Ja w temacie. U nas było króko i skromnie, przygotowan mało, zadnych wielkich kreacji czy wesel - USC, kilkanascie osób, obiad w restauracji blisko USC. Małzenstwo bardzo udane, ale sam slub - hm, własciwie przeszedł bez echa, wspominac go tez w sumie jakos nie wpsominam.
Ale ostatnio rozmawialam z kolezanką, która do swojej uroczysosci przygotowywała sie równo rok ( odbył sie w jakis miesiąc temu, rocznice oświadczyn), wesele na 120 osób, limuzyna, sukienka od znanego projektanta za trzykrotnośc sredniej pensji krajowej, mały dworek, przed nim białe namioty, mnóstwo wysiłku włozonego w organizacje. Ogólnie całe przedsiewzięcie robiło wrazenie, i z punktu widzenia gości wszystko odbyło sie naprawde bardzo ładnie

I ta kolezanka teraz mówi, ze przygotowania były cięzkie, to prawda, ale sam dzien slubu wspomina masakrycznie - stres, nerwy i tyle. A miało byc jak z bajki.
Przypadek czy im większe przygotowania tym większe niebezpieczenstwo, ze zamiast pieknych wpsomnien zostanie trauma?