kamila77
10.05.04, 22:48
ale nie mam dostepu do forum "macochy", a poniewaz dosc intensywnie zajmuja
sie tam moja osoba, pozwole sobie odpowiedziec tutaj.
Ponizej fragment wypowiedzi lideczki stamtad
"Mam nadzieję, że samodzielne mamy zdają sobie sprawę, iż moja powyższa
wypowiedź nie jest uogólnianiem i dotyczy jedynie tych eks, które w taki
właśnie sposób postępują."
Ja natomiast mam nadzieje, ze jedyne, czym kierujecie/kierujemy sie w zyciu
to zdrowy rozsadek. Tym bardziej ze zdumieniem czytalam, jak -
zdaniem "macoch" - ja (!) wyobrazam sobie spotkanie mojego dziecka z jego
nowa rodzina. Zdaje sie, ze wg nich mialabym ganiac za moim synem z obledem w
oczach, co chwila pytac, czy aby na pewno dobrze sie czuje, czy nie jest
skrepowany oraz czy chce wracac do domu. Zapewne sprawdzilabym rowniez kolor
papieru toaletowego w lazience domali, poniewaz inny niz w naszym domu
spowodowalby szereg traumatycznych przezyc u dziecka. Oczywiscie zadna sila
nie powstrzymalaby mnie przed zajrzeniem do lodowki, czy aby na pewno stoi
tam sok wlasnie taki, jaki lubi moj syn. Nie ma tez mowy o tym, zebym
siedziala cicho, albowiem z ust moich saczylby sie jad na przemian ze
zlosliwymi uwagami. Po powrocie drżącym glosem zapewnilabym moje dziecko, ze
jest niezwykle dzielnym mlodziencem, skoro zniosl tak straszliwe przezycie.
Sama zas zalalabym sie rzewnymi lzami wspominajac swe niezwykle udane (tfu,
na psa urok) malzenstwo.
Przykro mi, ze was rozczaruje. Przykro mi, ze domali po raz kolejny lamie
cos, co obie tu kiedys ustalilysmy: ze koniec z jezykowymi potyczkami na
forum.
Mile moje panie. Obywatel, o ktorym mowa, czyli ten wspanialy, kochajacy
tatus po rozwodzie olal nasze dziecko na TRZY LATA. Trzy bardzo dlugie lata,
podczas ktorych nie bylo nawet kartki z zyczeniami na swieta, nawet telefonu
w urodziny. Po dwoch latach zjawil sie na kilkanascie minut, po czym znowu
zniknal na kolejny rok, obiecujac wczesniej i dziecku, i mnie, ze tym razem
to juz na pewno o nim nie zapomni.
Czy w takiej sytuacji moge temu czlowiekowi ufac? Nie, nie moge. Ale przeciez
nie to jest najwazniejsze. Najwazniejsze w tym wszystkim jest moje/nasze
dziecko. Dziecko, ktorego zdolnosc wybaczania jest przeogromna,
niewyobrazalna wrecz. Dziecko, ktore ze szczesciem w glosie moze w koncu
powiedziec koledze: "A moj tata to..."
Ale jednak, mimo calego ogromu pozytywnych uczuc do ojca, nie jest to
najblizsza mu osoba. Potencjalnie tak, ale tylko potencjalnie. Na temat
wyjazdu Kuby do nowego domu ojca rozmawialam z nim kilka razy. Ostatnio
wczoraj wieczorem, kiedy zapytal mnie "To kiedy pojedziemy do taty?".
Zdziwilo mnie to "my" wiec podpytalam go, jak by chcial, zeby to wygladalo.
Otoz mlody byl swiecie przekonany, ze nie tylko tam z nim pojade, ale i bede
przez caly czas przy nim. Kiedy mu wyjasnilam, ze chodzi o samodzielny
wyjazd, z tata, o nocleg poza domem, zaprotestowal. Doszlismy razem do
wniosku, ze najlepiej bedzie, kiedy pojedziemy tam razem, dzien spedzi z
tata, jego zona i swoim przyrodnim bratem, natomiast na noc go "odbiore".
Mlody nigdy nie wyjezdzal beze mnie na dluzej niz pare godzin, jest dosc
niesmialy, ciezko mu czasem wyartykuowac, ze cos mu nie odpowiada, poza tym
ma swoje nawyki, przyzwyczajenia, ktorych ojciec zwyczajnie nie zna, bo
poznac nie mial okazji przez tych kilka wizyt od grudnia. Sytuacja bedzie i
tak dla niego stresujaca - kilkaset kilometrow od domu, "nowy" przyrodni
brat, jakas pani, do ktorej to dziecko mowi "mamo" no i tata - kochany, ale
jednak slabo znany.
Chce po prostu, zeby moj syn wiedzial, ze w razie czegos (odpukac) jestem
niedaleko. ze jeali ta sytuacja bylaby dla niego zbyt meczaca, zbyt
stresujaca - ze wystarczy jeden telefon i przyjade po niego.
Wiec prosze, nie robcie ze mnie jakiejs szurnietej histeryczki, ktora o
niczym innym nie marzy, tylko o przyklejeniu sie jak cien do dziecka.