A właściwie może nie ? Partner ma salonik prasowy. Pracują tam dwie panie. Zarabiają najniższa krajowa. Pracują na dwie zmiany. Od 7 do 15 i od 14 do 21. Czyli licząc uczciwie nie cały etat. Nie pracują w soboty, chyba że chca ale mają płacone dodatkowo. Zwykle nie chcą. Soboty cały dzień ogarniam ja, również ich wolne dni i te niedzielę handlową. Panie zawsze mogły poprosić o wolne, nikt im problemów nie robił. I teraz tak. Jedna z nich 5 listopada (pracuje od 12 sierpnia) dzwoni, że ma grype jelitowa i wymiotuje i mam ja zmienić. Zmieniłam. Nawet zawiozlam leki. Pani nie było cały tydzień, zastępowalam ja ja. Nie była u lekarza, nie miała zwolnienia. Napisała, że odpracuje w soboty. Ok zgodzilismy się. Przychodzi pani do pracy wczoraj. Otwiera sklep o 8 zamiast o 7 (O czym pisze po fakcie) twierdząc, że jest chora. O 9 dzwoni, żeby ja zmienić bo nie ma siły. Zmieniłam. Idzie do lekarza, informuje że ma angine ale nie ma zwolnienia bo jutro czyli dziś przyjdzie. Dziś pisze smsa, że nie da rady i rozważa zwolnienie lekarskie. Nadal nie wzięła. Nie informuje kiedy przyjdzie. Ponieważ mam inna pracę, nie mogę jej ciągle zastąpić znajduje inna chętna osobę, która może przyjść od jutra. Tylko trzy osoby to za duże koszty. Nie ukrywam, że nie mamy już do Pani zaufania. Chciałam jej zaproponować rozwiązanie umowy na porozumienie stron A jak nie to porzucenie pracy. Dodam, że w poniedziałek pisała ona do innego pracownika żeby zamienić zmiany. A jak się nie udało to się rozchorowala. Do tej pory aż 2 miesiące

nie było problemów ale mam dość. Poza tym nie mam pewności czy przyjdzie w ogóle A jak przyjdzie to czy nie zrobi czegoś głupiego. Umowę ma do końca roku. Co myślicie?