moonlight243
26.12.11, 23:47
Czemu jeżeli rodzice dają dziecku klapsa, albo stosują inne (brutalniejsze) kary fizyczne względem niego, to oczywiście większość mówi to, że państwo nie powinno ingerować we władzę rodzicielską, że państwo nie może mówić rodzicom jak mają wychowywać własne dziecko itp. Wszystko by się zgadzało, żeby to działało w drugą stronę. Dlaczego zatem jednocześnie wielu osobom (często tym samym, którzy tak bardzo bronią rodziców bijących własne dzieci w celach wychowawczych), nie podoba się, że 15-17 latek w nocy bawi się na dyskotece? Czemu zatem rodzice w jednych sprawach korzystają z władzy wychowawczej (lanie dziecka) a w innych nie (jeżeli pozwalają mu na coś, na co wszechwładne, upierdliwe społeczeństwo, stojące ponad oficjalnym prawem nie zezwala). Żadna ustawa nie uzależnia od osiągnięcia pełnoletności akurat wyjścia z domu w zależności od tego, czy świeci słoneczko czy księżyc. Zatem dlaczego rodzic, który ma zaufanie do własnego dziecka (i chce żeby ono miało do niego), nie może w ramach przysługującej mu władzy rodzicielskiej, pozwolić własnemu dziecku na wyjście z domu także w nocy? Może właśnie akurat w ten sposób chce go nauczyć odpowiedzialności za własne czyny i dać mu szansę taką odpowiedzialnością się wykazać? Bo nastolatek by wiedział, że jeżeli się schla i zdemoluje lokal przez ładne kilka latek będzie musiał meldować się w domu np. o 19. Sądzę zatem, że społeczeństwo zezwalając rodzicowi na represyjne traktowanie dziecka (np. bicie), a sprzeciwstawiając się liberalnemu (np. zabawa na dyskotece), tak naprawdę wcale nie broni władzy rodzicielskiej samej w sobie, tylko w ukryty sposób chce narzucić rodzicom jej określony model. Bo w gruncie rzeczy, żadne z zachowań, które społeczeństwo uzaleznia od dorosłości, ma z nią cokolwiek lub wiele wspólnego. Różnicuje co najwyżej małe dzieci od dorosłych. Takie sprawy jak seks, picie alkoholu, zabawa w nocy na dyskotece itp. służą jedynie utrzymaniu społecznej hierarchii, w której to dorośli mogą wszystko zrobić, a nieletni nic lub nie wiele. Za jedne zachowania wini się przede wszystkim rodziców (np. przebywanie nieletnich poza domem w nocy), za inne przede wszystkim samych nastolatków ( np. seks przed 18-stką). Jedno natomiast pozostaje niezmienne. Dorosły sam decyduje a własnym życiu, nie ocenia się jego perwersyjnych (często) zachowań seksualnych, bo dorośli się wzajemnie szanują i traktują siebie na równi. Każdy dorosły przecież podświadomie zdaje sobie sprawę, że teraz on naruszy prywatność innej osoby (równej sobie), a innym razem to druga osoba zajmie się jego moralnością. Jednak w przypadku traktowania niepełnoletnich zasada wzajemnego szacunku nie obowiązuje. To dziecko ma szanować dorosłego, ale dorosły już nie musi szanować nieletniego. Dlatego jeżeli nieletni robi coś, co społeczenstwo rezerwuje wyłącznie dla dorosłych, społeczeństwo się zawsze przypieprza. On sam spotyka się z chamstwem, prymitywnym poniżaniem go, jego rodzice natomiast z oskarżeniem o rzekome zaniedbywanie własnego dziecka, mimo, że nikomu nie stała się krzywda, poza oczywiście pełnej buty, arogancji i skrajnej megalomanii dorosłej części społeczeństwa, emocjonalnie cierpiącej z tego powodu, że nieletni w ogóle śmiał zrobić coś do czego tylko dorosły człowiek miał prawo. I jeszcze ta podwójna moralność. Na forach w internecie pełno jest postów o wyuzdanych formach zaspokojenia popędu seksualnego, o przeróżnych sposobach tortur w czasie BDSM. Jak jakiś news dotyczy seksu w miejscu publicznym, każdy z internautów rozpisuje się w jakich to przeróżnych dziwnych miejscach uprawiał seks (ławka w parku, pociag, autobus itp.). Oczywiście nikt nikogo nie krytykuje, ani za przyznawanie się do perwersji ani do seksu w miejscu publicznym. Bo piszą dorośli do dorosłych. Ale jeżeli pojawia się artykuł o tym jak to uczeń uprawiał seks w szkolnej toalecie wszyscy nagle się umoralniają. Nikt już nie rozczula się wspomnieniami o własnym seksie pod krzaczkiem w parku. Każdy zamienia się w surowego recenzenta. Wszyscy narzekają jakie to obecne pokoleje jest moralnie zepsute, a jego było takie wspaniałe. Tylko co ma być tym kryterium oceny, czy jakieś zachowanie się napiętnuje, a jakieś akceptuje, a przynajmniej nie osądza? Pełnoletność? Czy to miałoby oznaczać, że jeżeli 17-latek uprawia seks w miejscu publicznym to jest zdegenerowany moralnie, a jeżeli robi to samo kilka miesięcy później, gdy właśnie skonczy 18 lat, to już wszystko jest ok? Jak można być aż tak zakłamanym i krytykować rzeczy, które się samemu robi? Tylko z tą różnicą, że się dostaje amnezji, jeżeli sprawa dotyczy nieletnich, a się przypomina o nich, gdy temat dotyczy dorosłych.
Następna kwestia. Nie można utozsamiać praw dziecka z ochroną. Prawo to możliwość postępowania w określony sposób. Ochrona to, zagwarantowanie drugiej osobie bezpieczeństwa. I zawsze te pojęcia powinno się definiować w ten sam sposób. Dodatkowo gwarantem praw zawsze musi być państwo, a nie ktoś inny (np. rodzic). W ciągu życia jedynie proporcje między nimi się wyrównują. W pierwszch latach zycia dziecko powinno mieć zagwarantowaną wyłącznie ochronę, następnie powinno uzyskiwac coraz więcej praw, aż do dojścia do sytuacji, w której o wszystkim sam decyduje, a ochrona obejmuje go jedynie wówczas, gdy jest ofiarą przestępstwa. Ci natomiast, którzy tak głośno mówią prawach dziecka, w rzeczywistości chcą mu przyznać tylko jedno dodatkowe prawo-nietykalności cielesnej, co oznacza, że dziecko tak naprawdę jest dalej pozbawione ze strony państwa jakichkolwiek praw, bo prawa mogliby mu zagwarantować jedynie rodzice, i to w zależności od swego uznania. Zatem dziecko dalej pozostaje przedmiotem. Czasami jest przedmiotem, o które się troszczy, głaszcze i przytula; czasami przedmiotem, które można uderzyć, rzekomo dla jego dobra. Ale zawsze to rodzic ma decydować o jego życiu. Wg. tej lepszej, rzekomo tak postępowej teorii, kontrola rodzica nad dzieckiem dokonuje się nie przez bicie go, tylko przez wyznaczenie tu tzw. granic wolności. Czy rzeczywiście ma przez to wpływ na to co robi dziecko? Oczywiście, że nie. Dlatego tak naprawdę model całkowitej zależności dziecka od rodzica i wyalienowanie go od państwa nie uczy dziecka jak być lepszym człowiekiem, tylko jak być lepszym oszustem (np. jak znaleźć sklep, w którym sprzedadzą mu alkohol, jak dobrać dogodny czas, kiedy to już skończyło się lekcje, a rodzice jeszcze nie wrócili z pracy, żeby móc uprawiać seks z koleżanką itp.). Obwinia się często nastolatków o gó...arskie zachowania. Ludzie śmieją się z 15-latka, który czuje się dorosły, bo wypił jedno piwo. Ale kto mu wskazał, że picie piwa ma związek z dorosłością? On sam? Nie. Właśnie dorośli, którzy wymagają od niego absurdu, jakim jest pełna abstynencja przed 18-stką. Bo skoro dzieciak widzi, że pijąc tak dorosły napój jakim jest piwo, nie dzieje się mu się żadna krzywda, to znaczy, że w jego mniemaniu pijąc piwo stał się dorosły. Dlatego tak naprawdę współczesna kultura (kultura ludzi dorosłych) nie tylko nie ułatwia, ale wręcz nie pozwala nastolatkom dojrzeć. Bo niezależnie jaki się osiągnie poziom intelektualny czy moralny, to i tak prawa są z góry ustalone i nie uzyska się nowych, a tak naprawdę możliwość awansu w przypadku osób niepełnoletnich jest żadna. Bo co jest w stanie uzyskać nawet wybitnie zdolny uczeń np. z fizyki? Najwyżej możliwość dostania się na studia bez konieczności zdawania matury z fizyki i na tym koniec. Nie prowadziłby przecież badań naukowych, nie mógłby formułować własnych teorii fizycznych itp., chociaż w minionych wiekach zdarzali się wybitni naukowcy, którzy formułowali swoje największe dla ówczesnej nauki teorie w wieku nastoletnim.