Czy uważacie, ze tzw. " ciche dni" w związku mogą mieć dla niego jakiekolwiek
terapeutyczne znaczenie? U mnie właśnie trwają (2 dzień), nie bedę opisywać
szczegółów, bo to nie o to chodzi, nadmienie tylko, że poszło o głupstwo i od
słowa do słowa....
Wiem, że niektórzy uważają, że takie dni daja chwilę na przemyślenie,
zdystansowanie sie do tematu kłótni czy problemu między partnerami ale ja
zawsze uważałam, że zamiast milczenia,które dla mnie jest nie do zniesienia,
trzeba ze soba rozmawiać, wyjaśniać, nie pozwolić aby rana zakrzepła bo wtedy
jest naprawdę trudno o porozumienie. Taki mam już charakter, że długo nie
potrafię " gniewać się" na męża, wymuszone milczenie sprawia mi niemal
fizyczny ból i zawsze wyciągam pierwsza ręke do zgody. Mówię o takich
nieskomplikowanych sprawach, nie o przypadkach, kiedy jedna ze stron wyrządza
drugiej krzywdę bardzo bolesną i wiadomo, która ze stron zawiniła.
Ostatnio nawet z moja mamą posprzeczałyśmy się na ten temat, bo ona uważa, że
kobieta nie powinna wychodzić z inicjatywą tylko wziąć męża "na
przetrzymanie" bo jak tak stale bedę go pierwsza przepraszać to on bedzie to
wykorzystywał. Zdenerwowałam się, bo mama wyznajac podobna filozofię zyciową,
pośrednio doprowadziła do rozstania rodziców dawno temu. I teraz mnie daje
takie rady! Swoja droga mąż jest raczej zamknięty w sobie, mało wylewny,
zupełnie inny typ niż ja, ale widziały gały co brały

)). Dlatego
rzeczywiście ja częściej rozpoczynam rozprawy pojednawcze

Teraz czekam na jego powrót z pracy, wiem, że jemu tez jest cięzko, ale
pewnie znowu to ja rzucę nić porozumienia.....