witam wszystkich!!!
juz od dluzszego czasu zagladam na to forum ale nie mialam odwagi do was
napisac...az do dzis!!!
mam chyba wystarczajacego dola....
mam dopiero 23 lata (skoncze w listopadzie) i samotnie wychowuje moja 17 mis.
juz coreczke.opowiem wam o sobie, moim malzenstwie...bo komus musze sie w
koncu wygadac....
w wieku 20 lat wyprowadzilam sie z rodzinnego domu, na stancje (bylam wtedy
na stazu w banku- moje zrodlo dochodow), chcialam byc samodzielna

,
popracowalam w tym banku ok 3 mies, przeczytalam ogloszenie w gazecie o pracy
w dziale handlowej w pewnej firmie..poszlam, sposrod ok 70 kandydatek
zostalam przyjeta...cieszylam sie jak cholera

, moja pierwsza powazna praca,
szybko tam awansowalam...mimo swojego wieku wtedy 20 lat, "wyteleportowali
mnie do innego oddzialu, w innym miescie, 40km dalej,na poczatek na 3
mies...po nich zaproponowano mi stanowisko kierownicze ...zgodzilam sie
oczywiscie.
zarabialam dosyc sporo..szalalam sobie....pracowalam ....bylam bardzo
chwalona za swoja prace.
niczego mi nie brakowalo, utrzymywalam siebie, moich braci i rodzicow(zawsze
cos im "rzucilam ", cieszylam sie ze moge pomoc, chociaz musialam wymyslac
podstepy rozne zeby przyjmowali

i tak uplynely mi dwa lata...wstyd sie przyznac ale chyba nie jestem w stanie
zliczyc mezczyzn z ktorymi sie w tym czasie spotykalam...nie chcialam zadnych
stalych zwiazkow, uwazalam ze jestem jeszcze za mloda i mam czas...pewnego
razu spotkalam sie z kolega (z dawnych lat), spotykalismy sie coraz
czesciej...zapragnelam zalozyc rodzine...zaszlam w ciaze...potem slub, mialo
byc wszystko ladnie... pieknie, nigdy nie "dostawalam" od niego zadnej kasy
bo sama dobrze zarabialam, nawet ja jemu dawalam swoje pieniadze...wtedy to
juz mialy byc nasze

, wszystko bylo na mojej glowie, nie przeszkadzalo mi
to ...bo bylo ok miedzy nami, mielismy kupic mieszkanie...ale chcielismy
odlozyc troche pieniedzy, postanowilismy zamieszkac na jakis czas u moich
rodzicow (6 mies. ciazy), wtedy dopiero otworzylam oczy....!!!!!!!!!, poszlam
na zwolnienie, wiec kaska zmniejszyla sie do 800zl, zaczelismy remontowac 1/2
domu...tzn. ja zaczelam...bo on w tym czasie byl u swojej mamusi i plakal ze
ja go nie kocham(wtedy bzdura)tylko to potrafil robic.z mieszkaniem cos nie
wychodzilo a chcialam miec gdzie mieszkac jak urodzi sie dziecko.nigdy go nie
bylo, nie mial zadnych pieniedzy, moje szly na remont....tylko plakal i
przepraszal...zaczely sie wojny miedzy nami...urodzila sie kaja...bylo
jeszcze gorzej, w niczym mi nie pomagal, wszystko musialam robic sama,
wstawac w nocy, karmic , kapac...a on sobie smacznie spal....nie wiem co bym
zrobila gdyby nie pomoc mojej mamy...nie wytrzymalam pogonilam go w koncu!!!
bylo to 6 mies. po slubie,w maja chyba. zadko odwidzal niunke...wrecz
sporadycznie.
ja zaczelam szukac pracy (w litopadzie), znowu przeszlam kasting,
znalazlam...postanowilam wyprowadzic sie z domu, na stancje z coreczka,
pilnowala jej na poczatku moja kolezanka (dwa dni pracowalam po 11 godz,
trzeci wolny), potem dostalam lepsza propozycje-8 godz. dziennie, zgodzialm
sie bez wahania (ok 1200mies), kaja poszla do zlobka, wszystko zaczelo sie
ukladac

, wtedy pojawil sie tatus(zdazylam wczesniej zalozyc sprawe rozwod.
a termin wyznaczony byl na grudzien, wtedy sobie o nas przypomnial).
przysiegal ze sie zmienil, ze niegdy wiecej nie zrobi mi zadnej awantury
(klocil sie ze mna ze za bardzo zajmuje sie kaja a nim wcale-to byl glowny
powod, aha i ze kaja spi ze mna a on sam), zamieszkal z nami-oczywiscie
zadnej kasy, tylko mnie zwodzil caly czas, czasem dal 200zl na zlobek, znowu
wojny....ok marca juz byla tragedia...on pracuje w delegacjach, wiec w domu
byl tylko w wekendy...i chyba dlatego tyle wytrzymalam, czas mijal, kaja
rosla, w tygodniu byl spokoj, jak wracal klocilismy sie...czasem dolozyl sie
po wielkiej awanturze do czegos...sprawa w sadzie trwala(nie wstawil sie na
zadna), nie wycofalam jej bo nie bylam pewna czy jest jeszcze dla nas jakas
szansa...w koncu to zrobilam. stwierdzialam ze dla dobra dziecka powinnam dac
mu szanse, wiec zeby to uczcic zaczal na domiar zlego....pic, przyjezdzal do
domu, a ja w torbie znajdowalam ...zoladkowa
tak do lipca br. postanowilam zmienic mieszkanie, na 2-pokojowe.
zaplacilam za pierwszy mies, on mial zaplacic za poprzednie...oczywiscie tego
nie zrobil, okazalo sie ze ja musze zaplacic, bo on zapomnial...dodatkowo
drugi mies za to nowe, bo 15 (w dniu zaplaty)przypomnial sobie ze jednak nie
ma kasy...myslalam ze go udzusze!!!!!!!!!!!pogonilam juz na dobre!!!!!
dwa miesiace jestem sama z dzieckiem...ledwo wize koniec z koncem
(750mieszk + 200 zlobek a ja mam 1200), zostawil mi tylko dlugi (bralismy
meble i plytki do mieszkania u rodzicow (30 km od miasta gdzie teraz
mieszkamy-dojazdy kiepska sprawa) i poszedl w cholere....kaji nie
odwiedza.....
sluchajcie mam 23 lata i nie wiem co ze soba zrobic...za co mnie to wszystko
spotkalo?czy sobie na to zasluzylam...nie mam z kim pogadac...kolezanki
sa "malo pojetne"...i wyje jak to pisze bo mi sie zyc nie chce