trika13
12.07.06, 11:54
Przed chwilą przeżyłam prawdziwe chwile grozy. Moja 10-ciomiesięczna córeczka
Agatka wypadła z wysokiego na 82 cm łóżeczka. Cwaniara podciągnęła się na
rękach i wychyliła aż wypadła. Byłam wtedy w łazience i tylko usłyszałam
ciężki łoskot. Serce mi zamarło i z krzykiem pobiegłam do niej.
Leżała na wykładzinie, na brzuszku, główkę opierała na rękach. Płakała.
Porwałam ją w ramiona i tuliłam, ale płacz nie cichł. Zadzwoniłam do męża
który kazał nam iść do przychodni (w pierwszym odruchu chciałam biec do szpitala).
Na szczęście przychodnia oddalona jest ledwie o 5 minut drogi, dlatego byłyśmy
tam juz po chwili. Na recepcji z płaczem w głosie zakomunikowałam, że dziecko
mi spadło z łóżeczka i chcę, żeby je natychmiast zbadał jakiś lekarz.
Poproszono nas do pokoju 24, gdzie pani doktor wnikliwie zbadała Agatkę.
Okazało się, że nie ma siniaków i guzów. Z oględzin wynikało, że nic się
malutkiej nie stało. Mam ją tylko dziś obserwować, a w razie gdyby
wymiotowała, dziwnie się zachowywała - jechać z nią do szpitala.