mruczek35
25.08.03, 14:53
Strasznie trudno mi o tym pisać, ale postaram się być obiektywna.
Po sześciu latach udanego – jak mi się tylko wydawało – małżeństwa, w grudniu
zeszłego roku urodził nam się synek. Dziecko długo planowane i oczekiwane.
Od tego czasu minęło 8 miesięcy i mój maż wyprowadza się od nas. Ponieważ nie
jesteśmy z Warszawy, twierdzi, że powinniśmy się nadal wspierać i spotykać.
Według niego związek był prawie od początki nieudany(z wyjątkiem pierwszego
roku). Twierdzi też, że nie ma nikogo innego. Ja mu nie wierzę. Aby mu
udowodnić włamałam się do jego PC i znalazłam pliki z numerami telefonów do
dziewczyn poznanych na czacie i nawet ich zdjęciami. Sprawdziłam też billingi
rozmów – tam oczywiście też panienki. Raz, kiedy wrócił z imprezy o 1 w nocy
i usłyszałam, że ktoś dzwoni na jego komórkę sprawdziłam – też panienka z
internetu. I nawet po tym nadal twierdził, że to tylko znajomi. Nie muszę
pisać, jak się czułam, kiedy to znalazłam, i wcześniej, kiedy nawet siedząc z
nami w pokoju bez przerwy wysyłał SMS-y , a jak zadzwonił telefon to nie
odbierał go, tylko wychodził „na spacer” (z nami był na spacerku zaledwie
kilka razy). Od kilku tygodni zmienił się – więcej czasu spędza z nami –
tylko tyle, ale i tak wyprowadza się do wynajętego mieszkania – oczywiście
nie w naszej dzielnicy, tylko na drugi koniec miasta, tłumacząc, że to blisko
metra.
Ja pracuję, dzieckiem w tym czasie zajmuje się niania. Dziadkowie mieszkają
daleko. Mój mąż jest bezrobotny, kończy zaocznie studia, szuka pracy, ale
próbuje też założyć własny interes (po długich kłótniach podzieliliśmy się
majątkiem). Ja w najbliższym czasie muszę kupić mieszkanie i wyremontować
je. On obiecuje, że będzie mi pomagał.
Niedawno dowiedzieli się o wszystkim jego rodzice. Im tłumaczył, że jest „na
zakręcie”, zaprzeczył podejrzeniom. że jest ktoś trzeci. . Rzeczywiście
wygląda na zagubionego. Winę za swoje niepowodzenia zrzuca na mnie – to za
mną przyjechał do Warszawy – bo ja tutaj znalazłam pracę. On w zeszłym roku
pracował kilka miesięcy, w tym roku 6. Zapytałam, czy gdyby znalazł pracę, to
byłby w stanie ją utrzymać – to znaczy pracować na pełnych obrotach, nie
spóźniać się. Odpowiedział, że nie wie. We własny biznes, w który już
zainwestował też do końca nie wierzy. Synek go uwielbia, on też ma z nim
coraz lepszy kontakt.
Mimo całej wściekłości na niego, gromadzonej już od roku, nadal go kocham i
nie wyobrażam sobie, że mogłabym być z kimś innym.
Napiszcie, czy jestem bardzo naiwna, czy może to właśnie on jest ofiarą? A
może nie należy szukać winnych, tylko dać sobie spokój? Jeszcze rok temu
optowałabym za ostatnią wersją, ale co z synkiem?