Gość: Rosa*
IP: *.*
23.10.02, 21:31
No i po rozmowie. Dzięki za dobre myśli i słowa. Niestety sytuacja w moim małżeństwie osiągnęła już takie dno, że nie bylo mowy o scalaniu. Zaproponowano mi dwa wyjścia:1. Rozwód, o którym mój mąż (???) myśli niechętnie, bo: nie będzie mógł się widywać codziennie z dzieckiem; fundujemy już na starcie Małemu traumę; dużo z tym zamętu (podział mieszkania, włóczenie się po sądach, etc.)2. Małżeństwo fikcyjne. Co to oznacza? Mieszkamy w oddzielnych sypialniach, udajemy parę przed dzieckiem i rodziną, dzielimy finanse i jedzenie.Wyjście drugie nie wchodzi w grę- dla mnie. Nie wytrzymałabym psychicznie. Skłamałabym mówiąc, że nic nie czuję do mojego męża. Przyznacie jednak, że w obliczu słów "jesteś dla mnie obojętna", "widzę w Tobie same wady, drażnisz mnie, nie ma w tobie niczego, co mogłoby mnie porwać" i finalne : "nie kocham cię od dwóch lat"- trudno sobie robić nadzieję. Psycholog już był, wyprowadzki były, straszenie odejściem było- było więc wszystko prócz normalności. Niestety mój mąz nie jest mi obojętny. I choć będę się starała zdusić w sobie każde ciepłe uczucie- nie będzie to łatwe. Przy okazji- najbardziej zabolało mnie to, że jestem mu obojętna. Wolałabym chyba nienawiść.Jak przetrwać "okres przejściowy"? Czy uważacie, że lepiej wyprowadzić się na czas sprawy rozwodowej? To nasze wspólne mieszkanie, ale ja jestem w łatwiejszej sytuacji- pochodzę stąd, mam znajomych, mogłabym wynając pokój dla siebie i Kuby. I trochę nie wyobrażam sobie dalszego mijania się przez pół roku, bo tyle mniej więcej trwa orzekanie o rozwodzie. Mój mąż raczej się nie wyprowadzi i nie będę tu wnikać dlaczego, bo to skomplikowane. Poradźcie.smutna ania