danaide
13.08.12, 15:50
Fajnie. Wywołałam małą burzę jednym postem, zobaczę jak tym razem.
Ten tytuł to prowokacja czy to co chodzi mi po głowie od dawna?
Macierzyństwo... kojarzy mi się z tyloma negatywnymi zdarzeniami albo: tyle negatywnych zdarzeń wydarzyło się w trakcie, że nie daję rady jako matka.
Uwielbiam te wszystkie komentarze: dziecko da Ci siłę! Cóż. Ja uważam, że dziecko nie ma w sobie siły, ba, nie jest rolą dziecka, podnosić skopaną matkę. A jeśli już matka leży, to co dalej?
Sama piszę czasem dziewczynom - psycholog, grupa wsparcia. Czy mam w to wierzyć? Super, jeśli działają punktowo, do celu, błyskawicznie i skutecznie, niemal broń inteligentna. A jeśli nie?
Zazdroszczę dziewczynom, które mogą mieć opiekę naprzemienną, które mają do pomocy ojca dziecka. Ja też mam wybór. Zostałam z dzieckiem, a "jak sobie nie daję rady to zawsze mogę ją oddać". 1350 km. Bagatela.
Moja matka. Po dwóch latach przyznała, że szkoda, że nie było jej przy mnie gdy zostałam sama. Czasem wpadała na parę godzin, w drodze z/na lotnisko po kolejnej wycieczce. Przyjechała na kilka dni po paru miesiącach, sprawy zawodowe, cóż, w takim wypadku TRZEBA było pomóc.
Mój ojciec. Byłam k... z bę..., która zniszczyła swoją karierę, "świetlaną przyszłość". Czymś najgorszym. Ponad rok obraźliwych sms-ów o każdej porze dnia i nocy. Miałam wrócić do rodzinnej firmy inaczej won z domu i wszystko mi zabierze. Przyjechał się ze mną zobaczyć, wyszłam z dzieckiem z domu i zaproponowałam spotkanie w kawiarni. Wrócił nie zobaczywszy mnie i wydziedziczył=).
Moja siosrta. SM. Kot ją zdenerwował w czasie wizyty, od słowa do słowa i wylądowałam z dzieckiem, kotem, wszystkimi rzeczami na klatce. Oczywiście nie mogłam przenocować w domu z matką, ojciec się nie zgodził. Nie sądzę bym kiedykolwiek jeszcze przyjechała do rodzinnej miejscowości.
Praca. Byłam pracownikiem mianowanym. Procedura zwolnienia trwała prawie rok. Dzień po zwolnieniu pierwszy raz krzyknęłam na małą. Miała półtora roku. Krzyczę do dziś. Staram się, raz jest lepiej, raz gorzej. To mój największy ból.
Właśnie jestem po scysji z kuzynką, linia ojca i gorąca wola by postąpić tak jak w przypadku reszty rodziny - adieu. Nie dam sobie znów wmówić, że to ja jestem ta zła. Znerwicowana. Tak. Nienormalna. Trudno. Zły timbr głosu. Tak, emocje na wierzchu, nie daję rady ich ukryć. Ale zła - nie.
Terapia? Zawalona. Opieka nad dzieckiem? Wymagała odbudowania choćby w minimalnym stopniu zaufania.
Całe życie byłam samotna. Ale też niezależna. Samotność i zależność, dla mnie to była mieszanka wybuchowa.
Kocham córeczkę, chcę by była szczęśliwa, ale jedyne co potrafię w tym momencie wymyślić, to oddanie jej ojcu. Nie wiem co będzie dla niej lepsze - płacz gdy ja płaczę czy nowy początek.