Dodaj do ulubionych

Czy ja aby nie przesadzam

    • inguszetia_2006 Re: Czy ja aby nie przesadzam 22.07.09, 23:26
      Witam,
      Przesadzasz, ale nie wynika to z egoizmu, lecz z wiary w pewną
      koncepcję małżeństwa, którą to łyknęłaś jak mała gąska. "Jak bawić
      się to razem, jak płakać, to też razem". A gdzie potrzeba
      samotności? Gdzie potrzeba wyciszenia, pozbierania myśli? Dwoje
      ludzi to taki kolektyw? Myślą to samo, czują to samo...? Raczej figa
      z makiem i romantyczne brednie. Twój mąż chciał być sam, tylko sam.
      I miał do tego prawo, choć romantyczne koncepcyje sugerowałyby w
      takiej chwili "jedność dusz".
      Pzdr.
      Inguszetia
      • joanna35 Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 09:38
        Szkoda, że nie chciał sam np. zmieniać pampersów czy chociażby
        towarzyszyć matce w ostatnich miesiącach jej życia. Nie, wtedy
        samotność nie była mu potrzebna, bo tak mu było wygodniej.
    • annamariamuff Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 08:40
      I jeszcze jedno tak prawie wszystkie rzucilyscie sie na
      dziewczyne ,ze powinna szanowac uczucia meza i zrozumiec ,ze w
      trudnej chwili o takich rzeczach sie nie mysli.
      A tu na tym watku czy ktos potraktowal ja ulgowo bo przeciez autorka
      watku tez jest w zalobie.
      Tylko nie mowcie mi ,ze po smierci Tesciowej nie mozna byc w zalobie
      ja bylam moze dlatego rozumiem autorke watku.
      • joanna35 Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 09:43
        Tak się rzuciły wszystkie na dziewczynę, że gdybym od lat nie
        czytała tego forum to pomyślałabym, że tu same święte co to hurtem
        ludożerców rozgrzeszają. A najbardziej wrażliwe i delikatne te które
        najwięcej pyszczą w wątkach o teściowych i ich synkach. Inna rzecz,
        że czytanie ze zrozumieniem i bez dorabiania osobistej ideologii to
        rzecz cenna, dla niektórych nie do opanowania.
    • default Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 09:40
      Na pogrzebie mojego ojca byłam tak półprzytomna, że nawet nie jestem
      w stanie ustalić kto gdzie stał i z kim. Koło mnie były moja matka i
      moja córka, resztę pamiętam jakby przez mgłę, dopiero na stypie
      trochę oprzytomniałam i zdołałam porozmawiać z przybyłą rodziną. Mąż
      dyskretnie sterował całą imprezą od strony organizacyjnej (ksiądz,
      autokary, przyjęcie itp.), żebym miała z tym spokój, chyba nawet w
      głowie mu nie powstało, żeby domagać się mojej uwagi dla niego (mimo
      że z teściem był bardzo związany).
      Mogę zrozumieć, że autorce wątku jest przykro, bo czuje się
      niedoceniona z racji opieki nad umierającą teściową - myślę, że czas
      na to docenienie przyjdzie później, kiedy już najbliższa rodzina (w
      sensie dzieci) otrząsną się z szoku. Domaganie się tego w czasie
      pogrzebu jest egoistyczne raczej.
    • kicia031 A ja cie rozumiem 23.07.09, 09:41
      Nie ma to jak zwalic opieke na umierajaca matka na obca
      osobe, ale napogrzebie pchac sie do,pierwszego rzedu, zostawiajac te
      obca sama gdzies z tylu.
      Rodzenstwo powinno milosc mamie okazywac, kiedy zyla.

      Smutne jest to, ze w takim momencie maz nie chcial twojego
      towarzystwa. Mowi cos o waszych wzajemnych relacjach, o tym, kto
      daje, a kto bierze.
      • joanna35 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 09:47
        kicia031 napisała:

        > Nie ma to jak zwalic opieke na umierajaca matka na obca
        > osobe, ale napogrzebie pchac sie do,pierwszego rzedu, zostawiajac
        te
        > obca sama gdzies z tylu.
        > Rodzenstwo powinno milosc mamie okazywac, kiedy zyla.
        >
        No, ale wszystkie święte nie-boskie z tego forum na co dzień zajmują
        się swoimi teściowymi, są dla nich miłe, wyrozumiałe, skore do
        bezinteresownej pomocy, dlatego ten nieistotny szczegół w poście
        autorki możemy pominąć.
        • azile.oli Re: I ja też Cię rozumiem... 23.07.09, 10:38
          Tak naprawdę nie chodzi o to, kto gdzie stał w kościele, ale o to,
          że małżonkowi należą się pewne prawa, nawet w obliczu tragedii, jaką
          jest śmierć rodzica. I mówię tu o prawach, jakie wynikają z
          emocjonalnej więzi między małżonkami. Ja miałam odwrotną sytuację,
          bo to mój tata zmarł nagle, w dodatku w wieku 51 lat. Po załatwieniu
          formalności pogrążyłam się tak w swojej rozpaczy, że jakoś
          przeoczyłam fakt, że mam teraz nową rodzinę, która chce mnie
          wesprzeć. Co prawda chłopa w kościele nie zostawiłam na boku, ale
          chyba tylko dlatego, że szedł z naszymi dziećmi, więc soiedział w\
          pobliżu, choć nie ze mna, bo ja siedziałam z matką, jestem
          jedynaczka, tylko ja mogłam z nia usiąść i pójść za trumną, potem
          szedł mój mąż z dziećmi. Więc na pogrzebie było ok i mąż się tego
          nie czepiał. Raczej było mu przykro, że ustawiłam przed soba taką
          kuloodporna szybę, niby normalnie funkcjonowałam, a jednak
          odstawiłam go na dalszy tor. Normalne, że nie jego ojciec i on tak
          nie cierpiał, ale w krótkim czasie zrozumiałam, że on chce być dla
          mnie podporą, a ojcu życia nie wrócę.
          Dlatego od tej chwili jesteśmy dla siebie najważniejsi i choć
          jesteśmy z teściową skłócone to wiem, że na jej pogrzebie (o ile
          dożyję) będę szła obok mojego męża, jako jego kochająca żona, a nie
          jako kochająca synowa. Nie wyobrażam sobie , żeby zostawił mnie
          samej sobie i poleciał do brata. Cokolwiek by się nie działo, ja
          jestem przy nim, a on przy mnie. I nie ze względu na więź, jaka mnie
          łączyła lub nie z osobą zmarłą, ale na tę, która łączy mnie z
          małżonkiem. Tym bardziej nie rozumiem, jak można zostawić osobę,
          która przez ostatnie miesiące pomagała i wspierała w trudnych
          chwilach. I może tu nie chodzi nawet o to, że autorka wątku sama
          potrzebowała wsparcia, ale o to, że mąż w danym momencie tego
          wsparcia od niej nie chciał, nie pomyślał, kto powinien być u jego
          boku. Takie rzeczy robi się instynktownie. U mojego boku jest mąż,
          choćby się waliło i paliło. Naturalne jest, że miejsce w kondukcie
          pogrzebowym nie jest najważniejsze, ale jeśli tylko ta druga połówka
          nie musi nikomu z bliskiej rodziny towarzyszyć (bo babcia, ciocia,
          matka, teściowa nie ma z kim iść), to powinna iść z mężem/ żoną.
          Małżonek to nie doczepka, w pewnym momencie powinien się stać
          ważniejszy, niż reszta rodziny i powinien być traktowany z należytym
          szacunkiem. Ja już przetestowałam na sobie, ale wtedy byłam kilka
          lat po ślubie, młoda i głupia. Śmierć mojego ojca nie dotknęła
          mojego męża tak, jak mnie. Nawet, gdyby mi pomagał w opiece, też
          jednak bardziej cierpi dziecko, niż synowa/zięć. Ale nasze
          cierpienie dotyka bezpośrednio naszych współmałżonków i nie powinni
          w tych dramatycznych chwilach być odsyłani na bok.
      • kawka74 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:17
        > Nie ma to jak zwalic opieke na umierajaca matka na obca
        > osobe, ale napogrzebie pchac sie do,pierwszego rzedu, zostawiajac te
        > obca sama gdzies z tylu.

        Nie wiedziałam, że ludzi na pogrzebie sadza się w hierarchii poczynając od tych, co poświęcili najwięcej czasu.
        BTW jeśli się bierze matkę do domu, logicznym jest, że gros opieki spada na osoby w tym domu mieszkające, i pyszczenie, że inni 'się nie zajmowali' kupy się nie trzyma.
        • umasumak Kawka 23.07.09, 10:20
          Wiesz, nie zauważyłam, żeby autorka pyszczyła. Wyraziła żal, zwierzyła się nam
          ze swoich odczuć.
          Generalnie poza tym, że opiekowała się teściową, umkną Wam jeszcze jeden
          szczegół - on nie oczekiwała, że mąż do niej dołączy - ona dołączyła do męża, a
          on sobie poszedł.
          • joanna35 Re: Kawka 23.07.09, 10:26
            Uma , dzięki, dzięki Ci za to co napisałaś - do tego sprowadzał się
            cały post autorki. Ja dodam jeszcze od siebie, że na wszystkich tego
            typu uroczystościach byli razem, obok siebie, więc miała pełne prawo
            sądzić, że teraz też tak będzie.
          • kawka74 Re: Kawka 23.07.09, 10:26
            > Wiesz, nie zauważyłam, żeby autorka pyszczyła

            Ona - mniej, natomiast obrońców uciśnionej pojawiło się zaraz milion; a te pyszczą aż kurz idzie.
            Bo za trumną idzie się wedle zasług, nie?

            > szczegół - on nie oczekiwała, że mąż do niej dołączy

            Oczekiwała, że ją wesprze, bo jej ciężko. Bo jej teściowa zmarła, a jemu tylko matka.
            • joanna35 Re: Kawka 23.07.09, 10:29
              > Ona - mniej, natomiast obrońców uciśnionej pojawiło się zaraz
              milion; a te pysz
              > czą aż kurz idzie.
              Kawka słoneczko Ci zaszkodziło?
              • kawka74 Re: Kawka 23.07.09, 10:31
                Tak.
                Zaszkodziło i dyskutuję z taboretami zamiast zająć się swoimi sprawami.
                • joanna35 Re: Kawka 23.07.09, 10:36
                  Czy w tych swoich sprawach uwzględniłaś naukę czytania ze
                  zrozumieniem? Lepiej późno niż wcalesmile
                  • kawka74 Re: Kawka 23.07.09, 10:38
                    kotuś
                    I wzajemnie, i wzajemnie.
        • joanna35 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:23
          Kawka zaczynam coraz bardziej wątpić w tą Twoją całkowitą opiekę nad
          chorą matką, bo osoba, która ma za sobą tego typu doświadczenie wie
          jak jest ono trudne. Natomiast osoba, która przerzuca
          odpowiedzialność i obowiązek na innych oczywiście wkład autorki w
          opiekę nad teściową zbagatelizuje. Po lekturze tego forum i wątków
          o żywych teściowych trzeba mieć nierówno pod sufitem, zeby nie
          potrafić docenić tego co zrobiła autorka wątku.
          • kawka74 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:28
            > Kawka zaczynam coraz bardziej wątpić w tą Twoją całkowitą opiekę nad
            > chorą matką,

            Masz wyjątkowy tupet, nie powiem.
            • joanna35 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:30
              To nie mów tylko przeczytaj dalej zamiast wyciągać to co Ci pasuje.
              • kawka74 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:33
                Wyciągnęłam to, co mi NIE pasuje.
                Widać, że nie masz pojęcia, o czym piszesz.
                • joanna35 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:35
                  Ja akurat mam. Sama zajmowałam się moją umierającą matką i zaręczam
                  Ci, że gdyby ktokolwiek, nie wyłączając mojego męża, dzielił ze mną
                  ten trud to nie uważałabym tej pomocy za małostkową i okazałabym w
                  taki czy inny sposób swoją wdzięczność.
                  • kawka74 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:37
                    Wątpię, że zajmowałaś się swoją umierającą matką, bo każdy, kto pożegnał tak bliską osobę, ma pojęcie, jak się wtedy człowiek czuje, co przeżywa. Tylko ktoś, kto na pogrzebie wiercił obcasem dziurę w piachu, zbagatelizuje dramat, jaki się wtedy przeżywa.
                    • joanna35 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:41
                      No wiesz, Kawka, jeżeli ktoś nie znalazł chwili czasu za życia
                      matki, żeby się z nią pożegnać to dobrze jak chociaż to zrobi nad
                      jej grobem. Zgadzam się z Tobą.
                      • kawka74 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:46
                        Jeśli to miał być przytyk, to Ci trochę nie wyszło.
                        • joanna35 Re: A ja cie rozumiem 23.07.09, 10:53
                          Widzisz Kawka - czepiasz się. Nie, to nie był przytyk.
                          • umasumak Dziewczyny (Kawka i Joanna) 23.07.09, 18:29
                            Przestańcie. Każda z nas prawo do swojego odbioru sprawy, zwłaszcza, że każdą z
                            nas w taki czy inny sposób dotkną los. Ja tylko uważam, że autorka wątku może
                            czuć, to co czuje i to wcale nie musi oznaczać, że jest bezrefleksyjna i
                            pozbawiona empatii.
                            • kawka74 Re: Dziewczyny (Kawka i Joanna) 23.07.09, 19:36
                              Uma, już przestałyśmy smile
                              Ja nie kwestionuję uczuć autorki wątku (każdy różne rzeczy odbiera po swojemu), natomiast uważam, że człowiek w ciężkich chwilach może zachowywać się niezgodnie z oczekiwaniami partnera, może się zachowywać wręcz nieracjonalnie, więc zgłaszane pretensje, zapewne słuszne w normalnych okolicznościach, są w takiej chwili po prostu nie na miejscu.
                              Osobiście z pogrzebu mojej matki nie pamiętam za dużo, nie wiem, co odpowiadałam na kondolencje, i nie podziękowałam ludziom za przybycie (tu znalazł się kuzyn mamy, który zrobił to za mnie).
                              Najlepiej pamiętam zupę grzybową na stypie, puszkę coli, którą dała mi przyjaciółka, i księdza, który wyraźnie miał limit czasowy. Ale żeby sprawdzać, kto przy kim stoi, czy mój mąż nie czuje się opuszczony z tego powodu, że chciałam towarzyszyć babci - to nie wchodziło w grę.
                              • joanna35 Kawka - przepraszam 23.07.09, 20:30
                                • kawka74 Re: Kawka - przepraszam 23.07.09, 20:36
                                  To ja przepraszam - niepotrzebnie się rozdarłam, ale to dla mnie bardzo przykry, trudny i drażliwy temat.
                                  Mimo że minęły cztery lata, nie mogę znieść zapachu rumiankowego papieru toaletowego, bo kojarzę go z pielęgnacją mamy. A emocje - nie wygasły i nigdy nie wygasną.
                                  • joanna35 Re: Kawka - przepraszam 23.07.09, 21:07
                                    Wiesz, Kawka, po tej nieszczęsnej pyskówce, kiedy myślałam o tym co
                                    napisałaś poczułam, że Ci zazdroszczę - tak ładnie pisałaś o Mamie,
                                    jako o najbliższym Ci człowieku. No cóż....ja nigdy nie nazwałabym
                                    mojej mamy najbliższym mi człowiekiem, ale kiedy dowiedziałam się w
                                    rozmowie z lekarzem jak bardzo jest chora wiedziałam, że muszę się
                                    nią zająć, że w pewien sposób jestem jej to winna. Dla mnie to było
                                    nawiększe, jak dotąd, wyzwanie w moim życiu i ....byłam z nim sama.
                                    Ojciec i brat, owszem byli, ale cały ciężar opieki, rozmów z
                                    lekarzami, towarzyszeniu w badaniach, które nic dobrego nie wnosiły
                                    a tylko potęgowały smutną prawdę i robienia dobrej miny do złej gry
                                    spadł na mnie. A potem nad grobem stałam sama. Fakt, że grób był
                                    tak usytuowany, że gdyby za wszelką cenę chciała stanąć koło ojca i
                                    brata to pewnie wpadłabym do niego, ale pamiętam to uczucie -
                                    wykorzystania, osamotnienia. Chociaż żal to akurat miałam do męża,
                                    bo ja akurat chciałam, żeby był ze mną, a on ....szkoda gadać. We
                                    wrześniu miną cztery lata od pogrzebu i do dzisiaj byłam świecie
                                    przekonana, że było minęło. No cóż, jak widać nie.
                                    • kawka74 Re: Kawka - przepraszam 23.07.09, 21:31
                                      Moja mama była dla mnie prawie całym światem (prawie, bo całkiem sporą część zajął mój mąż wink). Mimo że nie była wolna od wad i popełniła mnóstwo błędów, byłam jej serduszkiem i oczkiem w głowie (tak, wiem, to nienormalne, żeby stara baba tak pisała). Mogłam na nią liczyć i naturalne wydawało mi się, że w ciężkiej dla siebie chwili ona będzie mogła liczyć na mnie. To fakt, że było to wyzwanie, bo byłam tak, jak Ty, sama do wszystkiego - nie mam rodzeństwa (zresztą, jak widać, nie zawsze jest ono gwarantem podziału opieki), ojciec żyje swoim życiem, mąż jeszcze wtedy nie był moim mężem. Zresztą póki mama chodziła, jakoś dawałam sobie radę nie tylko z badaniami, szpitalem, chemioterapią, robieniem zastrzyków, ale i z fatalną kondycją psychiczną mamy. Szczęka mnie bolała od sztucznego uśmiechu, a głowa od kłamstw.
                                      Pod koniec było bardzo źle - pojawiły się przerzuty na mózg, ataki padaczki, całe noce siedziałam na podłodze w jej pokoju i nie umiałam jej pomóc (pogotowie wezwałam, a jakże, ale usłyszałam, że nie mogą nic zrobić) ani się z nią porozumieć, bo już nie rejestrowała rzeczywistości.
                                      Mąż przy mnie był i robił tyle, ile mógł. Pewnych rzeczy jednak przy mamie robić nie mógł, bo wiem, że czułaby się z tym źle.
                                      Na pogrzebie siedział obok mnie, ale czy szedł obok - nie pamiętam. Nie pamiętam, kto koło mnie stał przy grobie. Dlatego wydawało mi się nieważne, kto gdzie jest, bo ból był tak wielki, że zagłuszał niemal wszystkie bodźce, i przypuszczam, że taki sam ból mógł odczuwać mąż autorki wątku.
                                      Wiesz, to nigdy nie mija. Ja do tej pory przeżywam różne chwile i uczucia, i do tej pory główkuję, co mogłam jeszcze zrobić, żeby ją uratować, i wiem, że na pewno nie zrobiłam wszystkiego. Tylko cholernego czasu nie da się cofnąć.
                                      Widzę, że różnica zdań wynika po prostu z odmienności naszych doświadczeń, ludzka rzecz, tyle że w nas obu siedzą wciąż ogromne pokłady różnorakich emocji - no i było bum. Ale cieszę się, że pogadałyśmy po ludzku, bez złości smile
                            • joanna35 Re: Dziewczyny (Kawka i Joanna) 23.07.09, 20:29
                              Ja uważam dokładnie tak samo.
          • sir.vimes nie całkiem, Joanno 23.07.09, 19:57
            Natomiast osoba, która przerzuca
            > odpowiedzialność i obowiązek na innych oczywiście wkład autorki w
            > opiekę nad teściową zbagatelizuje.

            Internet wiele bzdur znosi, tą też zniesie.

            Chociaż nie tylko jest to bzdura koncertowa, próba urażenia Kawki i innych
            ludzi, którzy wprawdzie swoje obowiązki wobec bliższych i dalszych wykonali ale
            nie odmawiają prawa do żałoby innym.

            Urocza zasada, ze na pogrzebach płacze i ma prawo płakać ten kto "dał najwięcej"
            jest oczywistym nadużyciem - choćby dlatego, ze niemal każdy za najbardziej
            pokrzywdzoną i osieroconą po śmierci matki osobę uzna np. małe dziecko a nie
            opiekującą się chora pielęgniarkę. Jeśli uzna inaczej - jest zwykłym kretynem,.

            Płaczemy bo bliskich nie tylko dlatego (a może w ogóle nie dlatego), ze my coś
            im daliśmy, tylko dlatego, ze oni nam coś dali - zatem najbardziej marnotrawne
            dziecko bardziej jest po śmierci matki sierotą niźli najlepsza synowa. Ditto.
            • joanna35 Re: nie całkiem, Joanno 23.07.09, 20:26
              Wzruszające. Sir błagam Cię , nie mówimy tutaj o pielęgniarce,
              wolontariuszce czy sąsiadce, mówimy o mężu. Widzisz różnicę ? I ,
              wybacz, ale wg. mnie jeżeli autorka wątku była wystarczająco blisko
              spokrewniona z teściową żeby się nią zajmować, kiedy ukochane
              pieszczoszki umyły rączki i zajmowały się nią z doskoku to nie
              rozumiem dlaczego nie była dość dobra, żeby STAĆ z nimi nad grobem.
              • sir.vimes Re: nie całkiem, Joanno 23.07.09, 20:45
                > Wzruszające. Sir błagam Cię , nie mówimy tutaj o pielęgniarce,
                > wolontariuszce czy sąsiadce, mówimy o mężu. Widzisz różnicę ?

                No , przepraszam , ale wg mnie sąsiadka opiekująca się na pełen etat za darmochę
                chorą sąsiadką to zasługuje na pomnik ze spiżu bo żadnych obowiązków, nawet
                minimalnych, wobec danej osoby nie ma.

                Fakt jest faktem - osierocone są dzieci i należy uszanować to choćby w tym
                jednym dniu.

                Stanie w tym "honorowym" miejscu głównego żałobnika nad grobem to nie jest, jak
                próbowałam zresztą wyjaśnić, żadna ZAPŁATA za zasługi czy rewia zasłużonych. To
                jest miejsce najbliżej związanych (powtarzam - niekoniecznie tych co najwięcej
                dali, może być , ze tych co najwięcej dostali) czyli dzieci, męza, żony,
                rodziców.

                Nie synowej, nie teściów, nie pociotków. Natomiast ja nie odtrąciłabym męża
                gdyby koło mnie w takiej chwili stanął i byłoby dla niego miejsce. Pewnie nie
                zauważyłabym go nawet, skupiona raczej na innych aspektach tego dnia niż to, jak
                się czuje mój mąż.
                • joanna35 Re: nie całkiem, Joanno 23.07.09, 21:09
                  Natomiast ja nie odtrąciłabym męża
                  > gdyby koło mnie w takiej chwili stanął i byłoby dla niego miejsce.
                  >
                  >
                  Sir i tylko o to mi chodziło.
    • mamamonika Tak spokojniej... 23.07.09, 10:42
      Ludzie naprawdę różnie reagują na śmierć bliskich. Niektórzy chcą się
      wypłakać w mankiet, niektórzy w dniu pogrzebu działają jak automaty,
      żeby się rozkleić za tydzień, niektórzy widać że chcą być sami i też
      to trzeba uszanować. Naprawdę, reakcje potrafią być dziwaczne i
      często bardzo odmienne od "normalnego" zachowania takiej osoby.
      Moim zdaniem najlepsze co można zrobić to po prostu wspierać - i
      jakoś się trzymać samemu. A na pewno sam pogrzeb to najgorsze miejsce
      na roztrząsanie, kto się na ile opiekował, kto był silniej związany
      ze zmarłym, nie jest to miejsce na "docenianie" kogokolwiek poza
      zmarłym. To on jest głównym bohaterem uroczystości. Jak się o tym
      zapomni, często wychodzi rodzinny cyrk i dąsy na lata.
      • kawka74 Re: Tak spokojniej... 23.07.09, 10:46
        > Ludzie naprawdę różnie reagują na śmierć bliskich.

        Bardzo różnie. Wymaganie od nich racjonalnego myślenia to absurd.

        A na pewno sam pogrzeb to najgorsze miejsce
        > na roztrząsanie, kto się na ile opiekował, kto był silniej związany
        > ze zmarłym, nie jest to miejsce na "docenianie" kogokolwiek poza
        > zmarłym.

        Dokładnie tak.
        Pogrzeb to ani miejsce, ani czas na zapłatę za zasługi. Tego się po prostu nie robi.
        • joanna35 Re: Tak spokojniej... 23.07.09, 10:51
          A autorka oczekiwała zapłaty? Chciała być w tym miejscu i czasie
          razem z mężem, zwłaszcza, że wcześniej tak było przy podobnych
          okazjach - naprawdę to tak trudno zrozumieć? Naprawdę tak trudno
          zrozumieć uczucia autorki wątku? Nawet jeżeli założymy, że "pogrzeb
          rządzi się" swoimi prawami to czy naqprawdę autorka nie miała prawa
          czuć się odtrącona przez męża, wszak chciała z nim iść, nie czekała
          aż przed nią padnie na kolana i poprosi o towarzyszenie w smutku i
          żałobie. A on ją olał. Dlaczego na pogrzebie ojca był z żoną a na
          pogrzebie matki już nie?
          • mamamonika Re: Tak spokojniej... 23.07.09, 10:59
            Być może on sam tego nie wie.
            Ja nie mówię, że mąż zachował się modelowo i że autorka nie ma prawa
            do uczuć. Ale odejście rodzica czy partnera potrafi wywołać tak silne
            emocje, że człowiek dosłownie "odlatuje". Byłam na pogrzebie mojego
            profesora - jego córce któraś z krewnych mówiła, kiedy ma wstać,
            kiedy usiąść - kobieta była zupełnie wyłączona. Naprawdę, to nie jest
            normalna sytuacja i nie możemy wymagać pełnej normalności. Chociaż
            może i takie czy inne zachowanie zaboli, ale raczej śmierć matki jest
            bardziej bolesna niż afront proceduralny realny czy nie wink
          • kawka74 Re: Tak spokojniej... 23.07.09, 11:02
            Naprawdę trudno.
            Łatwiej zrozumieć męża i jego zachowanie, niż pretensje żony, że go nie było, a był JEJ potrzebny.
            • default Re: Tak spokojniej... 23.07.09, 11:28
              Sama popełniłam na pogrzebie Ojca poważny afront, ale uświadomiono
              mi to dopiero kilka dni po, bo na bieżąco to ja w ogóle nie
              kontaktowałam. Otóż nie zaprosiłam osobiście, wprost i własnymi
              słowami na przyjęcie konsolacyjne mojej byłej teściowej i byłego
              męża - nie celowo, po prostu jakoś mi to umknęło, a oni zamiast
              zabrać się ze wszystkimi - pojechali do domu (a autokar był
              podstawiony, wydawało mi się mętnie, że wszyscy wsiądą i pojadą do
              tej knajpy). No i wyszło, że ich obraziłam sad
              • asia_i_p Re: Tak spokojniej... 23.07.09, 13:20
                I oni serio się na ciebie obrazili?
                Zadziwia mnie, że można przyjść na pogrzeb i zamiast zamyślić się
                nad tym, czy coś jest potem, kiedy moja kolej, i tak dalej, skupiać
                się na rozróżnieniach natury towarzyskiej. No chyba, że ludzie tak
                robią właśnie po to, żeby o śmierci n i e myśleć - w sumie łatwiej
                jest się przejmować, że mnie nie docenili albo nie uszanowali niż
                przeżywać śmiertelność własną i ukochanych osób. Więc może to takie
                mechanizmy obronne.
    • ira_07 Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 16:57
      Przesadzasz. Mąż i jego rodzeństwo to dzieci teściowej. Ty nim nie byłaś. Musisz
      żyć uwieszona u męża? Jak długo go nie było? Mi jest łatwo zrozumieć, że
      rodzeństwo chciało się jakoś "oddzielić" od reszty.
    • nutka07 Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 18:07
      Na ogol jest tak, ze najblizsza rodzina, partner, dzieci maja 'pierwszenstwo' w
      zalobie. To oni stracili najblizsza osobe.

      Nie chce w zaden sposob umniejszac Twojego poczucia straty bo jestem w stanie
      Cie zrozumiec. Moze zbyt osobiscie to odebralas? Maz mogl naprawde nie myslec o
      tym co sie dzieje poza nim. Ludzie roznie reaguja. Mnie pogrzeby zawsze bardzo
      stresowaly. Nie w zwiazku z faktem, ze ktos umarl i kogos stracilam tylko ze
      wzgledu na 'publiczne' przezywanie zaloby.

      Dzisiaj mija dokladnie 4 lata jak zmarla moja mama (tez rak) i akurat myslalam o
      tym wszystkim. Gdybym miala wyjscie to najchetniej sama bym z nia zostala.

      Ja bylam w podobnej sytuacji co Twoj maz tylko moj owczesny partner bardziej
      przesadzil.
      W kosciele przed trumna stala lawka, na ktorej usiadla babcia (mama mojej mamy)
      moj ojciec i ja. Zobaczylam, ze usiadl w innej lawce i poprosilam go zeby usiadl
      ze mna ale on odmowil. Po mszy wyszlismy z kosciola i szlismy za trumna dalej w
      trojke wtedy juz nie myslalam, gdzie on jest. Nad grobem tak samo. Widzialam, ze
      stanal dalej ze swoja matka i corka. Do mnie podeszla sama z siebie moja
      przyjaciolka, obiela mnie i zostala ze mna do konca. Po pogrzebie ja pojechalam
      do babci z reszta rodziny a on wrocil do pracy. Gdy wrocilam wieczorem do domu
      czekala mnie awantura. Mialam wielka klotnie pod haslem: 'Kim ja bylem dla
      Ciebie na pogrzebie??!!'. Bylam w szoku i nie moglam zrozumiec jak mozna ode
      mnie wymagac, zebym podczas tak ciezkich chwil dbala jeszcze wystarczajaco o
      partnera. Na moje pytanie dlaczego nie usiadl ze mna, kiedy go o to poprosilam
      odpowiedzial, ze bylo to miejsce dla rodziny. Musialam sie tlumaczyc dlaczego
      rano pojechalam do ojca do domu i uprasowalam mu koszule na pogrzeb a jemu nie.
      Bylo jeszcze kilka innych 'kwiatkow'.

      Jezeli tak Cie to gryzie to powiedz mezowi o swoich uczuciach dotyczacych
      smierci tesciowej, co tam w duszy czujesz (kwestie pogrzebu bym pominela).
      Niestety czasami nasze poczucie krzywdy (choc w tej sytuacji to okreslenie
      wydaje mi sie byc za mocne) musimy schowac badz dac na wstrzymanie.

      Gdyby zmarla moja tesciowa staralabym sie wesprzec meza jak tylko umiem. Na
      pogrzebie stanelabym obok niego jezeli bylo by za malo miejsca stanelabym za nim
      bo pierwszenstwo przede mna mialby jego brat i ewentualny partner.
    • dzika41 Re: Czy ja aby nie przesadzam 23.07.09, 20:37
      Ja chyba Cię rozumiem.
      Gdy zmarł mój dziadek(tata taty) moi rodzice stali razem i w kościele i na
      cmentarzu.
      Dla mnie to jest najnaturalniejsza rzecz na świecie, to że współmałżonek jest
      obok w tak trudnych chwilach.

      Gdybym znalazła się w takiej sytuacji również źle bym się czuła.
      • irmaaa Re: Czy ja aby nie przesadzam 24.07.09, 20:40
        Ja Cię, Autorko wątku całkiem rozumiem. Na pogrzebie Mamy stałam z rodzeństwem,
        bo nie byłam jeszcze mężatką, na pogrzebie Taty towarzyszył mi mąż i nie
        wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej.
        Zważywszy jednak na okoliczności, zapomnij, nie dręcz się tym i nie miej żalu do
        męża.
    • intuicja77 przesadzasz nt 24.07.09, 21:12
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka