Gość: MKatarynka
IP: *.*
14.01.03, 12:26
Tak sobie siedzę i dumam i smutno mi coraz bardziej po porannej rozmowie z moim mężem. Znowu napędził się w swoim narzekaniu. Wystarczy jakieś drobne niepowodzenie - ot zawieruszenie karty taksówkowej - i napędza się u niego spirala niezadowolenia. Zmęczenie, "niewyróbka" w pracy, ogólny bezsens wszystkiego. No, tylko się powiesić. A ja, wyczulona na wszelkie złe nastroje moich najbliższych cały dzień potem martwię się o niego.Widzę, że to nie tylko mój mąż taki jest. Coraz więcej ludzi dostrzegam koło siebie wiecznie narzekających, wiecznie niezadowolonych. Zawsze, nawet jak już jest całkiem nieźle to oni znajdą sobie jakiś problem, jakiś powód do narzekania. I ja już chyba się tym "malkontenctwem" zaraziłam. Kiedyś miałam zasadę, żeny nie narzekać choćby nie wiem jak źle było. Nie marudzić, nie zazdrościć innym. Teraz już zaczynam dostrzegać u siebie takie symptomy...To nie chodzi o to, że siedzę w domu na wychowawczym i mi się nudzi - jakby ktoś mógł powiedzieć. Bo ja jestem z tym szczęśliwa. Zresztą - jakbym musiała wrócić do pracy to bym wróciła i też bym była zadowolona bo potrafię znaleźć dobre strony każdej sytuacji. Chciałbym, żeby mój mąż i wszyscy naokoło mnie potrafili właśnie cieszyć się życiem, drobnymi sprawami a nie dołować się przy każdej nadarzającej się okazji, tak jakby cierpienie ich uszlachetniało. I żeby umieli patrzeć na świat przez różowe okulary. Dlaczego my, Polacy jesteśmy takimi malkontentami?MKatarynka