Sprawa wygląda tak.
Mój mąż pracuje dużo, bardzo dużo nawet. Ma pełny etat i własną działalność, która jest jego pasją. Wychodzi na to, że jest poza domem 11-13 godzin prawie codziennie, w weekendy też pracuje, ale zazwyczaj krócej. W zasadzie wolne ma tylko wtedy, gdy jest ustawowe święto, choć też nie zawsze.
Ja także pracuję na etacie, ale 'tylko' 40 godz. w tygodniu, więc mam mnóstwo czasu (ironia ;>

, aby zająć się wszystkimi sprawami, które dotyczą naszego staniu posiadania, czyli: mieszkania, samochodu (mojego, bo swoim zajmuje się mąż), dziecka i psa.
Jak dotąd jedynym obowiązkiem, który udało mi się zwalić na męża jest odwożenie i przywożenie dziecka na trasie babcia-dom.
Z moich obserwacji wynika, że praca zajmuje mojemu mężowi coraz więcej czasu, a więc powroty do domu z synem stają się coraz późniejsze. Małżonek zaczął przebąkiwać, że gdybym była dobą matką, to sama odbierałabym Małego żeby spędzić z nim więcej czasu, bo przecież kończę o 16 i wg. niego do ich powrotu wieczorem nic nie robię. Że niby: zakupy, gotowanie, pranie, zmywanie, wyprowadzanie psa, sprzątanie oraz inne różniste sprawunki poza domem? Phi, bez przesady. Wszystko to można zrobić z dzieckiem na ręku i pieśnią na ustach, jak się jest dobra matką oczywiście.
Ręce mi opadły.
Jak wytłumaczyć takiemu, że nie każdy ma marzenie, aby harować od świtu do zmierzchu i że nie chcemy mieć w domu bankomatu tylko męża i ojca? Po polsku nie dotarło. Uważa, że nie może mi być źle z tym, że on tyle pracuje, bo przecież to wszystko dla nas robi, że wymyślam, że się czepiam, że znowu mam 'humorek' itp.
Ręce opadają i już skołowana jestem. Pomużta.