Nie nie, to nie to, co myślicie

nie o zdejmowaniu butów będzie

Te, które widziały "Sierpień w hrabstwie Osage" wiedzą, o co chodzi, dla pozostałych wyjaśnienie, tak w skrócie.
Otóż jedna z głównych bohaterek jako nastolatka marzyła o pięknych kowbojkach, tak bardzo, jak potrafią marzyć nastolatki. Wiele razy prosiła o nie mamę. I w końcu na święta znalazła pudło w kształcie pudła na buty, uszczęśliwiona otwiera, a tam męskie gumiaki czy inne tego typu buciory, brudne z błota i gówna. Matka uważała to za wspaniały żart.
Okropna była ta scena i opowieść, ale wydaje mi się, że "za naszych czasów" robienie sobie żartów i podśmiechujek z dzieci (często okrutnych) było na porządku dziennym. U mnie może nie było tak drastycznie, ale ulubionym żartem mojej mamy było np. straszenie mnie znienacka, żebym fajnie podskoczyła. Fajnie podskakuję do dziś z byle powodu, za co pewnie mogę mamusi podziękować. Robienie w balona było też na porządku dziennym.
Okropną za to opowieść o sobie sprzedał mi znajomy. Otóż jako dziesięciolatek wrócił kiedyś wcześniej do domu ze szkoły czy skądś tam, a tam siedzi matka ze znajomymi i czyta na głos jego wiersz miłosny do koleżanki w której się podkochiwał, wszyscy zebrani dobrze się bawili. Biedak uciekł i znikł w parku na kilka godzin, mówił, że chciał umrzeć i nigdy nie czuł się tak upokorzony.
Czy u was też tak się zdarzało, czy znów się dowiem, że ja i moi znajomi wychowaliśmy się w patologii?