nigolla
17.11.24, 22:39
Wyżalę się Wam, może któraś tak miała i sobie z tym poradziła? Latam dużo od około 15 lat. Częstotliwość fluktuuje, uśrednić można do 2 długich lotów rocznie (Azja, US) oraz 4-6 małych (po Europie). Nigdy nie miałam problemu, całe loty czytałam, oglądałam filmy, podsypiałam - luzik.
Popełniłam błąd - po jakimś jednym-dwóch obejrzanych filmikach na insta zaczęło mi podpowiadać kolejne, o turbulencjach. Filmiki kręcone w trakcie albo już po, ze śladami krwi na suficie, rozwalonymi rzeczami po całej kabinie. Potem przypomniała mi się ta historia niemieckiego samolotu porwanego przez pilota-samobójcę. Obsesyjnie myślałam co się działo na pokładzie, gdy już wiedzieli, że nie ma odwrotu...
A potem coraz częstsze newsy o turbulencjach, bo globalne ocieplenie... No i nagle rok temu podczas całkiem przeciętnych, a wręcz lekkich turbulencji, uwaliło mi się w głowie, że boję się latać. Ledwo wyszłam z samolotu, miałam nogi jak z galarety (leciałam ze sporą ekipą, część się nawet nie obudziła, a reszta była zdziwiona, że w ogóle mnie to ruszyło).
A mnie weszło to w głowę do tego stopnia, że właśnie powstrzymuję się od kupna biletów do Azji, bo nie wyobrażam sobie lotu. Nie boję się samych turbulencji w sobie, ale tego, co niby jest prawie niemożliwe: że uszkodzą samolot. Boję się katastrofy, tego czekania na najgorsze. W wypadku samochodowym jest o tyle łatwiej, że to moment (zazwyczaj), a tu to spadanie przecież by trwało z 10 minut. Albo szybowanie uszkodzonym samolotem... brr.
Jakieś rady jak to przepracować sobie? Kierunek nadany przez sajko mi nie do końca się spina (ona o tym wie), idziemy w jakieś zakamarki utraty kontroli generalnie w życiu, a ja się zwyczajnie boję rozwalenia.