powrotem na poporodówkę. Nikt się nie
      zapytał co mi jest, i czy w ogóle mam siłę iść po schodach. Sposób
      zachowania tej pani która mnie przepędzała ze schodów wskazywałby na
      osobę z nizin społecznych, potem ku mojemu wielkiemu zdumieniu i
      obrzydzeniu okazało się że była to pani ordynator. Także tak
      wygląda wsparcie psychologiczne dla matek rodzących chore dzieci w
      szpitalu bielawskim.
      Aha, chyba jest to dość oczywiste ale jeszcze potwierdzę, że
      prowadzący moją ciążę doktor Biznesowski, pomimo próśb, już się
      więcej nie pojawił. Bo po co? Zarobiłby coś jeszcze?
      Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i po 4 dniach od porodu
      zdecydowałam, że opuszczę rzeźnię. Wówczas przybiegła do mnie pani
      prowadząca opiekę nad córką (ta sama co powiadamiała mnie o jej
      stanie w korytarzu) i wręczyła kwitek dot. zobowiązania, że zabiorę
      dziecko do domu ze słowami, że to
    • stokrotka_28 Re: Szpital -pamiętnik z pobytu -podsumowanie 17.11.08, 21:41
      Podsumowując szpital bielawski to:
      -przemiły, wykwalifikowany personel
      -fachowa opieka nad nowo narodzonym dzieckiem (np. u mojej córki
      wodogłowie narastało przez 9 dni po porodzie niszcząc mózg i nic z
      tym nie zrobiono, bo nawet nie ma w szpitalu neurologa i
      specjalistycznego sprzętu, żeby wstawić zastawkę, aż w końcu udało
      się pozbyć problemu i przekazać dziecko do Centrum Zdrowia Dziecka)
      -pełny dostęp do informacji nt. stanu zdrowia, (np.o wodogłowiu
      córki dowiedziałam się dopiero Centrum Zdrowia Dziecka, informacje
      nt. porodu zostały częściowo sfałszowane częściowo zniszczone, a z
      położnikami po tragicznym porodzie nie było kontaktu-zawinęli ogony
      i uciekli)
      -higiena (polecam (!):można się zarazić bakterią Acinetobacter).
      • asta6265 Re: Szpital -pamiętnik z pobytu -podsumowanie 18.11.08, 13:55
        Dziewczyny na razie od Bielańskiego z daleka. Zresztą oddział
        położniczo - ginekologiczny zamknęli na jakiś czas bo mają gronkowca.
    • greta118 Re: Szpital Bielański 18.11.08, 15:10
      Brak mi słów, serdecznie współczuję. To się do sadu nadaje... Tylko dlaczego nie
      używasz prawdziwych nazwisk lekarzy?
      • magdziaa77 Re: Szpital Bielański 19.11.08, 01:55
        Ja również współczuję. Niestety takie historie zdarzają sie w każdym
        szpitalu.
        Ja prowadzę ciążę u lekarki z Bielańskiego. Też chętnie bym się
        dowiedziała o nazwiska tych lekarzy.
      • stokrotka_28 Re: Szpital Bielański 26.11.08, 21:10
        w sądzie to się znajdzie i wtedy będą używane prawdziwe nazwiska
        lekarzy, a jak na razie po prostu się boję i tak mi życie już
        dokopało, na razie muszę stanąć na nogi i nie mam ochoty się z nimi
        użerać ale nazwiska są podobne do rzeczywistych z wyj. doktora
        Biznesowskiego
        pozdrawiam
      • stokrotka_28 Re: Szpital Bielański 26.11.08, 21:14
        generalnie chyba nie trudno domyślić się na podstawie pamietnika że
        żaden dosłownie żaden lekarz nie jest kompetentny w tym szpitalu -
        jak się coś dzieje. A wiedzę mam bo spędziłam tam 2 tygodnie.

        Ale zawsze można mieć nadzieję że nic się nie wydarzy. Zaznaczam że
        ja też tak myślałam i do końca na to wyglądało-że jest wszystko ok.
        -uściski
        • juniorowa23 do stokrotki 27.11.08, 11:57
          temat tego forum To szpital Bielański w Warszawie a ty caly czas
          używasz slowa szpital Bielawski - więc ktróry jest żeźnią

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka