Słuchajcie, jak zachęcić pięciolatka (skończy 5 za miesiąc) do jeżdżenia na
dwóch kółkach bez kółek asekuracyjnych? Mój mąż kompletnie sobie z tym nie
radzi, mały nie chce z nim się uczyć, czemu zresztą się nie dziwię, bo kółka
boczne zostały odkręcone na siłę, jak młody, po roku przerwy ledwo siadł na
rowerze i zaczął się nim cieszyć. Teraz się rowerem nie cieszy, nie chce
jeździć w ogóle, z ojcem nie chce wychodzić na dwór, jak siedzi na rowerze, a
ojciec go trzyma "na kiju", ryczy w niebogłosy, zwracając uwagę wszystkich w
około i utwierdza się tylko w przekonaniu, że jest fajtłapą

. Wczoraj ślubny
przyszedł do domu z paką czipsów (jedzą je wspólnie tylko od czasu do czasu,
robią sobie "święto" - bo jest zasada, że ja nie kupuję)i wlazł z tymi
czipsami, pokazał je synowi i powiedział, że da mu je, jak ten pójdzie z nim
na rower. Ręcę mi opadły. Może podpowiecie coś mojemu mężowi? Co ja mam w tej
sytuacji robić??? Nie chcę podważać autorytetu ojca, choć widzę, że jego
metody są głupie i przeraża mnie wizja jego dalszych pomysłów (raz nawet
wspomniał przy nim, że da mu w tyłek za takie zachowaniena rowerze!!!). Jak
połączyć ojca ambicje (nie jest wzorem w tym temacie, godzinami siedzi przy
komputerze, zero sportu)i godność oraz zdrowe podejście do sportu mojego syna
i do tego jeszcze spokój w rodzinie, bo za obronę małego ja jeszcze usłyszę
nie jedno... I jak ja mam się zachowywać w takich sytuacjach, żeby nie
pogarszać atmosfery? I jak uspokoić ambicje męża, żeby podszedł do wszystkiego
bardziej rozsądnie? Podpowiedzcie, bo, kurcze, po pracy, znów będzie ryk, bo
tata chce z nim iść na rower...