1_karma_1
25.12.22, 21:32
Wiem, że wątki takie się pojawiały no ale muszę, bo się uduszę.
Temat: chorujący przedszkolak... Banał, nad banałem, ale już opadam z sił. Dzieciak nam daje popalić od żłobka. Typ smarkająco-cherlający. Powoli mam już chyba objawy syndromu stresu pourazowego. Jak tylko kichnie od razu mam wizję kolejnych dwóch tygodni wyjętych z życiorysu, napad paniki i depresji.
Najpierw katar, potem kaszel, gorączka i jak na tym koniec to jest super. Czasami dochodzi zapalenie ucha, czasami antybiotyk. W szczegóły medyczne nie będę wciągać ale dzieciak przebadany od stóp do głów. Alergik, ale nie jakiś mega. Na stałe przyjmuje leki, steryd donosowy. Ale niewiele to daje - do przedszkola chodzi max 2 tyg (3 tyg to niepobity rekord). Czasami wystarczą mu dwa dni żeby się rozchorować. Ma 4.5 roku i starsze rodzeństwo. Chodził do żłobka, teraz do przedszkola więc nie żyje w izolacji.
Serce mi się kraje jak traci kolejne atrakcje w przedszkolu. Rzadko zapraszany na imprezy, dzieci go mało znają. Mam wrażenie, że ciągle siedzi w domu. Nie wiem co robię źle. Pewnie za mało ruchu ale ciężko u nas o świeże powietrze. Jak kończę pracę to naokoło piece odpalone i w powietrzy można siekierę zawiesić. Je ładnie, lubi warzywa, słodycze je rzadko.
Nie jesteśmy w stanie nic zaplanować, bo wszystkie plany rozkłada jego chorowanie. Rzadko kogoś odwiedzamy bo coś złapie. Rzadko ktoś do nas przychodzi bo wiecznie zasmarkany. Tracą starsze dzieci bo nie mogą zapraszać znajomych do woli bo Młody zaś chory.
Nie mam już siły, mam wrażenie, że ciągle z nim siedzę w czterech ścianach (pracuję z domu więc jak choruje to zostaje ze mną). Każdy tydzień wygląda tak samo. Miesiąc za miesiącem. I tak leci a postępów brak.
Dzisiaj znowu zagorączkował a mnie ze stresu aż zmuliło. Znowu to samo.... czuję się jak w klatce, więzieniu bez terminu wyjścia.
Jedno wielkie eeeeeeeeeeeeeech..... Nic tak nie zabija radości z macierzyństwa jak to cholerne chorowanie.