milkahelena
23.05.14, 05:05
Witam.
Jestem do niczego, wszystko spaprałam.
Córeczka skończyła 9 miesięcy właśnie, a ja nie zbudowałam więzi mimo że pragnęłam tego bardzooo. Jest nerwowa tak jak ja. Skapitulowałam dziś i łyknęłam walerianę. Świat mi się sypie na głowę, nie wiem co robić dalej, same problemy tworzę.
Marzyłam o cudownym porodzie i macierzyństwie, nastawiłam się dobrze, wyszło - sam stres. Już w ciąży - kłótnie z partnerem, chęć rozstania i przejrzenie na oczy, że on woli mamuśkę zadowalać niż swoją ówczesną narzeczoną w ciąży. Nie zrobił właściwie nic dla mnie jak byłam w błogosławionym stanie, próbowaliśmy terapii, mniejsza z tym, im bliżej rozwiązania, tym ja bardziej byłam spięta i nerwowa. W końcu sam poród (był obecny, ale ciągle go wypraszałam), przeżyłam ciężko (rozcinanie prawie bez skurczu, urwane łożysko, długi poród, łyczeczkowanie itp.), do teraz trzęsie mną na myśl o powrocie do szpitala.
Po porodzie nie umiałam dziecka przystawić do piersi, jak spałam bo mi ją zabrano (córeczkę moją) od 5 do 9 rano po porodzie, podano jej od razu w buteleczce jakieś mleko z głupim smoczkiem ( bo płakała). Ech, i się wtedy zaczęło... Szkoła rodzenia na nic się przydała. Dostałąm tą butelkę, nie umiałam jej dać piersi, moje brodawki były prawie na równi z otoczką, nie umiała chwycić, płakała, a ja w coraz większym stresie - podawałam tą butelkę. Prosiłam o pomoc przy karmieniiu w szpitalu - pamiętam, ściskano mi brodawki i mówiono, że nic nie leci, a tam kropelka lepkiego płynu tylko. Byłam przerażona, bo bardzo mi zależało. Dobita jeszcze, że chodzić nie mogłam prawie (ogromne krwiaki poporodowe żył w kroczu). Byłam sama. Facet nic nie rozumiał, przychodził tylko i się uśmiechał do dziecka, nic poza tym. Prosiłam tylko by mi jakieś jedzenie robił. Od początku byłam zestresowana i tak zostało. Właściwie znikąd wsparcia, rodzina - matka - albo teksy w stylu, za mało leci, mała głodna, itp. potem jak nosiłam małą, to ciągle tylko- włóż do wózka zamiast zapytać jak się czuję.
Na początku chłop coś pomagał przy jedzeniu i sprzątaniu - wyznaczył sobie granicę końca połogu i potem robił coraz mniej, aż w końcu musiałam mu przypominać, że wypadałoby coś pomóc. Teraz dopiero jak mała złapała infekcję w drogach moczowych, zreflektował się, że posprzata. Ja, mimo, żę to już 9 misiąc, nie potrafię się zorganizować, jestem chaotyczna, nie wiem co robić dalej. Ponieważ planowaliśmy się rozstać, ciągle jestem zestresowana jak sobie poradzę dalej. Wiem już, że po powrocie z macierzyńskiego moja praca zostanie zakończona ( pracodawca jasno mi dał do zrozumienia na moje pytanie).
Nie mogę wrócić do rodziców, nie dam rady psychicznie z nimi, ledwo zniosłam jednodniową wizytę świąteczną.
Piszę ten wstęp, by nakreślić zmagania psychiczne. Wracam do mojego karmienia.
W szpitalu mała miała zażółconą skórę, ale nas wypuszczono. Pamiętam, jadąc ze szpitala, byłam przerażona "jak ja wykarmię dziecko"- przecież nic nie leci. Kazałam od razu kupić mleko ;/. Mieliśmy jakieś promocyjne butelki avent, potem kupiliśmy medelę taką butelkę.
Mała płakała z głodu, próbowałam jej dawać cyca, potem kapitulacja - i butelka. W histerii poporodowej i załamaniu poprosiłąm o pomoc laktacyjną. Przyjechała pani z wagą i elektrycznym laktatorem, na dzieńdobry ustalając, by karmić wg schematu i ważyć co 3 dni. Odciągać i podawać określone ilości, to mnie dobiło. Ale mnie nastraszyła żółtaczką. Mała nie spadła z wagi przez to mleko sztuczne nawet. Raz popatrzyła jak zasysa i stwierdziła że w porządku i że płacze bo nic nie leci ;/ no więc kolejne dobicie, czując się jak dojarka z tym laktatorem ,robiłam tak przez kilka dni zrozpaczona i zestresowana, oczywiście z bólem brodawek, bo jakżeby inaczej. NIe wytrzymałam długo, jak zaczęło mi sięodciągać około 45 ml po kilku dniach - zaczęłam karmić tylko piersią, nie mogłam tak dłużej. Mała mimo to płakała, wisiała na cycu cały dzień. Jadłą, spała, jadłą spała, prężyła sie kupkała i tak w kółko. Myślałam, zę jest coś nie tak, że się nie najada ( oczywiście moja mama wpadła na tydzień w 2 tygodniu i mówiła, że ona sięnie najada dlatego nie śpi i cyca wołą). Ja nie potrafiłam jej zmusić do intensywnego ssania, bo szybko zasypiała przy cycu i tak w kółko. Nie miałam czasu wtedy dla siebie nie mam i teraz.
Wtedy wisiała przez prawie cąły czas, teraz ssie w trakcie drzemek i nadla nie jestem w stanie nic zrobić wokół siebie.
Nie pamiętam jak ten czas minął. Stres, napięcie, nerwy. Potem się zaczął problem inny - krew w kupce, zielone, pieniste stolce, wodniste, do 10 dziennie. Spróbowałam delikol - piski i krzyk ,ale ilość się zmniejszyła od razu. Ulewania też były. Chodziłam do lekarzy, robiłam badania, nic nie wykazywały wówczas. więc mówiono, że alergia. Twarz też cała czarwona i ciemieniucha mocna. Przeszłąm na dietę bezglutenową, bezmleczną, wegańską, bez warzyw alergizujących typu pomidor, seler itp. W końcu prawie nic do jedzenia mi nie zostało, sama kasza jaglana z kilkoma warzywami, a mała nadal miała tą krew. POdjadałam suszone owoce z powodu silnego łaknienia cukru, mimo wzdęć po nich wydaje mi się większych u niej.
Od ponad roku jestem na takiej diecie i już nie mam aptetytu na nic konkretnego, a jestem ciągle głodna. O dziwo moja morfologia jest idealna.
Rety, nie umiem skleić tych paru zdań.
Jak mała miała prawie 7 miesięcy jeszcze stabilnie nie siedziała, alergolog stwierdził, że powinno się rozszerzać dietę. Mimo moich obaw. porad na forum alergia by nie dawać jabłka i marchewki. podałam marchewkę gotowaną. Do tej pory nie miała na skórze ciałka plam żadnych suchych, po tej marchewce zaczęły się pojawiać. Nie wiedziałam już kto ma rację. Odstawiłam marchewkę, Po jakimś czasie spróbowałam jabłka - to samo. Odstawiłam. Nadal nie wiem co jest bezpieczne, bo nie miałam jakiejś diety eliminacyjnej, nie wiedząc jak ją poprowadzić, a lekarze mi nic konkretnego jak postępować nie mówili. Tylko bym się nie ograniczała. Ale jak się nie ograniczać jak była krew a potem plamy???
Mała przez cały ten czas bardzo się prężyła przy kupce, czy w ogóle. Robiła potem około 4 dziennie, zawsze ze spinaniem lub podskokami jakimiś, czasem ją kładłam, dawałam cyca, nóżki podginałam i tak jej się robiło łatwiej. Kupka była pienista cały czas, mimo podawania delikolu, więc przestałam - nic się nie zmieniło. Po próbach ze stałym pokarmem, kupka jest stała, nawet za bardzo, robiła nawet co 5-6 dni, teraz co 2-3 dzień.
Próbowałam ją wysadzać na ubikacji przytrzymują, by łątwiej jej było zrobić, oczywiście do pomocy służył cyc. Teraz kojarzy to miejsce tylko z jedzeniem, a nie z sikaniem ani kupką. NIe wiem jak to odwrócić... niewygodnie tam się karmi, gapiąc się w klapę, wprawdzie cisza i spokój, nigdzie nie potrafi chwycić już. Pręży się cały czas.
Miesiać temu wyszły nam e.coli w moczu, miała wymioty 2 razy jedngo dnia, zęby też zaczęły w końcu iść i już czuć na dole. Teraz wyszedł pseudomonas w moczu... I totalnie się załamałam, lekarz mnie nastraszył szpitalem. Nie wyobrażam sobie pobytu tam z moimi problemami, z tym karmieniem, dietą, ze mną, małą maksymalnie niespokojną. NIe dałam rady od kilku dni chodzę wyczerpana, mimo, że jestem wyczerpana od miesięcy, teraz doszła chęć płaczu, bezsilność jakaś, kupiłam kalms za radą koleżanki innej karmiącej. Za dużo tego dla mnie, jestem za mało odporna, niedoświadczona zupełnie.
BLW mi totalnie nie wyszło - oczywiście przez stres. Na początku dawałm wszystko kawałeczki osobno gotowane, ziemniak, brokuł, batat, szparagi, potem kasza z morelą, soczewicą, banan, mango. Dawałąm też łyżeczką, zaczęłam wciskać by coś jadła, bo ostantio mało je. Ssanie na ubikacji przyjemne moze nie jst.
Czuje się strasznie winna, że te zakażenia są przeze mnie. Przez ubikację, przez brak higieny, nieuwagę, niedopatrzenie, zaniedbanie. NIe mam sił na sprzątanie, nawet by poświęcić małej czas na zabawę, gotuję, śpimy, jemy, spacer i tak mi leci.
Czy ja mogę to wszystko jakoś odwrócić i zacząć normalnie funkcjonować????????
Jak mam się p