Witajcie,
Szukam pomocy na forum, bo nie znalazłam jej do tej pory nigdzie indziej

Mój synek ma 4 miesiące. Na początku grudnia trafiliśmy do szpitala z zapaleniem uszu i gardła, byliśmy tam tydzień. Od wyjścia ze szpitala (2 tyg. temu) coś się dzieje z moim dzieckiem, a ja nie wiem, jak mu pomóc, tracę już siły, jak on zaczyna płakać to i ja już ryczę z bezsilności...
Na początku myślałam, że on tak przeżywa stres związany z pobytem w szpitalu (wenflony, leki, ciągłe "przeszkadzanie" przez pielęgniarki, lekarzy, płacz innych dzieci itd.), ale to trwa chyba za długo na odreagowywanie. Mały prawie wcale nie może spać. Generalnie on do tej pory zasypiał zawsze albo przy piersi (karmię wyłącznie piersią), albo ululany na rękach. Jakiś czas temu (ze 2 mc temu) zaczęło się coś takiego dziwnego, że przy usypianiu na rękach mały musiał się chwilę powydzierać i poszarpać. Trwało to zwykle dosłownie kilka minut, po czym zapadał w błogi sen, który trwał różnie: czasem pół godziny, czasem i dwie. Jeśli spałam razem z nim w łóżku, to spał nawet i 3h z cycaniem na śpiocha w międzyczasie. A teraz jest tak: mały ziewa, trze oczy, marudzi, ok - próbujemy lulać. I zaczyna się hardkor. Wrzaski, darcie się w niebogłosy, szarpanie, rzucanie, mały tak się drze, że cały się poci, aż kaszle od tego płaczu, po prostu nie mogę go w żaden sposób uspokoić. Nawet jeśli już uspokoi się i uśnie, to budzi się w momencie próby odłożenia go do łóżeczka czy na nasze łóżko, i wtedy zaczyna się ryk od nowa - to wygląda trochę tak, jakby strasznie się wściekał, że nie może spać. Znalazłam jeden sposób na jego spanie w dzień: muszę go wybujać na swoim brzuchu, po kilkunastu minutach bujania zasypia, potrafi tak spać i 3h. Nie daj Boże, żebym go spróbowała odłożyć

do tego w trakcie tego spania muszę go od czasu do czasu pobujać. Często pochlipuje przez sen, albo rzuca główką. Kiedy śpi w nocy w łóżeczku, to wierci się jak szalony, rzuca, stęka, jęczy... Potrafił mi przesypiać w nocy już czasami i 6 godzin (zwykle spał po 4h na jeden raz), teraz budzi się na ogół co godzinę, czasem co pół. Bez cyca ani rusz, nie da się go po prostu ululać - musi być cyc, chociażby miał possać 2 minuty i wtedy zasnąć. Ostatnio muszę go zostawiać do spania z nami w łóżku (od urodzenia sypiał pięknie w swoim łóżeczku, dopiero bardziej nad ranem brałam go do siebie, kiedy więcej się wiercił), bo inaczej budzi się co chwilę.
W związku z tym spaniem na brzuszku, myślałam o bólu brzuszka, może kolce. Mały miał okropne kolki od ok. 2 tygodnia życia, początkowo podawałam mu Fenicol - nie pomagał, później przeszłam na Espumisan i przeszło jak ręką odjął już drugiego dnia podawania. Generalnie od prawie 2 miesięcy nie wiedziałam już, co to kolka. Espumisan podaję nadal, również zajmuję się profilaktycznie brzuszkiem (masowanie, przyginanie nóżek itd.), poza tym te "ataki" nie wyglądają jak ówczesne kolki, więc nie wiem, czy to to.
Mieliśmy zleconą kontrolę uszek 2 tyg. po szpitalu - zapisaliśmy się na 27 grudnia, ale byliśmy na początku tego tygodnia u pediatry, szukając pomocy. Pediatra zbadał małego, stwierdził, że jest zdrowy (brzuszek miękki - to jeszcze w temacie brzuszka), ma tylko lekko zaczerwienione gardło (psikać Tantum Verde). Wypisał skierowanie do laryngologa na cito, podejrzewając, że może uszy są niedoleczone i go bolą. Zalecił nam też Viburcol 2x dziennie na 3-4 dni.
Laryngolog nie znalazł nic niepokojącego w uszkach, nosku ani gardle. Uszka zdrowe, więc na pewno go nie bolą.
Podawałam cierpliwie ten Viburcol, czekając na efekty - niestety nie zauważyłam żadnych. Mam wręcz wrażenie, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. Jak mały zacznie płakać (zaczyna jakby w chwili zmęczenia, senności, kiedy nie może usnąć, choć próbujemy naprawdę usilnie), to potrafi wpaść w taki płacz, że nie mogę go uspokoić przez kilka godzin. Chwilami przycicha, nawet śmieje się trochę przez łzy gdy próbujemy go rozbawić, ale ogólnie to wygląda, jakby strasznie cierpiał, prosił o pomoc. Jestem zdruzgotana i nie muszę chyba wspominać, że również wyczerpana fizycznie.
Myślałam o swojej diecie, ale nie wprowadziłam ostatnio nic nowego, poza tym to zachowanie zaczęło się dokładnie w dniu powrotu ze szpitala. Oprócz ciągłego płaczu i problemów ze spaniem, doszły problemy z samodzielnością, tzn. przedtem mogłam posadzić synka na leżaczku i obok niego coś robić (w kuchni czy generalnie w domu), potrafił się pięknie bawić zabawkami na pałąku, podskakiwał, śmiał się, nie marudził - mógł tak "sam" spokojnie przez pół godziny, zaczepiany od czasu do czasu przeze mnie. Teraz leżaczek nie odpowiada już po dwóch minutach, jest płacz, marudzenie, muszę go wziąć na ręce. Generalnie każda zabawa szybko się nudzi, trzeba się ostro napracować, żeby go czymś zająć.
Inna rozważana przeze mnie opcja to zęby. Mały od jakiegoś czasu sporo się ślinił, ale ostatnio są całe potoki śliny. Wszystko próbuje też gryźć, włącznie ze swoimi czy naszymi rękami, moim cyckiem, każdą zabawką. Dostał więc gryzaczki, które namiętnie żuje. Kupiliśmy Dentinox do smarowania dziąsełek, mam wrażenie, że po posmarowaniu jest ciutkę lepiej. Jednak pediatra oglądał dziąsła i powiedział, że "zębów tu jeszcze nie widać". Nie mam więc pewności, czy to to.
Dzwoniłam jeszcze do innych lekarzy, ale usłyszałam tylko, że nawet permanentny płacz dziecka w tym wieku jest normalny, żeby się z tym pogodzić. Mogę mu podać wodę koperkową i czekać. Dzieci płaczą i tyle.
Nawet już złamałam się i chciałam podać małemu smoka. Jednak on nie chce go ssać; jeśli akurat ma dobry humor, to chętnie się smokiem pobawi - zassie, wypluje, pośmieje się, bierze w rączki i pakuje sobie do buzi po to, żeby zaraz wypluć i tak w kółko, po prostu się nim bawi. I nawet wtedy bardziej żuje tego smoczka, niż ssie. Kiedy próbuję go podać na uspokojenie, to tylko się wścieka. Nie będę więc dawała smoczka na siłę, widocznie on go nie potrzebuje.
Wczoraj wieczorem znów było wybudzanie się i ostry atak płaczu... podałam paracetamol w czopku. Spał pięknie i spokojnie od 22:00 do 3:30, potem jeszcze do 7:00. To dla mnie jasny sygnał, że coś go bolało, skoro po paracetamolu było tak dobrze. Jak mam zgadnąć, co mu dolega?
Mamy umówioną jeszcze wizytę u pediatry w poniedziałek, ale obawiam się, że znów usłyszę, że nic mu nie jest. Nie chcę dać się zbyć.
Może któraś z Was ma podobne doświadczenia, albo podpowie mi chociaż, czego oczekiwać od lekarza... jakich badań... skierowania do jakiegoś specjalisty?
W szpitalu mały miał robioną morfologię, badania moczu, USG brzuszka oraz USG przezciemiączkowe - wszystkie wyszły prawidłowo.
Nie wiem, co robić, a nie chcę go faszerować paracetamolem tak pro forma i nie dowiedzieć się, co mu dolega. Pomóżcie...