ewaaa80
21.06.16, 20:47
1,5 miesiąca temu rozstałam się z ojcem mojego dziecka. Powodem rozstania był brak szacunku z jego strony, kłótnie, brak zaangażowania w dom, dziecko, dzieckiem się zajmował jak chciał, nie wtedy, jak była taka potrzeba, generalnie rzadko. Celem życia mojego ex było spełnianie swoich marzeń, bez patrzenia na nas, ogólnie mówiąc narcyz i Piotruś Pan. Jeszcze można było z nim pogadać jak nic od niego nie chciałam, ale tylko o co coś poprosiłam, to się wkurzał, zawsze mu było ciężko cokolwiek zrobić, od razu robił się agresywny słownie, obrażony. Ciężko mu nawet było odpisać na smsa, mówił, że nie ma czasu, często miałam wrażenie, że jest wściekły, że "wkopał się" w życie rodzinne i gdyby nie dziecko (trzecie, ma jeszcze dwoje z inną panią), to dawno by odszedł. Moje próby rozmowy na temat tego, że jest w naszym związku źle wkurzały go, nie chciało mu się o tym gadać, był znudzony, jak mówiłam, że trzeba coś zrobić, bo się związek sypie, to mówił: "ojej jakich ty słów używasz - sypie się". Jak mówiłam, że nie dam rady sama walczyć o ten związek, to mówił: "to nie walcz. Co się dziwisz, że się pieprzy między nami skoro ty walczysz". Każda rozmowa to była walenie głową w mur. Miałam wrażenie, że mówię po chińsku, bo on patrzył na mnie i jakby nic nie rozumiał lub w ogóle nie patrzył, albo patrzył w tv lub komórkę. Był po prostu bierny, jakby znudzony. W domu. Poza domem dla obcych, cudowny człowiek, taki, jakiego pokochałam: czarujący, sympatyczny, chętny do rozmowy o wszystkim. Po majowym weekendzie poprosiłam o chwile dla mnie, nie dawałam rady żyć z nim, ale obok niego. Chciałam pogadać o nas, ostatni raz. Umówiliśmy się, że tego dnia, jak dziecko zaśnie, pogadamy. Widząc, że siedzi na kanapie i zasypia (było po 20), mówię do niego ze zależy mi na tej rozmowie, że mieliśmy pogadać, a on na to: "bo co? Bo ty tak powiedziałaś? " I poszedł spać. Zależało mi na tej rozmowie, bo nie chciałam potem sobie wyrzucać, że nie zrobiłam wszystkiego, żeby ratować ten związek. Po śniadaniu poprosiłam, żeby dal znać, kiedy znajdzie dla mnie chwile, bo MUSZĘ z nim porozmawiać. Powiedział, że wieczorem. OK, wieczorem, zaczęliśmy rozmowę. Mówię mu, że jest między nami źle, a chciałabym bardzo, żebyśmy byli szczęśliwa rodziną dla nas, dla dziecka, bo go kocham, bo mi zależy, chciałabym naprawić i pytam czego on chce. Usłyszałam jedno słowo: SPOKOJU. Nic więcej nie powiedział, siedział z miną, jakby czekał kiedy skończę i będzie mógł włączyć tv. Ręce mi opadły, wyszłam, włączył tv.
Na drugi dzień go spakowałam.
Minęło 1,5 miesiąca. U dziecka był 2 razy. Jest mi smutno, źle, że nie wyszło, że rozstając się ze mną, praktycznie rozstał się z dzieckiem. Jest mi źle, bo rozpieprzyła mi się rodzina, o której tak bardzo marzyłam. Nie mogłam dłużej tak żyć. On żył swoim życiem jakby. Dom traktował jak hotel.
Ale mam mega doła. Wiem, że on teraz świetnie się bawi, pewnie nie myśli nawet o nas. Zapewne też już kogoś ma - to taki typ, że nie może być sam. A mi przykro, rozmyślam, co mogłam zrobić inaczej, że może mogłam inaczej to rozegrać. Ciężko mi po prostu.
Przytulicie?