Witam, dopiero znalazłam troszkę czasu, więc piszę. 25.10 o godz. 11.15
urodzilam mojego synka w wodzie. Skórcze zaczęły się przed 4 rano, potem po
pół godzinie odeszło mi trochę wód, więc zaraz dzwoniliśmy do szpitala w
Sulechowie,żeby zgłosić przyjazd. Zdążyłam jeszcze wziąc prysznic i w
szpitalu byliśmy po piątej. Podłączyli mnie pod KTG i tak sobie siedziałam
chyba z 40 min, potem badanie, rozwarcie na 2 cm. Potem przeszliśmy do sali w
której robiłam różne rzeczy na worku sako, piłce i barkach mojego męża -
kiedy były skórcze. O 9 kolejne badanie- rozwarcie na 3,5 cm, no i bóle coraz
częśtsze i silniejsze, jak dobrze , że mąż był ze mną. Znowu do sali i o k.
10.20 znowu badanie- rozwarcie 5,5 cm, więc przeszliśmy już do sali z wanną.
Zaczęli napuszczać wody, a bóle już naprawdę nie fajne. Weszłam do wody i
jaka ulga! Woda ciepła bardzo i bąbelki, które masowały mi plecy, zaczęły się
po jakimś czasie już sk. parte i tak ok. 11okazało się już będę przeć.
Słuchałam wskazówek położnej i męża i lekarek które były tam chyba ze
trzy.Podobno wydawałam z siebie dźwięki o wysokiej częśtotliwość, mąż mówi,
że coś jak w operze

O 11.15 synek leżał już na moich piersiach, coś
CUDOWNEGO!!! Potem już tylko łożysko, poszło raz dwa, no iszycie, bo troszkę
pękłam, ale położna mówiła, że to sprawy kosmetyczne ( wczoraj odpadły mi 2
szewki, hurraa) Synek ważył 2880, mierzył 52 cm i dostał 10 pkt ! No i
przystawili mi małe cudo do piersi. Wyszłam ze szpitala w czwartek. Muszę
kończyć, pozdrawiam Was wszystkie kochane listopadóweczki i życzę szybkich
porodów i zdrowych dzieciaczków.
Agnieszka i jej Wiktor