enko1
17.04.10, 22:50
Dziewczyny,
piszę na tym forum, bo jestem tak załamana, że nie wiem już, co
robic.
Mam trzyletniego synka. Kocham go ponad życie. Mały jednak woli
tatę. W każdym aspekcie. Ta sytuacja miała miejsce właściwie od
początku, od kiedy potrafił wyrażac swoje emocje. Jak był malutki,
wył pod drzwiami łazienki gdy ojciec się kąpał i nie mógł do niego
wejśc. Potem było jeszcze gorzej - choc ja tłumaczyłam sobie, że jak
podrośnie to zrozumie i wszystko się wyprostuje. Teraz jak jestem z
moim partnerem jest makabra: nie mogę podejśc do synka, nie chce,
żebym go przytulała, nie chce się ze mną bawic, nie chce koło mnie
zasypiac, nie chce, żebym go ubierała. W nocy gdy się obudzi woła
ojca, jak ja przyjdę zamiast niego słyszę "idż, nie chcę cię". Na
spacerze nie chce mi dac ręki, nie chce ze mną wychodzic nawet, gdy
cel jest dla niego kuszący. Kiedy ojca przy nim nie ma jest lepiej,
wtedy potrafi mnie nawet przytuli i powiedziec, że mnie kocha.
Jednak gdy obudzi się rano a taty juz nie ma wyje godzinę i nie daje
sie uspokoic.
Dodam, że między mną a partnerem nie układa się za dobrze i jesteśmy
razem praktycznie tylko ze względu na dziecko. Bo mi pęka serce jak
myślę, że mały wyłby mi po nocach, że nie ma taty. A z drugiej
strony wiem, że byłaby zaciekła walka o dziecko i...czy na pewno bym
ją wygrała?
Byłam u psychologa. Powiedział, że ze mna wszystko ok, że jestem
dobrą i odpowiedzialną matką i nie ma mi nic do zarzucenia. Ojciec
tez chyba dziecka nie buntuje, tak sądzę. Ja dostarczam małemu tyle
rozrywek, ile tylko mogę: zabieram na basen, do innych dzieci, na
zakupy (choc nawet, gdy kupię mu prezent po godzinie mówi, że dostał
go od taty), wymyślam zabawy (cho naprawdę muszę się pomeczyc, żeby
mały się ze mną bawił a nie siedział na kolanach u taty). Dwoję sie
i troję, uwyerzcie, i serce mi pęka, i nie rozumiem, za co ta
kara...Czuję się we własnym domu niczym intruz wchodzący pomiedzy
kochających sie ojca i syna...Mały ciągle powtarza...kocham cię
tato...A ojceic wymusza na nim: powiedz też to mamie. I każda chwila
spędzona bez dziecka powoduje u mnie wyrzuty sumienia, że za mało
jestem koło niego, że za mało się staram...Kiedy zabieram go na
kilka dni gdzieś na wyjazd, po powrocie jest jeszcze gorzej:
tęsknota za ojcem powoduje, że nie pozwala mi nawet wejś do swojego
pokoju, bo sie tam bawi z tatą, to nie pokój dla dziewczyn. Gdy jest
z ojcem dłużej, bo np. ja muszę popracowac, też nie ma pozytywnych
zmian. Dodam, że mniej więcej jesteśmy z dzieckiem tyle samo, nie ma
rażących rozbiezności.
Coraz bardziej wątpię. Co mam zrobic? Układac sobie dalej zycie
sama? Pozwolic ojcu zabrac dziecko i ułożyc sobie życie z innym
facetem? Zrobic sobie dziecko z tym samym z nadzieją, że tym razem
będzie mnie kochac? Nie chce mi się życ, gdy mały mówi pani w
przedszkolu, że nie chce do mamy tylko do niani. A jak wracam do
domu, to płacze, że n ie chce...
Nigdy go nie uderzyłam, nie krzyczę, choc staram się byc stanowcza.
Jestem mądra, ładna, mam niezłe wykształcenie, własną firmę. Nic to
dla mnie nie znaczy, chcę odzyskac moje dziecko. Nie chce mi się bez
niego życ. Nie potrafię. Nie mam celu. Kocham go ponad życie.
Dlaczego tak się dzieje? .....