Wątek tym razem nie o skąpstwie, podejściu do pieniędzy, ale czymś nieco innym. Zastanawiam się, do kiedy możemy mówić o nieprzykładaniu wagi do wyglądu, estetyki, używaniu przedmiotów jak najdłużej (bo ekologicznie i oszczędnie), a kiedy takie podejście zmienia się w dziadowanie? Ciężko mi wytłumaczyć, wiec przykład:
Zastawa stołowa

mam w posiadaniu naczynia, które kupiłam jeszcze na początku swojego związku z mężem, ponad dziesięć lat temu. Jeden z najtańszych zestawów z ikei. Do tego z biegiem lat dokupiłam ileś tam misek, kilka półmisków - już na sztuki, zgodnie z aktualnymi potrzebami. Zestaw zasadniczy ma już swoje lata, a ze najtańszy, to marnej jakości. Zmywarka, dwójka małych dzieci - więc większość elementów jest gdzieś tam obtłuczona. Ale - przecież spełnia swoją pierwotną funkcje, więc wywalić szkoda. Do tego mam dosyć praktyczne podejście do przedmiotów, mąż również, wiec fakt, ze wszystko razem (zestaw zasadniczy + to, co zostało dokupione) wyglada jak dosyć przypadkowa zbieranina, jakoś nas nie razi i nie przeszkadza. Stać nas na nowe naczynia, pieniądze nie są problemem, ale zakupienie nowych wydaje się być tylko kaprysem, skoro stare spełniają swoją funkcję.
I teraz - nie wiem, na ile moje podejście może być rażące dla osób postronnych. Szczególnie w czasach galopującej konsumpcji, gdzie dobra trwałe są często wymieniane po maksymalnie kilku latach. I w ten sposób są również produkowane - żeby wytrzymały lat kilka, a nie kilkadziesiąt. A mnie po prostu szkoda - nawet nie tyle pieniędzy, co tej góry śmieci, którą po sobie (jako społeczeństwo) zostawiamy. Coraz modniejszy staje się recycling czy upcycling - ale czy jedzenie z obtłuczonych talerzy tez moze być może nie modne, ale chociaż „eko”?