Pedagog mnie osłabił. Szkolny. Nigdy się po nim cudów nie spodziewałam, ale teraz całkiem pozbawił mnie złudzeń.

Otóż w szkole starszaka jest system punktów ujemnych i dodatnich za zachowania różne, osiągnięcia, wyskoki, zasługi, czyny naganne, postawę ogólną, psią karmę, strój galowy w stosownym momencie etc. System punktów szybko i dość skutecznie nauczył dzieci, co się opłaca, a co zupełnie nie i wpłynął na komercjalizację pozytywnych zachowań i to jest IMO wystarczająco antywychowawcze.
Dziecko dziś zeznało, że w czasie okienka poszedł do korytarzyka (trudno mi to miejsce inaczej nazwać, jest w pobliżu świetlic pomieszczenie ze stolikami i pokoje pedagogów i psychologa szkolnego) pedagogów poczytać i odrobić lekcje - tam jest cicho. Była też jakaś dziewczynka z młodszej klasy, która odrabiała lekcje i zaczął jej pomagać. Wtedy wyszedł pan pedagog i powiedział, że może za takie dobre zachowanie dostać punkty dodatnie.
Ściana.
Dziecko zrobiło coś spontanicznie, a nie licząc na bonus. Nie wiem i to nieistotne, czy był opiekuńczy czy np. chciał popisać się wiedzą, w każdym razie pan pedagog oferując nagrodę popsuł bezinteresowność gestu. Mógł się qrde, ugryźć w język.