miss.gilmore
22.11.08, 17:57
Kolejny z cyklu, wiem...Ale ciekawa jestem waszych opinii.
Kilka lat temu "wpadłam", byłam tuż przed maturą.Mój obecny mąż
pracował więc mógł mnie i dziecko utrzymać, problem był z
mieszkaniem.Z teściową nie było możliwości(małe mieszkanie), moja
matka i ojczym właśnie przeprowadzali się do domku, ale ani my ani
oni nie chcieli mieszkać "na kupie".
Moja matka była wówczas właścicielką niedużego mieszkania
odziedziczonego po babci, w którym nigdy nie mieszkała.Ustaliliśmy
wspólnie że zamieszkamy z mężem w tym mieszkaniu, ale nie zostanie
ono naszą własnością dopuki rodzice mojego męża nie spłacą moim
rodzicom połowy jego wartości.Termin- 5 lat.
Teściowie nie zamierzali dołożyć się do tego interesu, to było jasne
od początku.Zaczęliśmy więc odkładać pieniążki, żeby z terminu się
wywiązać.Bywało różnie, czasem oszczędności niestety trzeba było
przejeść, ale po prawie 5 latach mieliśmy ustaloną na początku kwotę
na koncie.
Dodam że w międzyczasie ceny mieszkań znacznie poszły w górę, co
niejednokrotnie sugerowaliśmy mojej matce, zastanawiając się czy
ustalona wcześniej kwota jest nadal aktualna.Nigdy jednak nie
powiedziała nic co pozwoliło by myśleć że jest inaczej.
Do czasu jednak.Cztery dni przed planowanym przekazaniem pieniędzi(a
jednocześnie naszą rocznicą ślubu) dowiedziałam się od tzw.osoby
trzeciej, że matka zamierza zażądać od nas dwukrotnie wyższej kwoty.
Mamusia potwierdziła.W toku dalszych negocjacji stanęło na tym że do
kwoty początkowej doliczone zostały odsetki jakie naliczyłby bank za
kredyt tzw konsumpcyjny, co w sumie dało kwotę o 2/3 wyższą od
początkowej.Pieniążki pożyczyliśmy gdzie się dało, oddaliśmy, ale z
matką nie rozmawiam.
Powiedzcie czy waszym zdaniem słusznie mam żal do matki?Czuję się
oszukana i wykorzystana, nie potrafię z nią rozmawiać ani nawet na
nią patrzeć.