Mam ostatnio ciężkie dni.
Od 5 lat siedze w domu tzn nie pracuje.
Przez 2 lata w ciagu tych 5 jeszcze studiowalam.
Mam 4 letnia coreczkę i 8 miesiecznego synka.
Coreczka nie chodzi do przedszkola od wrzesnia zacznie.
Mąż pracuje i dojezdza codzien 60 km wyjezdza o 6 rano wraca o 17 ale ostatnie dni bywa ze wraca nawet kolo 23 mają akurat w pracy straszny zapierdziel.
Dodatkowo od kilku la mąż konczys tudia teraz mgr dojezdzal w weekendy jakies 250km na studia,teraz pisze mgr ale idzie mu bardzo topornie.
Ja jestem w domu na mojej glowie jest caly dom opieka nad dziecmi,zakupy,wizyty lekarskie,oplaty,ubranie co sezon dzieci itd.
Generalnie niby jak jest wdomu zajmuje sie dziecmi ale jest to 2-max 3 h na dzien iw yglada to tak że no córka bawi sie z nim ale synek co chwila chce do mnie.
Ja wtym czasie nie to że odpoczywam tylko np.robie obiad mężowi( my z corka jemy wczesniej),prasuję,czy np.karmie malego.
Generalnie ja u nas piore,prasuje ,sprzatam gotuje,dbam o zakupy ,on nie wlaczy sobie sam pralki bo nie widzi potrzeby,bo wie ze jak przyjdzie czas ja to zrbie.
Poprasowac nie poprasuje bo nie umie,mama mu to zawsze robila.
Gotowac umie tylko wode w czajniku

O zaopatrzeniu lodowki i potrzebnch biezacych zakupach dla domu czy dzieci raczej nie ma pojecia.
Ja podczas jego nieobecnosci to wszystko ogarnia,robie to no bo wydaje mi sie ze skoro on nas utrzymuje i po tyle godzin pracuje to i tak nie ma na to czasu.
Ostatnie dni maly zaczal stawac,musze za nim krok wkrok chodzic bo dzis np.juz sie uderzyl.
W domu mam jeszcze 4latke ktora akurat teraz natychmiast chce jesc a ja proboje od 30min uspic malego ktory marudzi bo chce mu sie spac iw wychodza mu zęby.
Coraz bardziej wariuje psychicznie nim zrobie to co nalezy do moejgo obowiazku wychodzze z nimi na 2-3 h wracam i pote przygotowanie obiadu bo maz wraca plus kapanie dzieci( kapiemy razem tzn ja i mąż) wieczorem jeszcze dochodzi przygotwanie obiadu na drugi dzien plus poprasowanie.
Małego karmie piersia wiec usypia przy piersi,w nocy jeszcze sie budzi i je cyca.
czesto nie mam nawet czasu sie wykapac bo jak maly zasnie to ide praswac,gotowac cos na jutro zeby bylo szybciej a jak sie rozbudzi musze biec szybko dacpiers,maz nie uspokoi i uspi go.
Generalnie ostatnie dni mam strasznie dosc,jestem na skraju zalamania nerwowego.
Wyprowadzona jestem z rownowagi o byle co.
Nie stac mnie na nianie,nie mam zadnej babci tu blisko a i tak te co sa to pracuja jeszcze.
starsza corka przechodzi chyba jakis bunt nie slucha sie,robi na zlosc ,wpada w histerie potrafi drzec sie ze 30min o to ze jej czegos nie dalam albo nie pozwolilam.
Niewiem czego oczekuje po tym poscie,moze wystarczy poprostu to ze go napisalam i wyzucilam troche z siebie.