Wczoraj byłam z rodziną nad jeziorem. Ponieważ były tłumy, koc mieliśmy
rozłożony jakieś 20m od brzegu, gdzie najchętniej przebywali nasi dwaj
chłopcy: 3- i 5-latek. W pewnym momencie mój mąż który ich akurat pilnował
przeszedł koło koca, na którym ja pilnowałam naszych rzeczy i zapytał czy mi
coś kupić i że idzie po piwko. Ja na to, że ok, ale niech mi przyprowadzi
dzieci - nie chciałam naszych rzeczy zostawiać. Na to on że spoko, nic im sie
nie stanie bo do 50m od brzegu jest cały czas woda do pasa. I poszedł!!!
Idę do dzieci, p*****ę kocyk. Dzieci NIE MA! Tłum dzieciaków obijających się
o siebie a moich chłopaków nie widać

Nie powiedziałam jeszcze o tym że oni
lubią nurkować... Biegnę, szukam najpierw ich ale gdzie? Wszędzie tłumy
ludzi. Potem biegnę po męża, znajduję go w kolejce po piwo i krzyczę żeby ich
szukał.
No i oni byli, ale ich nie poznałam w tym tłumie dzieciaków.
W tym momencie miałam dosyć "wypoczynku", rozpłakałam się i strasznie się
pokłóciliśmy.
Cały czas mam nadzieję że to ze mną jest coś nie tak, że jestem psychiczna i
przewrażliwiona. Bo wolę to niż myśl że mam męża totalnego głupka