Tytuł celowo kontrowersjny, bo wiem że wiele z Was ma alergię na tym punkcie

No, ale inaczej nazwać tego nie umiem. Moje dziecko ma 1,5 roku, bardzo dużo rozumie, słucha co do niej mówię - jeśli chce. Problem w tym, że przeważnie nie chce. Od zawsze córka była noszona na rączkach - bo płakała, bo refluks, bo bunt wózkowy, bo ciekawość świata. Nie dziwię się, bo w końcu na rękach najlepsze widoki no i wysilać się nie trzeba. Problem w tym, że jest już duża, ciężka, a nadal ani myśli sama chodzić. W domu ciągle chce na ręce, żeby pokazywać jej, co się dzieje na stole, blacie kuchennym itp, na dworze w wózku nie chce siedzieć, spacery ją szybko męczą, więc na ręce. A mnie wysiadają ramiona, kręgosłup i nerwy. Próbuję odmawiać, kucam przy niej, tłumaczę, odwracam uwagę, zachęcam, żeby sama szła, idę przodem mimo płaczów i wrzasków, nic nie pomaga. Dziecko albo stoi i wrzeszczy, piszczy, albo siada i to samo, ale kroku nie zrobi. Nie ważne ile czekam, robi się tylko gorzej, aż w końcu zaczyna tak się zanosić, że nie można jej uspokoić. Oczywiście to oststeczność bo z reguły próbuję wszystkich łagodniejszych sposobów w pierwszej kolejności. Pomaga oczywiście wzięcie na rączki, wtedy od razu uśmiech i pokazywanie, gaworzenie. Nie umiem tego nazwać inaczej, niż wymuszaniem. Podobnie zachowuje się, jeśli chce coś, czego wie że nie może, np włączać pralkę (już raz ją zepsuła), ciągnąć psa za uszy itd. Jak powiem, że nie wolno i tłumaczę to od razu zaczyna piszczeć (nie płacze, nie ma łez tylko wrzask) i nie chce się uspokoić. Zaczęło się to w wieku jakichś 9-10m-cy, jak zaczęła chodzić, przez cały ten czas miałam nadzieję że "minie" , że to taki etap , ale zaczynam wierzyć, że faktycznie rozpuściłam dziecko i teraz będę z nią miała jazdę przez kolejne kilka lat

Jakieś rady? Cokolwiek, zanim oszaleję ?