ewka.223
23.11.15, 15:01
Witam. Opisze w skrócie swoją sytuację. Jestem mamą rocznego dziecka. Odkąd urodził się mój syn powoli zaczęły się problemy z moja tesciową. Na początku tolerowałam różne jej zachowania, bo sądziłam, że to tylko chwilowe. Mieszkamy z mężem w małej miejscowości. Moja tesciowa mieszka bardzo blisko, około 2 km. I być może własnie w tym tkwi problem. Kiedyś lubiłam tesciową i byłam przekonana, że ona mnie też. Cierpliowść kazdego ma granicę. Moja wyczerpała się parę miesiecy po urodzeniu dziecka, przez które nasłuchałam się jak mam zyc, jak wychowywać dziecko a nawet jaki papier toaletowy kupowac. Kiedy mały się urodził ciagle wywierała na nas presję żebysmy do niej zajezdzali lub ona zajezdzała do nas, bez zadnej zapowiedzi. Praktycznie codziennie dzwoniła, mówiąc mi np. kiedy mam wyjść na spacer. Spedzając z nia czas kilkakrotnie powtarzałam, żeby nie sadzała mjego synka, bo jest jeszcze na to za malutki i ma za slaby kregosłup, kiedy mówiłam , zeby go nie uspypiała po trzech minutach widziałam jak kołysze go w wózku. Cokolwiek jej mówiłam albo ignorowała, albo udawała, że nie slyszy. Czepiała sie czemu ubieram go w takie ubrania a nie inne. Wtracała sie nawet w nasze finanse, dosłownie we wszystko. W koncu nie wytrzymałam i wyłozyłam kawę na ławę. Najspokojniej i najkulturalniej jak potrafiłam powiedziałam co mi nie pasuje i ze my tez chcemy miec swoje zycie a nie byc pod wieczną kontrolą. Ze chcemy sami planowac sobie dni i wychowywac dziecko tak jak tego chcemy ,na własnych błedach...No i od tego sie zaczęło. Usłyszałam mnóstwo nieprzyjemnych słów. Chociaż z moje strony zadne obraźliwe w jej strone nie poleciały. Powiedziała m.in., że zyje na koszt męża, że nic sobą nie reprezentuje, że ona będzie widywała się z nami kiedy ona będzie tego chciała czy mi to pasuje czy nie, że kim ja jestem, ze jakieś warunki jej stawiam. Wypisywała do mojego męże, że ktos tu powinien iść się leczyć, że zobaczy czyj rozsadek zwycięży (w kontekście, że mój mąż przejrzy na oczy). Zaczeła nagadywac nawet na moich rodziców. Kiedy mój mąż ustał w mojej obronie jemu tez sie dostało. Między innymi, że do niczego w życiu nie doszedł i że jest idiotą. Naprawde mnóstwo tego było. Do swojego drugiego syna powiedziała, ze mam depresję poporodową. Po tym wszystkim nie odzywaliśmy się ani ona do nas ani my do niej. po trezch miesiacach odezwała się ublizając mi jeszcze bardziej. Znowu trzy miesiace ciszy aż w końcu przyszła tutaj bez zadnej zapowiedzi z czekoladkami w moje urodziny. Byłam mocno zszokowana, ale z drugiej strony miałam już dośc nerwów i nie chciałam z nia wchodzic w dyskusję. Posiedziała pół godziny z małym i wyszła mówiąc do niego, że teraz on ja odwiedzi. Ustalilismy z mężem, że nie bedziemy jej odwiedzac, tylko jezeli ona bedzie tego chciała to przyjdzie do nas. Nie wyobrażam sobie po rtym wszystkim siedziec i pic z nia herbetki w jej domu. Czułabym się tam jak intruz. Powiedzielismy jej, że ona może odwiedzać malego, ale my do niej zajezdzac nie bedziemy. Uznała, ze to chore i smieszne. Okazałao się, ze nagadała tez dla swojego męża głupot, robiąc z siebie męczennice, także i on ma do nas żal przez jej wersję wydarzeń. Nie wyobrażam sobie kiedykolwiek iśc do jej domu. Nic jej nie pasuje, wiecznie szuka problemu. Traktuje nas jak gó...arzy i wszystko co nie jest po jej mysli ostro komentuje i znowu jest afera. Ona sadzi, że nic sie nie stało, ze może kogoś zgnoić a potem jest juz wszystko w porzadku..mam tego serdzecznie dość, zyje nerwami..chocby chcieć dobrze to nic jej sie nie podoba...