triss_merigold6
25.04.11, 20:06
Przy okazji wcześniejszego (w sobotę) wielkanocnego śniadania odbyłam jeden z najbardziej absurdalnych dialogów w życiu i w zasadzie nie wiem: śmiać się, płakać czy izolować. Otóż mój ojciec był uprzejmy zapytać kiedy wezmę ślub, ja się zdumiałam, a on oburzył kiedy usłyszał, że żadnego ślubu nie planuję, nie mam zamiaru brać i w ogóle o co kaman. No jak to, a dziecko? I tak będziemy tylko mieszkać razem? Zapytałam ojca czy kiedykolwiek czytał kodeks rodzinny i opiekuńczy. Foch. (nie czytał i nie ma o tym bladego pojęcia) Wyjaśniłam, że w sytuacji prawnej dziecka stan cywilny rodziców niczego nie zmienia, a kwestie bankowe i finansowe możemy regulować notarialnie/umowami w bankach. Wyjaśniłam także, że ślub nie jest mi do niczego obecnie potrzebny, a wręcz przeciwnie - z moich doświadczeń wynika, że po ślubie panowie radykalnie się psują.
Foch+ oburzenie, że powinnam pomyśleć o dziecku i jak ono się będzie czuło oraz nie powinnam być egoistką. Rżnęłam głupa konsekwentnie - no jak dziecko ma się czuć? Tu jest duże miasto i nikt nie wnika, czyje nazwiska i z jakiego powodu dzieci noszą oraz - znam sporo różnych układów rodzinnych i dzieci czują się zupełnie normalnie. Foch + ściana.
Mój stary chyba zapomniał, że ja 2 śluby już miałam. D
Od lat konsekwentnie komunikuję, że nie życzę sobie dobrych rad/uwag i ograniczam informacje dotyczące życia prywatnego do niezbędnych, nie narzekam etc.
Jeso, bliżej mi do 40-tki niż do 30-tki, tatuś wierzący nie jest, skąd taki lot?!