No i przyszła kryska na matyska

Słuchajcie, potrzebuję pomocy a problem tak głupi, że aż strach.
Mam dobrą kumpelkę - bardzo niska (ze 153cm) i bardzo drobna. Spędzamy dużo czasu razem robiąc różne rzeczy. Po pierwszym 'szoku' przyzwyczaiłam się do tego, że jest jak pół mnie. Może po pierwszym spotkaniu miałam podejrzenia czy przypadkiem nie jest anorektyczką - jej twarz mi się wydawała taka 'typowa'. Ale po paru wspólnych wyjsciach, wspólnym gotowaniu w ogóle przestałam o tym mysleć. Innym razem zapaliła mi się lampka, jak zaczęłysmy porównywać nasze siłownie - wydawało mi się, że ja dużo ćwiczę, ale mam wrażenie, że ona jeszcze częsciej (widać, że ma umięsnioną sylwetkę).
Wiem, że była w przeszłosci bardziej przy kosci - ze zdjęćz przeszłosci, które czasem jej fb przypomina . Wiem, że spotkała ją w życiu tragedia, która wywróciła jej życie do góry nogami. Nie ciągnę za język, wiem tyle ile mi powiedziała.
Mieszkamy niedaleko siebie, umawiamy się czasem na spacer albo na lunch, popływać. Po ukulturnianiu się w miescie raczej wracamy sobie raźnym krokiem na piechotę zamiast się wozić tramwajami czy taksówkami.
No i teraz mam inną kumpelkę. Wzrost normalny (nadal niższa ode mnie), ale za to... no ogromnie otyła. Do tego stopnia, że nawet w pracy jej ta waga przeszkadza. Do tego stopnia, że jedyne, co możemy razem robić to umawiać się gdzies na nasiadówy. Rzadko kiedy wypuszcza się dalej niż jej własna dzielnica. I nawet do restauracji kilka minut piechotą od domu podjeżdża samochodem. Wiem, że ma niezdrowy tryb życia. Wiem, że oprócz zdrowego i smacznego jedzenia, które z mężem gotują, ona potrzebuje jeszcze np. po kolacji dopchać się czipsami. Jak się umawiamy na kawę, to ona zawsze musi do tego wziąć ciacho i jeszcze najlepiej koktajl owocowy. Jak się ukulturalniamy i trzeba złapać cos do jedzenia w locie, to dla niej to oznacza wpasć gdzies na szybkie fryty. O jej wadze nigdy, przenigdy nie rozmawiamy, nawet w kontekscie, planowania ile cos nam zajmie czasu (że ona znacznie wolniej się przemieszcza, że jakby co to nie podbiegnie na tramwaj itp)
Parę dni temu spotkałysmy się we trzy. Koleżanki dawno się nie widziały. Przedtem też sie jakos często nie widywały.
No i od tamtego czasu koleżanka B wydzwania i wypisuje, że koleżanka A na 90% ma anoreksję i że mam ją ratować. Powiedziałam jej jasno, że miałam takie podejrzenia, ale jak się bliżej poznałysmy (łącznie z chodzeniem na siłkę czy na plażę) to wg mnie wszystko w normie. Nigdy mi się nie zwierzała na ten temat, nigdy nie było mowy o dietach, o odchudzaniu, komentowaniu własnego czy cudzego wyglądu.
A otyła koleżanka nadal, że może ja nie zauważam, ale ona bardzo dużo wie o anoreksji, widzi wszelkie znaki, że A bardzo się zmieniła od ich ostatniego spotkania itp. Poza tym, że ona ma WYJĄTKOWY dar obserwacji.
No i nie wiem dlaczego, ale akurat tym ostatnim mnie bardzo rozsierdziła. Jakos nie potrafi zauważyć, że nie chcę ciągnąć tematu.
I jakos tak aż mi się chce odparować, czy zauważyła swoje problemy z wagą i czy może od niej powinnysmy zacząć. Bo koleżanka A ma wszelkie badania w normie, nie musi planować życia tak, żeby jak najmniej się ruszać, że zdrowo się odżywia a o niej samej żadnych z tych rzeczy nie można powiedzieć.
Sama raczej mam niekontrowersyjną wagę, ale moja mama całe życie wysłuchiwała, że brzydka bo za chuda, że ma więcej jesc itp. Choć nie była wychudzona - normalna, zdrowa szczupła sylwetka. Do jedzenia zawsze ją namawiały kobiety, które same za dużo ważyły. Moja siostra odziedziczyła jej sylwetkę i to samo. W sumie nie, ja też już zaczynam słyszeć, że w moim wieku, to 1kg-2kg na plusie na rok to norma i kiedy ja w końcu zacznę.
Radź droga emamo! Martwić się o koleżankę A? Wygarnąć koleżance B? Ostudzić kontakty? Unikać zapraszania ich obu na raz? To ja mam problem, że nie potrafię po prostu olać?