raczek47
13.11.10, 18:09
Mój synuś ma bardzo kłopotlwą dla mnie tendencję zadawania trudnych pytań w miejscach publicznych-autobus MZK, kolejka przy kasie, poczekalnia w przychodni itp.Pytania zadaje oczywiście pełnym głosem i całe otoczenie z reguły zamiera w oczekiwaniu, co też mądrego mamusia odpowie.Jakoś nigdy mu te trudne pytania nie przychodzą do głowy w domu, zawsze poza.Próbka z ostaniego tygodnia:
1.Skąd się biorą kamienie?- w autobusie, wszyscy słuchają,
2.Ile jest 2089x30?- w autobusie, wszyscy słuchają,
3.Dlaczego niebo jest niebieskie?-w salonie Orange,obok siedzi pól tuzina ludzi, czeka, przysłuchuje się.
4.Czy zna Pan(do faceta obok w przychodni pełnej ludzi) piosenkę: Każdy barman jest dla mnie jak matka? (ostatnio słuchaliśmy w domu dłuższy czas Pudelsów);spojrzenie, jakie mi rzucił Pan, nie do opowiedzenia.
Wychodząc z domu z synem zastanawiam się, jakim błyskotliwym pytaniem i w jakim ciekawym miejscu znów mnie uraczy mój cudowny, mądry, bystry syneczek.Coraz bardziej przypomina mi Stasia Pytalskiego z wiersza Brzechwy;nawet nie próbuję się wysilać na pseudonaukowe odpowiedzi tylko z reguły odpowiadam:nie wiem; zresztą nie umiem naprawdę tak z marszu na te pytania odpowiedzieć.Wszyscy czekają, czym mamusia zabłyśnie,a mausia tak banalnie, po prostu mów:nie wiem.Otoczenie z reguły jest rozczarowane.
I, kurczę, mimo,że na zewnątrz zachowuję spokój, to w głębi duszy zżerają mnie wyrzuty,ze to przecież banalne pytania, dotyczące tak naprawdę codzienności, powszednich, zwykłych rzeczy,a ja nie umiem na nie odpowiedzieć.A powinno się takie przecież proste rzeczy umieć wyjaśnić od razu, bez pomocy google, czyż nie?