Dodaj do ulubionych

Rola tej trzeciej...

19.08.05, 14:21
Mam takie nietypowe pytanko. Wiele z Was zostało zdradzonych i zostawionych
dla innej. Łącznie ze mną. I zastanawiam się, czy obwiniacie te panienki o
rozpad swojego małżeństwa/związku. Ja właściwie nie, choć rozmawiałam z panną
i wiedząc, że walczę o męża, dalej w to brnęła. Ja nigdy czegoś takiego bym
nie zrobiła i wiedziałam to zawsze - nie wynika to z moich przykrych
doświadczeń.
Z drugiej strony stałam się ostatnio objektem zabiegów dwóch facetów
(zupełnie niezależnie - nie znają się). Dobrze wiem, o co chodzi - nie jest
to żaden romans czy inne wyższe uczucie, ale zwaliło mnie z nóg, gdy
dowiedziałam się, że obaj są żonaci i nic sobie nie zrobili, jak im to
zasugerowałam, tak jakby to nie miało zupełnie znaczenia. Aż mnie skręca, jak
pomyślę jakie z nich s*&^... Ale też myślę (choć podkreślam, że nie mam
zamiaru skorzystać z niemoralnej propozycji): jak nie ja, to inna. To nie ja
byłabym winna.

Co Wy na to?
Obserwuj wątek
    • mmalena Re: Rola tej trzeciej... 19.08.05, 14:37
      Będąc w pewnym wieku niestety natrafia się już zwykle na żonatych facetów...
      Nie zliczę chyba tych niemoralnych propozyji, tych otwartych i tych
      zawoalowanych (mój rekord na służbowej imprezie to 4!). Raz będąc młodą i
      głupią skorzystałam i dziękuję smile
    • scania81 Re: Rola tej trzeciej... 19.08.05, 19:53
      nosmile
      • viriana Re: Rola tej trzeciej... 20.08.05, 23:59
        A ja panienkę TEŻ obwiniam o rozpad mojego małżeństwa. Miała wybór. A wiedząc
        z autopsji jak boli zdrada z daleka omijam żonatych panów. Nie warto zawracać
        sobie głowy zdrajcami,a tym bardziej samej przyczyniać się do cudzej krzywdy.
    • gad_forumowy Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 00:46
      Jeżeli kobieta decyduje się na związek z żonatym facetem - wiedząc że jest
      żonaty - dla mnie jest to skrajnie niedojrzałe.
      Znam przypadek kiedy facet poznał dziewczynę z innego miasta (przez net).
      Przedstawił się jako wolny, gadali w końcu się spotkali. Ze względu na
      odległość spotykali się w weekendy. Dziewczyna mocno się zaangażowała,
      zakochała. Po 6-ciu miesiącach jego panna przyadkiem dowiedziała się że jest
      żonaty i ma małe dziecko. Co sądzicie o takim osobniku? Bo dla mnie to oszust i
      świnia.
      Także jeżeli dziewczna wie od początku o tym że jej facet jest żonaty - ponosi
      taką samą winę rozpadu jego małżeństwa. Jeżeli nie wie - jest ofiarą paskudnej
      manipulacji - oszustwa.
    • mietowe_loczki Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 11:37
      carri napisała:

      > I zastanawiam się, czy obwiniacie te panienki o
      > rozpad swojego małżeństwa/związku. Ja właściwie nie, choć rozmawiałam z panną
      > i wiedząc, że walczę o męża, dalej w to brnęła.

      A mąż? Walczył czy był bezwolną marionetką w rękach tej dziewczyny? Rozumiem,
      że w takim przypadku to ta trzecia osoba powinna być najbardziej odpowiedzialna
      w tym całym układzie i odejść. Bo przecież kiedy zniknie ona, zniknie cały
      problem ...

      > Ale też myślę (choć podkreślam, że nie mam
      > zamiaru skorzystać z niemoralnej propozycji): jak nie ja, to inna. To nie ja
      > byłabym winna.

      No to jak to w końcu jest? A gdyby żona któregoś z panów zaczęła "walczyć,"
      byłabyś winna czy już też nie? Byłabyś panienką rozbijającą, lub próbującą
      rozbić, małżeństwo, czy panią, którą ci dranie (bez wstydu zupełnie) złożyli
      niemoralną propozycję?

      Jak to jest?
      • olxlo Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 13:53
        Jak juz malzenstwo jest rozwalone, to to, czy panienka odejdzie czy tez nie -
        nie uratuje go.
        • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 14:27
          Taaaa, tylko czy rozwalone = on na jednym koncu swiata, ana na drugim, i kazde
          juz zyje oddzielnym wlasnym zyciem od lat, tylko papierka potwierdzajacego stan
          faktyczny nie maja ; czy tez ze jedno z nich poczulo sie urazone bo to drugie
          zaczelo poswiecac wiecej czasu dziecku/chorym
          rodzicom/szkole/studiom/pracy/drugiej pracy/pracy społecznej itd i przy dobrej
          woli obojga, a przy braku "tej trzeciej" - sa duze szanse na to, aby zwiazek
          (małzenstwo) przetrwalo
          • olxlo Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 15:52
            co masz na mysli piszac, 'przetrwalo'?
            • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 17:16
              m in to, ze sie miedzy nimi ułozy, ze sie dogadaja, ze znajda kompromis,
              nbazwij to jak chcesz. Że przypomna sobie, ze brali slub bo soe kochali, bo
              chcieli wspolnie spedzic reszxte zycia, miec wlasna rodzine, realizowac wspolne
              plany, marzenia.

              Nierealne?
              • mietowe_loczki Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 17:22
                Mało prawdopodobne. Bo w zdradzie, oprócz tej trzeciej, uczestniczy, surprise
                surprise, mężczyzna - dotychczasowy partner/mąż.
                • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 17:47
                  Zgadza sie, tylko, ze - byc moze, gdyby tej trzeciej nie bylo - do zdrady by
                  nie doszlo, nieprawdaz?

                  Ale moze to takie moje naiwne myslenie, zupelnie nie na dziesiejsze czasy
                  • mietowe_loczki Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 18:13
                    Tak, gdyby tej trzeciej nie było, do zdrady by nie doszło. Siłą rzeczy.

                    Rozumiem, że trudno jest uwierzyć w to, że dotychczasowy chłopak/partner/mąż
                    bardzo często sam inicjuje krótsze czy dłuższe romanse z inną kobietą, a
                    następnie, w co pewnie uwierzyć jest jeszcze trudniej, stara się je podtrzymać.
                    Czyli jest już to kwestia współwiny tej trzeciej, a nie winy absolutnej, a może
                    mówienie o jej winie w tym przypadku to w ogóle pomieszanie pojęć. Partner nie
                    jest przecież bezwolną kukiełką. Znam przypadki, kiedy to te trzecie kobiety
                    próbowały pierwsze zakończyć znajomość/związek/czy jak to tam nazwać, ale takie
                    zachowanie nie wpisuje się w stereotyp "tej trzeciej" jaki funkcjonuje w naszym
                    społeczeństwie, więc można go spokojnie odrzucić jako nieprawdziwy wink

                    Jeżeli chcemy prowadzić taką dyskusję, nie zapominajmy o tzw czynniku męskim.
                    • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 18:51
                      Alez oczywiscie! Ale poczatek dyskusji dotyczyl, o ile pamietam wink - kwestii
                      wlasnie "tej trzeciej". I nie mowimy tu o gwalcie ani wykorzystywaniu, tylko o
                      sytuacji, kiedy taka "trzecia" ewidentnie wkracza w malzenstwo i staje sie
                      trzecia. Bede - byc moze w 100% naiwnie obstawac, ze jezeli "trzecia"
                      swiadomie, wiedzac, ze facet, ktory jej sie spodobal - ma zone i dzieci, a ona
                      go np "pociesza", bo wredna zona, zajmuje sie dzieckiem i na dodatek kaz
                      jeszcze biednemu malzonkowi odgrzac sobie samemu obiad i potem wyjsc z tymze
                      dzieckiem na spacer - to ta "trzecia" jest przyczyna definitywnego rozpadu
                      malzenstwa (o ile do takowego dojdzie, bo sa i zony, ktorym trokjkacik
                      odpowiada)

                      Nie mowie o sytuacji, kiedy zonaty facet ukrywa fakt, ze jest zonaty i uwodzi
                      mlode, niewinne dziewcze, a na koniec porzuca je w ciazy, najlepiej
                      trojaczej wink Bo tu zaczyna sie inna "bajka"
                      • mietowe_loczki Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 19:02
                        No pewnie, ale mi też chodziło o to, że ŻADNA trzecia nie jest w stanie zmusić
                        faceta do tego, żeby odszedł od swojej żony/obecnej partnerki/narzeczonej,
                        jeśli ON tego nie chce. Pozwól, że zakończę na tym swoje dywagacje, bo a)
                        powiedziałam, co chciałam powiedzieć, b) to nie jest "moje" forum, c) tak
                        naprawdę zaciekawiło mnie to, co powiedziała matka założycielka tego wątku -
                        jakaś panienka była winna rozpadu jej małżeństwa, ale gdyby to ona skorzystała
                        z niemoralnej propozycji jednego z panów, nie byłaby winna, bo jeśli nie ona,
                        to ktoś inny. I przez tę niekonsekwencję uruchomił mi się cały tok myślowy i
                        tak to wyszło smile Poza tym, mam za mało doświadczenia, żeby swobodnie się
                        poruszać w takich tematach, ot, zerwane niegdyś zaręczyny, kiedy mój ukochany,
                        jedyny, cudowny chłopak poznał kogoś innego smile.
                        • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 19:08
                          Trzymaj sie smile
                          • mietowe_loczki Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 19:12
                            ale to było daaaaaaaaaaaaaaawno, w erze lodowcowej conajmniej smile
                          • magdacan Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 20:27
                            No tak gdyby nie bylo tej trzeciej.Ale zyjmy na swiecie, gdzie sa te trzecie i
                            od faceta zalezy czy zdecyduje sie na romans czy nie. Nie jest przeciez
                            bezwolna kukielka z ktora ta trzecia robi co chce.
                            • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 21:03
                              Ale nie popadajmy tez w druga skrajnosc, ze "trzecia" nie ma nic do
                              powiedzenia, ze to ona jest bezwolna lalą.
                              • viriana Re: Rola tej trzeciej... 21.08.05, 23:55
                                A nie prościej powiedzieć , że to zdrada jest złem? Nieważne kto ją inicjuje,
                                nieważne jak próbuje ją tłumaczyć - po prostu jest ZŁEM ..i już. Nawet takie
                                przykazanie jest : NIE CUDZOŁOŻ. Czemu rodzi się społeczne przyzwolenie na
                                zdradę, czemu tłumacząc zdradę często mówi się, że "miłość najwazniejsza".
                                (milość do tej drugiej oczywiście) . Miłość i zdrada...chyba daleko od siebie.
                                Skąd w nas tyle relatywizmu moralnego, że czymś tak pięknym, jak miłość
                                próbujemy usprawiedliwiać taką podłość jak zdrada? Chyba nam sie całkiem
                                pomieszało...
                                PS . Uprzedzając polemikę w stylu "są przecież niedobrane, nieszczęśliwe
                                małżeństwa" odpowiadam : oczywiście ,że są. Są ludzie którzy nigdy nie powinni
                                być razem. I ci ludzie po prostu powinini sie uczciwie rozejść, a nie czekać,
                                aż im sie trafi ktoś trzeci.
                                • gad_forumowy Re: Rola tej trzeciej... 22.08.05, 11:59
                                  Zdrada - jest skutkiem już istniejącego rozpadu małżeństwa/związku uczuciowego.
                                  Masz rację - najpierw rozstanie a dopiero potem next.
                                  • czekolada72 Re: Rola tej trzeciej... 22.08.05, 20:40
                                    Nieprawda, nie w kazdym przypadku, bywa tez odwrotnie!





                                    "Świat nie składa się wyłącznie z morderców, oszustów i w ogóle złoczyńców,
                                    kilka przyzwoitych osób, mimo wszystko na nim istnieje."
    • carri Sprostowanie 22.08.05, 08:57
      Trochę mnie tu nie było, a tu tak ładnie wątek się rozwinął. Żałuję, że nie
      mogłam komentować na bierząco, więc uciekam się do małego sprostowania.

      Mietowe_loczki: wcale nie twierdzę, że inna była winna rozpadu mojego
      małżeństwa, a ja nie będę, jeśli skorzystam z niemorlanej propozycji (a
      powrażam, że nie zamierzam). Pewnie, jak w większości przypadków, za bardzo
      generalizujemy. W moim przypadku mieliśmy kryzys i pojawiła się ona. Nie wiem,
      kto poderwał kogo, jak i gdzie się to stało. Odkryłam jej istnienie poprzez
      smsy, w których namawiała męża, żeby wreszcie skończył ze swoim małżeństwem. I
      dziś wiem, że gdyby wtedy to przerwał (on czy może właśnie ona), to wszystko
      mogłoby się ułożyć. Może i teraz, bo mąż się stara, ale ja chyba już nie chcę
      takiego towaru z lumpeksu. A do twierdzenia, że rola tej trzeciej jest
      nieistotna skłonił mnie właśnie fakt, że dwóch żonatych facetów złożyło mi taką
      propozycję bez jakiejkolwiek inicjatywy z mojej strony. Wręcz dałam im do
      zrozumienia, że nic z tego, bo są żonaci, a oni zupełnie to zbagatelizowali. To
      chyba taki typ: jak ja im odmówię (a odmówię), to znajdą sobie inną.

      Jak widać: nie ma reguły. Dlatego podpisuję się pod konkluzją Viriany.
      • mietowe_loczki Re: Sprostowanie 22.08.05, 12:04
        Kiedy ja właśnie starałam się nie generalizować, tylko podać konkretne
        przykłady.

        Piszesz, że nie obwiniasz tamtej panienki (Twoje słowo, określenie
        pejoratywne), ale jednocześnie twierdzisz, że gdyby ona wtedy skończyła,
        wszystko mogłoby się ułożyć. A gdzie tu rola Twojego męża? Słuchaj, nie wypada
        mi Twojej sytuacji rozkładać na czynniki pierwsze i analizować, ale powtórzę -
        nie ma takiej siły ludzkiej, która zniszczy związek bez przyzwolenia
        przynajmniej jednej z osób, które w tym związku są.

        Później piszesz: "A do twierdzenia, że rola tej trzeciej jest nieistotna," więc
        istotna czy nieistotna? Bo już się pogubiłam. Aha, nieistotna, jeżeli to Twoja
        osoba jest obiektem westchnień - tak wynika z tego, co napisałaś.

        W pewnym wieku jest już tak (tak mniej więcej od 28 w górę), że na swojej
        drodze częściej spotyka się kogoś z garbem, mniejszym, większym. I teraz
        faktycznie, zależy, co się z tym zrobi. Można się zaklinać, że nie, że ja
        nigdy, że wykluczone, żebym mogła się zainteresować taką osobą, bo to
        niemoralne, bo krzywdzi, bo to łamie przykazanie, i w ten sposób stracić szansę
        na znalezienie drugiej połowy i ponowne ułożenia sobie życia, albo zrozumieć,
        że moje pojawienie może (podkreślam) komuś pomóc wyplątać się z jakiegoś
        chorego (podkreślam ponownie) związku.

        Nie podpisuję się pod konkluzją Viriany, bo, moim zdaniem, dużo tam uproszczeń,
        np takich, że jak ci źle, to się rozejdź i nie czekaj na tę trzecią/tego
        trzeciego. Tylko że to nie tak: ludzie potrafią tkwić latami w układach, które
        przynoszą tylko cierpienie (z poniżeniem włącznie) i nie potrafią się z tego
        wyzwolić. Lepszy stan, który już znają, niż jakakolwiek zmiana. Inne powody to
        dzieci, wspólnota majątkowa i inne aspekty przemaglowane tu i na mafochach.
        • carri Re: Sprostowanie 22.08.05, 15:32

          Piszesz, że nie obwiniasz tamtej panienki (Twoje słowo, określenie
          > pejoratywne), ale jednocześnie twierdzisz, że gdyby ona wtedy skończyła,
          > wszystko mogłoby się ułożyć. A gdzie tu rola Twojego męża?
          • mietowe_loczki Re: Sprostowanie 22.08.05, 15:53
            Carri, nie atakuję Ciebie, nie oceniam Twoich wyborów. Po prostu próbowałam
            zrozumieć to, co napisałaś. Nic więcej. smile

            I jeszcze jedno - Ty wolałabyś/mogłabyś wyplątać się z toksycznego związku, ja
            prawdopodobnie też. To wszystko kwestia odporności psychicznej. Ale są tacy
            którzy tego nie potrafią, i nie ma to nic wspólnego z oszukiwaniem czy
            nieoszukiwaniem, tylko masą wzajemnych powiązań, od których często nie ma
            ucieczki.
            • kasia_kasia13 Re: Sprostowanie 22.08.05, 16:04
              > I jeszcze jedno - Ty wolałabyś/mogłabyś wyplątać się z toksycznego związku,
              ja
              > prawdopodobnie też. To wszystko kwestia odporności psychicznej. Ale są tacy
              > którzy tego nie potrafią, i nie ma to nic wspólnego z oszukiwaniem czy
              > nieoszukiwaniem, tylko masą wzajemnych powiązań, od których często nie ma
              > ucieczki.


              Czyli jednak jest tutaj rola "tej trzeciej". Mezczyzna, biedny zuczek o niskiej
              odpornosci psychicznej, dopiero po jej poznaniu potrafi sie "wyplatac z
              toksycznego zwiazku". Ta trzecia jest wiec czyms w rodzjau "oswobodzicielki" LOL

              • mietowe_loczki Re: Sprostowanie 22.08.05, 16:15
                Kasiu_kasiu, nie wyczytuj w moich postach rzeczy, których tam nie ma. Jeżeli
                chcesz zawężać problem do kwestii "biednych żuczków, mężczyzn," Twoja wola. Ale
                nie przypisuj tego mnie. "Są tacy, którzy tego nie potrafią" może odnosić się
                też do kobiet, prawda? Nie chce mi się za każdym razem pisać tacy/takie,
                mógłby/mogłaby, wolałby/wolałaby, dlatego staram się jak najczęściej bezosobowo.

                A teraz o tym napisałaś o "oswobodzicielce" - pytanie carri dotyczyło "tych
                trzecich," które psują związek, a nie roli tych trzecich w ogóle.
    • kachna1978 Re: Rola tej trzeciej... 22.08.05, 10:04
      Prawda jest taka, że to nigdy nie jest wina tylko "tamtej baby". Niestety jeśli
      ktoś nie chce wdawać się w "rozgrywki" z inną babeczką, to wołami się nie
      zaciągnie. Natomiast jeśli "Tamta" dobrze zakręci on on ma przynajmniej
      niewielką ochotę to sprawa załatwiona. Czasami bywa tak, że "tamta" nawet nie
      ma pojęcia o istnieniu żony. Facet twardo zgrywa "Wolnego".
      To obrzydliwe, ale tak to juz bywa.
      A te co wiedzą, że są "trzecie" powinny dostać po twarzy, najlepiej czymś dużym
      i ciężkim wink
    • agamagda Do miętowych loczków 22.08.05, 12:47

      Temat wałkowany tysiące razy na wielu forach, nie tylko na tym i na lustrzanym.
      Nawet powstało specyficzne ale doskonałe określające pojecie roli tej trzeciej
      w zdradzie - Katalizator.
      Katalizator to substancja, która dodana do układu reakcyjnego przyspiesza
      reakcję i odtwarza się po każdym elementarnym przekształceniu substratu w
      produkt, zgodnie z równaniam. iKatalizator nie wpływa na położenie równowagi
      reakcji odwracalnej, ponieważ przyspiesza (w równym stopniu) reakcję w obie
      strony. Katalizator może zwiększać selektywność reakcji, jeżeli przyspiesza
      tworzenie się produktu głównego, a nie przyspiesza (lub słabiej przyspiesza)
      reakcji ubocznych. Katalizatory wpływają na przebieg reakcji zmieniając jej
      mechanizm. Zwykle odbywa się to poprzez reakcję katalizatora z jednym z
      substratów prowadzącą do nowego, przejściowego związku chemicznego, który
      następnie reaguje z drugim substratem dając produkt końcowy i odtworzony
      katalizator.
      iWiec działanie katalizatora jest analogiczne do działania "trzeciej" w
      związku. Powtórzę, to analogia tz. porównanie. "Katalizator to substancja,
      która dodana do układu reakcyjnego przyspiesza reakcję i odtwarza się po każdym
      elementarnym przekształceniu substratu w produkt, zgodnie z równaniami" .Nikt,
      nikogo, do niczego nie zmusza, dodanie (pojawienie się) przyspiesza reakcję.;-
      ))). Brak katalizatora nie wywoła reakcjiwink)))

      Jasne?
      • gad_forumowy Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 12:58
        Przy braku katalizatora reakcja jak najbardziej ma szanse zajść ale
        zdecydowanie wolniej wink
        Żeby nie zaszła... potrzebny jest utrwalacz.
      • mietowe_loczki Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 13:36
        Agomagdo, dziękuję za tę przeklejkę, ale ja to wszystko w swoim poprzednim
        wpisie napisałam krócej wink - "pojawienie [się kogoś nowego] może (podkreślam)
        komuś pomóc wyplątać się z jakiegoś chorego (podkreślam ponownie) związku."
        • derena33 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 14:02
          Nalezy to nazwac po imieniu, drogie mietowe loczki to zdrada pozwala na
          wyplatanie sie z chorego zwiazku.

          Po co tu uzywac jakis synonimow? chociaz o ilez milej dla ucha i sumienia
          brzmia.
          Ale zdrada to jest zdrada i chociazby sie nie wiadomo jak ladnie ja nazwalo,
          koniecznosc wyzsza, splot okolicznosci, to zawsze pozostanie tylko zdrada,
          brzydka mala zdrada.

          • lilith76 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 14:34
            kurczę, a co ja mam mówić znajomym kobietom (znam co najmniej dwie takie),
            które tkwią z uciążliwym związku, planują w przyszłości rozwód, ale dopiero gdy
            pojawi się jakiś alternatywny pan na boku? piękną prawdę o rozwiązaniu związku
            i dopiero potem układaniu sobie życia, którą wynoszę z tego forum w świat
            kwitują wzruszeniem ramion.
            ideały sobie, życie sobie.

            prędzej jest tak, że ludzi bardziej przeraża samotność niż kiepski związek
            (chyba że jest w nim jakakolwiek forma przemocy). kiedy widmo samotności się
            rozwiewa, rzucają związek.
            • kasia_kasia13 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:18
              lilith76 napisała:

              > kurczę, a co ja mam mówić znajomym kobietom (znam co najmniej dwie takie),

              Nie musisz im nic mowic, to ich zycie.

              > które tkwią z uciążliwym związku, planują w przyszłości rozwód, ale dopiero
              gdy
              >
              > pojawi się jakiś alternatywny pan na boku?

              Moim zdaniem Twoje znajome sa bardzo nie fair w stosunku do swoich obecnych
              mezow. Chyba, ze mezowie sa wtajemniczeni w te plany i im to nie przeszkadza.

              >piękną prawdę o rozwiązaniu związku
              > i dopiero potem układaniu sobie życia, którą wynoszę z tego forum w świat
              > kwitują wzruszeniem ramion.
              > ideały sobie, życie sobie.

              Nikt nie mowi, ze uczciwe zycie jest proste.

              > prędzej jest tak, że ludzi bardziej przeraża samotność niż kiepski związek
              > (chyba że jest w nim jakakolwiek forma przemocy). kiedy widmo samotności się
              > rozwiewa, rzucają związek.

              Na pewno tak jest. Tylko, ze to nieuczciwe. Bo w takich sytuacjach, ich mezowie
              moga nawat nie wiedziec, ze ich zwiazek jest "kiepski", dowiedza sie moze
              dopiero jak te panie znajda sobie kogos innego. A tymczasem rozstajac sie
              wczesniej, dalyby rowniez szanse swoim mezom urzadzenia sobie zycia z kims
              innym. A tak trzymaja tych swoich mezow jako back-up na wypadek, gdy nikogo
              lepszego nie znajda.
              • carri Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:36
                Poza tym wcześniejsze rozstanie dałoby możliwość powrotu bez zbędnych obciążeń
                takich jak romansik na boku. być może podziałałoby jak zimny prysznic dla ich
                mężów i chłopaki coś zmieniliby w sobie. A tak nie ma już możliwości odbudowy
                związku i zaufania w satysfakcjonującym stopniu.
              • saskia69 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:53
                kasia_kasia13 napisała:
                > A tymczasem rozstajac sie wczesniej, dalyby rowniez szanse swoim mezom
                urzadzenia sobie zycia z kims innym. A tak trzymaja tych swoich mezow jako back-
                up na wypadek, gdy nikogo lepszego nie znajda.

                O,to,to,to! Dobrze napisane,Kasiu. Sama wole mowic szcezre od razu,wszystko co
                na watrobie lezy. A jesli mi cos lub ktosnie pasuje,to po kilku probach
                poprawienia stosunkow,czy to w zwiazku czy to w znajomosci,kiedy stwierdzam,ze
                nic juz wiecej z tego nie da rady zrobic,mowie to komus i podejmuje swoja
                decyzje. Nie lubie sie meczyc w ukladach,z ktorych mam same urazy i niewygody.
                W pracy,w domu,w towarzystwie.

                I zawsze lepiej skonczyc cos,zanims ie zacznie cos drugiego.Tak jest
                najzdrowiej,najbardziej fair i wobec meza czy zony,i wobec tej trzeciej czy
                trzeciego,no i oczywiscie wobec siebie. wbrew pozoromo procentuje to w
                przyszlosci niesamowicie. takie fair play.

                Ale niestety do tego trzeba duzo odwagi i konsekwencji. Zeby odejsc, nie majac
                zadnych,jak to nazwalas, backup`ów.Niewielu ludzi jest na tyl eodwaznych i
                wiekszosc woli jednak miec kolo ratunkowe,chocby nawet niewygodne. Bo w razie
                czego beda sie czuli pewnie - majac gdzie mieszkac, z kim wychowywac dzieci,
                miec dodatkowe zrodlo finansow w domu - jesli ten drugi zwiazek nie wypali. i
                chociaz to nie jest fair wobec nikogo i przysparza glwonie problemow,dopoki
                jeden z tych zwiazkow sie nie zakonczy - to jednak jestem w stanie zrozumiec
                takich ludzi. sama nie wiem czy mialabym na tyle odwagi,zeby tak od razu
                zostawic jedno, znane, juz posiadane - na rzecz czegos, co jest niepewne i nie
                wiadomo co z tego bedzie. to tak troche jak z nowa praca, kiedy juz pracujemy
                na pelnym etacie w jednej firmie, ale malo platnym - szukamy czegos nowego
                (lepszego?) - ma sie stracha, ze po okresie probnym w tej nowej firmie nie
                zatrudnia nas jednak na stalesmile

                ale to sa decyzje kazdego z nas.
              • czekolada72 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 21:37
                Podpisuje sie dokladnie pod kasia_kasia13
                To jest nie fair, zarowno w wykonaniu meskim jak i żenskim!
        • agamagda Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:27
          Moja droga tu nie ma, co filozofować i dorabiać teorii do tego, co już wiele
          razy i nie tylko na forum zostało powiedziane.
          Widzę że mietowe loczki, albo chce wywołać rozróbę, albo potrzebuje
          jaśniejszego wyjaśnienia sprawy.
          Rola tej trzeciej?
          Zdradza osoba, która łamie przysięgę małżeńską, osoba, która w tym uczestniczy
          jest współuczestnikiem zdrady. Współuczesnik nie jest żadnym lekarzem leczącym
          chory związek, ale osobą nie posiadającą kręgosłupa moralnego (od razu
          zastrzegam, że mówię o kimś, kto wchodzi w układ wiedząc o mężu/żonie),
          próbującą egoistycznie zaspokoić swoje potrzeby (jakiekolwiek one są,
          seksualne, czy potrzebę stworzenia nowej SWOJEJ rodziny).
          Można też to określić bardziej wulgarnie, no, ale jesteśmy na forum.
          • pom Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:42
            Jeśli nie pojawi się ta trzecia, to pojawi się inna "ta trzecia". Z bardzo
            prostego powodu: facet jest otwarty na tego typu znajomości. A dlaczego jest
            otwarty, to już zupełnie inna historia. NIGDY nie dzieje sie tak, że zdrowy
            związek jest w stanie rozwalić jakaś inna kobieta, czy mężczyzna. Nawet jeśli
            para jest w kryzysie.
            Jeśli jest jednak źle, nawet gdy pozornie jest dobrze, to katalizator, w osobie
            innej kobiety/mezczyny po prostu zadziała bez pudła.

            A tak na marginesie: budowanie nowego związku na krzywdzie innych i w poczuciu
            winy prędzej czy później, ale zawsze konczy się porażką.
          • mietowe_loczki Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:45
            Agomagdo, szczerze - nie wiem, do czego pijesz. Nie próbuję wywołać żadnej
            rozróby. W każdym moim poście próbowałam podkreślić problem winy, czy
            współwiny, PARTNERA, który dopuszcza się zdrady, bo carri w swoim pierwszym
            poście o tym nie wspomniała. Nigdzie nie kamufluję tego słowa, nigdzie nie
            filozofuję. Po prostu twierdzę, że żadna pamela anderson nie jest w stanie
            rozbić związku, jeśli partner SAM tego nie chce.
      • saskia69 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:35
        agamagda napisała:
        >Brak katalizatora nie wywoła reakcjiwink)))
        >
        > Jasne?

        agamagda napisała:
        > Brak katalizatora nie wywoła reakcjiwink)))
        > Jasne?

        Oczywiscie.Tak samo jak to,ze jesli katalizator jest substancja nie wchodzaca w
        reakcje chemiczne z ktoryms ze skladnikow zwiazku - bo nie odpowiada pod
        wzgledem skladu - zadnej reakcji nie bedzie rowniezsmileCzyli skladnik nie reaguje
        na katalizator,bo razem i tak nic nie zadzialaja.Czy to z niecheci skladnika do
        katalizatora,czy do zwyklego braku zapotrzebowania na cudze atomy i checi
        wchodzenia w jakiekolwiek reakcjesmile

        • pom Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 15:43
          > agamagda napisała:
          > >Brak katalizatora nie wywoła reakcjiwink)))

          Ale nie żyjemy na pustyni.
          No i pytanie: co to za związek, jeśli wymaga izolacji od innych kobiet...
          • saskia69 Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 16:01
            pom napisała:

            > Ale nie żyjemy na pustyni.
            > No i pytanie: co to za związek, jeśli wymaga izolacji od innych kobiet...

            Zgadzam sie z pom.

            W takich zwiazkach - ma sie samych kolegow...Toz to strach sie bac co bedzie
            jak nasz malzonek pusci sie z ktoryms beduinemsmile)

            A na pustyni,chcialam zauwazyc,ze tam to panowie chodza za reke.I sa bardzo
            zadowolenismileWiec moze wlasnie taki model niektorym paniom by odpowiadalsmile?
            Zadnych kobiet. Sami faceci. Zero zagrozenia ze strony tych trzecich,nawet
            jakby facet okazal sie slaby w swoich zasadach.

            Pytanie...Czy takie same restrykcje zastowalaby kobieta wobec adorujacego czy
            podrywajacego ja faceta?Lub facetow (liczba mnoga)? Nawet jesli z mezem by sie
            jej nie ukladalo? Szczerze mowiac: nie sądzesmile Jej by to pochlebialo i zapewne
            do glowy by nie przyszlo,ze ktorys moglby byc zagrozeniem,czyli katalizatorkiem
            dla jej zwiazku tylko dlatego, ze sie kreci w poblizu. Bedzie jej milo,
            podbuduje to jej ego,ale nie bedzie uwazala, ze m obowiazek z ktoryms
            romansowac,bo akurat sie pojawil, a jej jest nijako w malzenstwie. Ale kobietki
            wokol meza -to juz dla niej bedzie zupelnie inna bajka. I tak sie zastanawiam:
            dlaczego? Bo to facet i wedlug niej to on mysli glowka, a nie glowa?
        • alexandregautier Re: Do miętowych loczków 22.08.05, 21:52
          Zarówno, chemicznie jak i życiowo nieprawdziwe.
    • agamagda Demagogia 23.08.05, 11:25
      Tak sobie myślę, że to co tu niektóre dziewczyny piszą to czysta demagogia i
      niczym w polityce szukanie kozła ofiarnego (żony nie umiejącej "uszczęśliwić"
      partnera), a także wyciąganie nielogicznych, ale przekonywujących argumentów i
      dorabianie teorii do zwykłego ludzkiego świństwa, jakim jest zdrada. Np. coś
      takiego:
      "W pewnym wieku jest już tak (tak mniej więcej od 28 w górę), że na swojej
      drodze częściej spotyka się kogoś z garbem, mniejszym, większym. I teraz
      faktycznie, zależy, co się z tym zrobi. Można się zaklinać, że nie, że ja
      nigdy, że wykluczone, żebym mogła się zainteresować taką osobą, bo to
      niemoralne, bo krzywdzi, bo to łamie przykazanie, i w ten sposób stracić
      szansę na znalezienie drugiej połowy i ponowne ułożenia sobie życia, albo
      zrozumieć, że moje pojawienie może (podkreślam) komuś pomóc wyplątać się z
      jakiegoś chorego (podkreślam ponownie) związku."
      To co, mamy prawo, rozbijać komuś rodzinę, bo nie udało mi się,
      wcześniej "złapać" wolnego??? I cholera "tracić na znalezienie drugiej połowy"
      dla czegoś takiego jak moralność?? Kurczę, chyba to jest przesada. Ostatecznie,
      przecież ta trzecia tez ma prawo do rpdziny, niewink)). Niczym w komunie, niec
      się dzielą męzamiwink).
      A poczekać na rozwód I szukanie wolnego to nie można?
      A tak bardziej serio, wiadomo, że każdy związek ma okresy lepsze i gorsze.
      Właśnie, jednym z gorszych okresów i to prawie we wszystkich małżeństwach,
      jakie znam jest właśnie ten okres 28 w górę, bo ludzie pokończyli
      studia, "dorobili" się własnego lokum i przychodzi czas na dzieci. Ten okres
      to: zmęczenie, kłopoty finansowe (mniej wpływów, większe wydatki) mniej seksu
      (bo zmęczenie, kobieta poświęca więcej uwagi noworodkowi, hormony prowokujące
      laktację, blokują chęć na współżycie), więcej kłótni spowodowane w/w
      czynnikami. Oboje są zmęczeni, zdenerwowani, i mają dość. Czy oznacza, że jest
      to zły związek? Raczej nie, przeciętny.
      I tu się pojawia ta trzecia, dyspozycyjna, zadbana i zauroczona "wspaniałym"
      chłopem i ... zdeterminowana na założenie w końcu obrączki na palce, bo
      rodzina, koleżanki, no i oczywiście, jej zegar biologiczny mówią, ze to już
      czas. Jej obecność ma bardzo duży negatywny wpływ, gdyż jej działanie jest
      skierowane na rozbicie związku, w celu założenia innej swojej rodziny.
      Po drugie, większość zdrad nie kończy się, wbrew pozorom i temu co
      piszesz "uleczeniem chorego związku poprzez wyplątaniem" i happy endem w
      postaci marsza weselnego dla trzeciej z M, lecz powrotem "marnotrawnego" na
      łono rodziny. Tylko (i na tym polega często hic), że wiele kobiet (I W TYM
      matka założycielka wątku) nie chce lub nie może pozostać w związku naznaczonym
      zdradą.
      • magdalenkaaa78 Re: Demagogia 23.08.05, 11:53
        Podpisuję się pod tym rękami i nogami! Kochana, jak bym swoje słowa słyszała.
      • mietowe_loczki Re: Demagogia 23.08.05, 12:13
        agamagda napisała:
        > to co niektóre dziewczyny piszą to czysta demagogia i niczym w polityce
        > szukanie kozła ofiarnego (żony nie umiejącej "uszczęśliwić" partnera), a
        > także wyciąganie nielogicznych wniosków

        ja napisałam:
        > albo zrozumieć, że moje pojawienie może (podkreślam) komuś pomóc wyplątać się
        > z jakiegoś chorego (podkreślam ponownie) związku.

        w konsekwencji agamagda napisała:
        > To co, mamy prawo, rozbijać komuś rodzinę, bo nie udało mi się,
        > wcześniej "złapać" wolnego???

        smile

        Pozwól, że na tym zakończę swoje wpisy, bo znudziło mi się śledzenie tego, co
        potrafisz w nich wyczytać. Życzę Ci konsekwencji w zastosowaniu swojej teorii w
        praktyce, jeśli kiedykolwiek będziesz/chciała/musiała/niepotrzebne skreślić
        układać sobie na nowo życie.

        pozdrawiam
        • derena33 Re: Demagogia 23.08.05, 12:30
          mietowe_loczki napisała:
          Życzę Ci konsekwencji w zastosowaniu swojej teorii w
          >
          > praktyce, jeśli kiedykolwiek będziesz/chciała/musiała/niepotrzebne skreślić
          > układać sobie na nowo życie.
          -----------------------------

          Czy myslisz ze wszyscy ukladaja sobie zwiazki zdradzajac innych i nie
          ogladajac sie na nikogo?

          I czy naprawde uwazasz ze chec ulozenia sobie zycia tlumaczy egoizm i nie
          ogladanie sie na innych ludzi? a pokretne moralnie tlumaczenie i zwalanie winy
          na osobe skrzywdzona to jest gut?

          Jezeli tak to gratuluje.


        • agamagda Re: Demagogia 23.08.05, 12:32
          Twoja odpowiedz jest równie logiczna i nieobiektywna jak inne twoje wypowiedzi
          (typu żadna pamela anderson nie rozbije małżeństwa itp, itd..)
          Życzę Ci konsekwencji w zastosowaniu swojej teorii w
          >
          > praktyce, jeśli kiedykolwiek będziesz/chciała/musiała/niepotrzebne skreślić
          > układać sobie na nowo życie.
          Dziękuję, aczkolwiek troche pózno na te zyczenia, bo ja sobie ułożyłam życie po
          rozwodzie, juz jakiś czas temu, i jakoś nie musiałm nikomu rozbijać rodziny,
          mimo że (miałam powyżej 32 lat i syna) ani łapać się za "garbatego" - moze
          dlatego, że nie jestem Pamela Anderson?wink)
      • tucholka Re: Demagogia 23.08.05, 12:47
        Witam,odpowiedz mi tylko na pytanie,dlaczego złość kierujesz w stronę
        kobiety,która próbuje zainteresować sobą np.Twojego męża?Dlaczego nie spytasz
        jego jak mógł zainteresować się inną kobietą?Bo co?Bo zmęczona jesteś,a on,jak
        to mężczyżna,biedny żuczek,wzrokowcem jest,on potrzebuje bodzców.A tu pojawia
        się takie rozbuchane dziewczę i go kusi.A on co gorsza z reguły się daje.Całe
        nasze życie kusi różnymi pokusami.Będąc dorosłym,odpowiedzialnym człowiekiem
        bierze się odpowwiedzialność za swoje czyny.Mężczyzn TEZ to dotyczy!
        • agamagda Re: Demagogia 23.08.05, 13:00
          Kotku,
          powiedziałam już to wyzej, ale gwoli jasności powtórzę - winnym zdrady jest ten
          co złamał przysięgę małżeńską, a "ta trzecia" jest współwinna (o ile wie o
          żonie/mężu, oczywiście), bo uczestniczy w zdradzie.

          Tylko, ze tematem wątku jest rola tej trzeciej.

          PS: Moze Cię to zaskoczy, ale są małżeństwa, które nie rozstają sie z powodu
          zdrady (tak było w moim pierwszym małżeństwie), a z poszukiwaniem nowego
          Partnera czekają do rozwodu. I wyobraż sobie, że mój Ex i ja, całkiem
          przyzwoicie ułożyliśmy sobie życie nikomu nierozbijając rodzin, ciekawe...
          • derena33 Re: Demagogia 23.08.05, 13:20
            smile) a nawet mozna ulozyc sobie zycie po 40 nikomu nie rozbijajac rodziny.
            Co moze jest trudne do uwierzenia przez niektore tu piszace, ale mozliwe bo
            mnie to spotalo, a moze tak wlasnie chcialam i zadna inna opcja nie byla do
            zaakceptowania?

        • kasia_kasia13 Re: Demagogia 23.08.05, 14:24
          Alez oczywiscie, ze mezczyzna i to glownie on ponosi odpowiedzialnosc za
          zdrade. Rola tej trzeciej jest drugorzedna, i jesli nie z nia o byc moze
          zdradzilby z inna. Co nie zmienia faktu, ze zdradzajac postepuje niemoralnie
          lamiac przysiege malzenska a "ta trzecia", jesli wie, ze jest on zonaty w tym
          uczestniczy.
          Zas zwalanie winy na zdradzona zone, ze to byc moze ona "popchnela" meza w
          strone zdrady kojarzy mi sie z sugerowaniem ofierze gwatlu, ze sama jest sobie
          winna, bo miala na sobie za krotka spodniczke. Lub mowienie zonie pobitej przez
          damskiego boskera, ze sama jest sobie winna, bo go niepotrzebnie zdenerwowala.
    • g0sik Re: Rola tej trzeciej... 23.08.05, 13:51
      Czasami jest też tak, że ta trzecia chociaż wie o żonie brnie dalej, bo Pan mąż
      twierdzi, że żona go nie rozumie i wcale ze sobą nie śpią......i zwodzi rychłym
      rozwodem i obietnicą szybkiego ślubu. Związek mojej koleżanki bardzo szybko
      udało się rozbić tej trzeciej, może dlatego że kilka lat temu decyzja o ślubie
      została wymuszona ciążą. Jestem mężatką i też chciałabym mieć patent na
      wyłączność - ale kto wie co przyniesie życie. Teraz mi się wydaje, że
      obwiniałabym o zdradę wyłącznie męża ale jak wiadomo często punkt widzenia
      zależy od punktu siedzenia....może (odpukać) jako zdradzona żona będę się
      doszukiwała winy tylko w tej trzeciej? Łatwiej jest przecież zwalić winę na
      kogoś innego niż doszukiwać się jej w sobie.......
    • vialle Re: Rola tej trzeciej... 24.08.05, 09:03
      ja mysle, ze ta trzecia czy ten trzeci nie maja w gruncie rzeczy znaczenia. To
      nie oni podejmuja decyzje tylko nasz partner/partnerka, ktorzy decyduja sie na
      zdrade. Nie ma sily zeby zmusic kogos do zdrady jesli sam sie na to nie
      zdecyduje. A tlumaczenie, ze mial gorszy dzien, kryzys w zwiazku i wtedy ten
      trzeci-trzecia taki zly wykorzystal i omamil... sorry, ale dla mnie to
      rozmydlanie odpowiedzialnosci. Jak bysmy slabi/zdolowani nie byli w danym
      momencie, zasady sa te same - zdrada jest podla.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka