beataj1
06.02.17, 15:17
W końcu.
I trochę mi ze sobą źle bo jedyne co poczułam to ulga. W końcu w kalejdoskopie i kolejce chorób zachorował na coś co pozwoliło nam go uśpić bez poczucia że go mordujemy.
A kot chorował na wszystko. Przeżyłam asystowanie przy lewatywach, chroniczne biegunki, operacje, zastrzyki, sterydy, wybuchające ucho itd (i to wszystko z okazji różnych chorób i problemów a nie jednej).
Od jakiegoś czasu jedyne uczucie które miałam do kota to obrzydzenie. Ale jakoś tak głupio było uśpić w miarę sprawnego, choć ciągle chorego na coś kota, tylko dlatego że utrzymanie go kosztuje fortunę, że brzydzę się go pogłaskać i że generalnie nie mam już do niego serca. A i oddać też nie fajnie - nie mam nikogo w pobliżu kogo nie lubię na tyle by mu sprezentować taki kłopot.
Tak więc stało się.
Luby jest smutny bo jednak po 9 latach się do niego przywiązał a ja czuje tylko ulgę. I przekonanie że nigdy więcej nie skuszę się na rasowego kota. Choć wiem że to pewnie przypadek. I zaczynam planować co można z domu zmienić czego nie ruszaliśmy z uwagi na denata.
Tak się z wami chciałam podzielić moim przemyśleniem że jestem złym człowiekiem bo nie żal mi sierściucha.