Mój mąż wyzywa mnie bezlitosnie. Przy każdej okazji słyszę, że jestem
prostakiem, stonką itp. Podcina moje wątłe poczucie wartości, ma mnie chyba
za nic. Dzień przed Wigilią (to były I święta z dzieckiem) powiedział, ze
nikt mnie nie chciał taka jestem do niczego, inikt by nie chciał podnieść
nogi, żeby mnie obsikać

A wczoraj w Sylwestra pokłóciliśmy się i powiedział, że "jak mnie dźgnie
norzem to popłynę"-jak można coś takiego powiedzieć żonie? oraz że żaluje, ze
mnie w ogóle poznał.
Chcę, żeby się wyprowadził, n ie mam już siły do życia razem, słuchania co
chwilę wyzwisk. NIe potrafię mu już zaufać, traktuję go jak wroga,
nieprzyjaciela, który chce mnie zniszczyć.
Czy życie w takim toksycznym związku może mieć sens? On coraz bardziej jest
agresywny w tym co mówi, wczoraj zaczęłam się go bać