Może najpierw opiszę sytuację. Mam wrażenie, że tak zamotane życie to rzadko
kto ma...
Piotra rodzice nie żyją, moi... tak jakby ich nie było...
Wiedzieliśmy od dawna, że jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie. Wiele
przeszliśmy zarówno w dzieciństwie, jak i będąc razem. Zaczynaliśmy od "ZERA".
Gdy oboje zarabialiśmy w miarę sporę sumy, starałam się włożyć pieniądze w
mieszkanie (remont, wykup). Jednak nadal jesteśmy w proszku. Piotr też mógł
wreszcie w międzyczasie rozwijać swoje zainteresowania - jest multihobbystą.
Dwa lata temu wzięliśmy ślub cywilny. Od dawna jest zaplanowany nasz ślub
kościelny w maju tego roku.
Mam pewne kłopoty zdrowotne (lekarze wierzą i wmawiają mi, że po porodzie
wszystkie miną). M.in. mam szybko rozwijające się niezłośliwe nowotwory
piersi. Na przełomie grudnia i stycznia dowiedziałam się, że mogą one w
najbliższym czasie, przy tak szybkim rozwoju być zaczątkiem nowotworu
złośliwego... Jedyne lekarstwo - ciąża...
Więc rozpoczęliśmy (owocnie, jak widać

) starania o dzidziusia

Tak naprawdę, to nie jesteśmy jeszcze gotowi materialnie na dziecko.
Ja w ogóle straciłam pracę z końcem stycznia, nie wiedząc jeszcze, że jestem w
ciąży (do dzisiaj nie wiem dlaczego ją straciłam).
Piotr w lutym br. rozpoczął działalność gospodarczą.
Koniec końców, wygląda to tak: brak stabilizacji finansowej (firma dopiero się
rozkręca, a ja nie mam pracy - tylko zasiłek dla bezrobotnych, do tego ciążą
nam dwa kredyty), przed nami ślub kościelny, a następnie remont mieszkania (z
tygodnia na tydzień sypie się instalacja elektryczna i wod.-kan.). Do tego
ciąża, a ja ciągle potrzebuję leków.
Szczerze mówiąc, moim zdaniem, możemy dać sobie radę, ale Piotr ciągle widzi
jakąś dziurę finansową gdzieś w przyszłości i twierdzi, że ja to wszystko
olewam. Tymczasem ja po prostu przy ciąży przestałam się denerwować
niepotrzebnie, ale nadal jestem obowiązkowa i świadoma tego, co się dzieje. On
strasznie panikuje. Nie mam pojęcia, co mam zrobić. Ostatnio jak wraca z
pracy, to tylko wprowadza nerwową atmosferę. To źle wpływa na ciążę. Coraz
częściej sypiam niespokojnie, albo w ogóle.
Teraz jeszcze chce, żebym poszła do pracy, ukrywając ciążę (na zasadzie 3 m-ce
popracuję i pójdę na L4). Po pierwsze nienawidzę i nie potrafię kłamać, po
drugie, kłamstwo ma krótkie nogi, po trzecie, to może doprowadzić do
nieszczęścia, po czwarte, otrzymałam prawo do zasiłku dla bezrobotnych - nie
chcę go stracić przez to, że jeden miesiąc popracuję na umowę o pracę, a
później mnie zwolnią, bo np. się zorientują... (przecież już widać lekki
brzuszek).
Kłótnie nabierają obrotów - już kilka razy obiecałam Piotrowi, że jak się nie
uspokoi, to po prostu będzie rozwód, a nie ślub kościelny... Piotr w ogóle nie
słyszy co się do niego mówi, nie kontaktuje - wszystko przez nerwy...
Proszę, doradźcie coś. Czy ja robię coś nie tak? A może macie podobne problemy
i powiecie mi, jak rozmawiacie z Waszymi partnerami? POMOCY!!!