e.chianti
09.02.05, 12:44
No właśnie, pytanie stare jak świat. Trapi mnie od momentu narodzin córki, a
ostatnio jakby mocniej i częściej. Więc może od początku.
Od prawie 10 lat pracuję zawodowo. Razem z mężem mieliśmy okres bardzo
intensywnej pracy (po kilkanaście godzin na dobę) dzięki czemu osiągnęliśmy w
swoich aktualnych firmach dobre pozycje. Wszystko było ok., ciężko ale z
bardzo dużą satysfakcją. No i nadszedł moment kiedy nic już nie było ważne
tylko dziecko. Oczywiście nie bez problemów, ale w końcu pojawiła się nasza
córeczka. Kiedy miała pół roku wróciłam do pracy. I nagle okazało się, ku
mojemu zaskoczeniu, że tak naprawdę to przestało mi na niej (pracy) zależeć.
Teraz kiedy ktoś przychodzi i mówi, że jest problem, myślę sobie problem to
by był kiedy córka byłaby chora, a tu jest po prostu kolejna spraw do
załatwienia. Gdybym mogła najchętniej siedziałbym w domu z córką i cieszyła
się jej rozwojem. Zawsze uważałam, ze praca to rzecz nabyta, a rodzina jest i
będzie przez całe życie, więc tu trzeba skupić swoją energię. Zdaję sobie
sprawę, że świat jest tak skonstruowany że bez pieniędzy nie da się
funkcjonować, że muszę zapewnić córce jak najlepsze warunki i możliwości. Ale
powiedzcie po co? żeby wyposażyć ją w jak najlepsze środki do walki szczurów.
Wiem, ze musi znać języki, mieć szerokie horyzonty, ale po co? Żeby jak
najlepiej dyskwalifikować rywali? I mieć podobne dylematy w dorosłym życiu?
Bez sensu.
Powiedzcie czy ja się po prostu nie nadaję do funkcjonowania w aktualnych
warunkach i powinnam żyć np. 200 lat temu? A może dlatego, że
prawdopodobnie mam komfortowe warunki, stabilną pracę, bez problemów
finansowych nie umiem docenić tego co mam? Czy może po prostu jestem
zmęczona? A jak u Was?
Potrzebuję świeżego spojrzenia na tą sytuację.
e.c