borys.joszko
21.02.07, 21:05
Witajcie.
Pisałem tu kiedyś, jakieś dwa czy trzy lata temu. Potem, kiedy przestałem już
pisać, jeszcze czasem podczytywałem. Teraz widzę, że "kadra" się zmieniła,
więc pewnie nikt mnie nie będzie pamiętał. Może to i lepiej, choć wtedy byłem
tutaj przyjmowany bardzo życzliwie.
Mam synka, niedługo skończy osiem lat. Wychowuję go sam, jego matka w naszym
życiu nie istnieje i nigdy nie istniała - ona tak zdecydowała, choć nie będę
udawał, że byłem z nią silnie związany. To tak gwoli wprowadzenia.
Syn jest moją największą dumą, celem życia - nigdy nie sprawiał kłopotów,
jest zdolny, grzeczny, chętnie ćwiczy na skrzypcach. Kontakt też zawsze
mieliśmy świetny - opowiadał mi o swoich smutkach przedszkolaka, dużo
rozmawialiśmy. Przy tym wydawało mi się, że oswoił brak matki (jeśli tak to
można nazwać). Problemy zaczęły się niedawno. Od pół roku jest
pierwszoklasistą, chodzi do rejonowej podstawówki i spotyka się z drwinami ze
strony kolegów. To jednak prawda, że dzieci bywają okrutne. Dziwne to, bo
zawsze był przez rówieśników lubiany, teraz niby też jest, ale jednocześnie
co jakiś czas zdarzają się napaści na niego - ze strony tych >trudniejszych<
dzieci. Możecie sobie wyobrazić moje wzburzenie i mój ból, kiedy musiałem
tłumaczyć synowi znaczenie słowa "bękart". Ale czasami są to też napaści na
jego matkę, siedmio- ośmioletni chłopcy mówią mojemu synowi, że jego matka
jest dziwką, bo go zostawiła. Piszę to i wciąż nie wierzę. Kto wychowywał te
dzieci? Mają po osiem lat i widzą świat w taki sposób, używają takiego
słownictwa. W głowie mi się to nie mieści. Rozmawiałem z wychowawczynią,
przyznała, że są w klasie dzieci z zagrożonych środowisk i dokuczają tym
słabszym, a rozmowy na niewiele się zdają. To wszystko zaczęło się niedawno -
w momencie, w którym jakoś się rozeszło w klasie, że syn nie ma matki. On
traktował to dość normalnie, więc w momencie, w którym wśród dzieci zrodziły
się takie przypuszczenia, potwierdził je. Wcześniej miał dobrą pozycję w
klasie, ma kilka mocnych stron, nie był atakowany. Bardzo poważnie rozważam
przeniesienie go do społecznej podstawówki. Rozważałem, zanim jeszcze poszedł
do szkoły, ale stwierdziłem, że nie chcę, by dorastał w sztucznie stworzonym
środowisku, że lepiej by się dowiedział, że są ludzie lepiej i gorzej
sytuowani itd. Ale zaczynam żałować tej decyzji. Synem to mocno wstrząsnęło,
mocno też wpłynęło na jego zachowanie. Stał się agresywny, bywa krnąbrny.
Zaczął drążyć temat matki - skąd ją znałem, czy ją kochałem, czy ona mnie
kochała, jak miała na imię, jak wyglądała, dlaczego go zostawiła, dlaczego
się nie odzywa. Pierwszy raz zdarzyła się też taka sytuacja, strasznie dla
mnie bolesna, tym bardziej, że nigdy tego nie było. Mały zaczął na mnie
krzyczeć, mówić, że to moja wina, wykrzyczał mi w twarz "Bo ty taki jesteś,
że nikt nas nie chce, Agata też odeszła, to przez ciebie". TRudno pisać, co
wtedy czułem. Wiem, że to dziecko, wiem, że jest atakowany, zraniony, ale to
jednak najbliższy mi na świecie człowiek i kiedy usłyszy się coś takiego, to
cholernie trudno powstrzymać się od wycia. Mały wtedy wybuchnął szlochem i
pobiegł do swojego pokoju, wpadł w jakąś histerię. Ledwie zdołałem go utulić.
Potem mnie przepraszał. Pierwszy raz od dawna spał wtedy w moim łóżku,
zmęczony płaczem. No właśnie, to temat, którego w zasadzie nie chciałem
poruszać. Kilka miesięcy temu rozpadł mi się związek. Razem z moją partnerką
stwierdziliśmy, że to już nie ma sensu i że musimy się rozstać. Dla nas
obojga była to naprawdę niełatwa decyzja, tym bardziej, że uwikłany we
wszystko był mały. Znał ją bardzo dobrze, przywiązał się mocno, tak jak
przywiązać się mogą tylko te dzieci, które wychowują się bez jednego rodzica.
Na szczęście nie zamieszkaliśmy razem, więc chociaż tyle. Utrzymuję z nią
teraz koleżeńskie relacje, czasem się widujemy wszyscy troje, ona czasem do
mojego syna dzwoni - wiem, że jej też nie było łatwo. Syn bardzo przeżył to
rozstanie, starałem się mu to tłumaczyć, że czasem ludziom nie wychodzi, że
mimo że się bardzo lubią i szanują, nie mogą razem żyć. A on nic nie
odpowiadał, tylko płakał. Jeszcze potem przez kilka tygodni czy nawet
miesięcy, mówił, żebyśmy kupili kwiaty i pojechali do niej, to może wróci.
Jakby nie słyszał moich tłumaczeń, że to była nasza wspólna decyzja i że
naprawdę nie możemy być razem. A on tak co jakiś czas wymyślał nowe sposoby,
żeby wróciła. Czasem, kiedy z nią rozmawiał, pytał, kiedy wróci. Mnie też
jest ciężko. Zwłaszcza, że to był romans rozpoczęty w pracy i spotykamy się
codziennie, czasem nawet pracujemy nad tym samym projektem. Zapadam się jak
nigdy. Mały śpi, ja siedzę przy komputerze, słucham Republiki i piję koniak.
Zrobił się z tego jakiś rytuał wieczorny, trochę się tego boję. Nie miałem
tyle pisać, tak chaotycznie i osobiście. Miałem tylko prosić o radę w sprawie
tych problemow szkolnych. Wysłać? Nie wysłać? Wyslę.