feminasapiens
20.04.05, 13:46
Witajcie, Mamuśki.
Jestem mamą dwóch synów, 10- i 7-letniego. Problem dotyczy właściwie tego
starszego.
Mieszkamy w bloku. Na piętrze sąsiadujemy tylko z jedną rodziną. Mają trójkę
dzieci w wieku naszych. Ich syn jest w wieku naszego, znają się prawie od
urodzenia, chodzili razem do przedszkola, teraz do jednej klasy.
Nasze rodziny są zaprzyjaźnione z racji zamieszkania. Dodam że mój młodszy
syn jest w analogicznej sytuacji, tzn. chodzi do klasy z ich córką (ale jego
problem nie dotyczy).
Sprawa jest takiej natury: mimo że chłopaki chodzą ze sobą do jednej klasy i
są kolegami, to ze strony mojego syna nie ma chęci przyjaźni z tym chłopcem.
Dla niego jest tylko kolegą z klasy i sąsiadem. Nie czuje chęci bliższej z
nim przyjaźni, a tamten niestety tak. Traktuje mojego syna z wielką atencją i
widać że mu bardzo zależy. Przychodzi do nas bardzo często, prawie codziennie
i chce się z nim bawić. Wiele razy daliśmy mu do zrozumienia że jego częste
wizyty nie są mile widziane, ale on tego nie rozumie. Widać że chęć
przebywania u nas jest tak przemożna, że nie potrafi tego opanować. Jego mama
próbuje mu to tłumaczyć (sytuacja trwa już latami), ale było wiele takich
sytuacji, że on nawet płakał, że mój nie chce z nim się bawić.
Chciałabym być dobrze zrozumiana: to nie o to chodzi że mój syn go nie lubi,
bo jest wporzo chłopaczkiem, ale ZA CZĘSTO. Gdyby mieli się spotkać raz na
tydzień na piłkę czy jakieś inne zajęcia - to okej, podejrzewam, że byłoby to
nawet oczekiwane spotkanie. Ale nie CIĄGLE.
Mnie to też trochę męczy bo on (albo inny członek tej 5-osobowej rodziny)
przychodzi do nas czasem i kilka razy dziennie. My ich też lubimy, rozumiem,
że są to ludzie, którzy potrzebują tak częstych kontaktów, ale nasza rodzina
jest trochę inna. My też lubimy się spotykać ze znajomymi, ale bardzo cenimy
sobie prywatność domowych pieleszy.
Wczoraj odwiedzili nas chyba z pięc razy, a to ona, a to on i tak w kółko.
Doszło do tego, że jak nikt od nich nie zajrzy do nas ani na chwilę w ciągu
dnia to staję się zaniepokojona: wyjechali?, może się obrazili?
Czasem z ulgą przyjmuję wiadomość że gdzieś wyjeżdżają, bo przynajmniej od
nich odpoczniemy.
Dodam, że tak w ogóle to układy są między nami bardzo dobre.
Odbieramy/zaprowadzamy wzajemnie nasze dzieci do szkoły, spotykamy się
towarzysko od czasu do czasu itp.
Ja z mężem jakoś sobie z tym radzimy (asertywność!), ale problem jest ze
starszym synem. Czasem jak kolega/sąsiad przychodzi to on patrzy na mnie
błagalnym wzrokiem żebym coś wymyśliła, że on nie ma czasu, albo coś w tym
rodzaju.
Dziś znów ten kolega zaprosił go na kibicowanie. On - odmówił, a ja
przekazałam im tę wiadomość (bardzo grzecznie i taktownie podziękowałam za
propozycję/zaproszenie). Tak sobie myślę czy dobrze robię, może to
niegrzecznie tak kogoś odrzucać. Może powinnam poradzić synowi żeby się
zmuszał do tych codziennych spotkań. Może to niegrzecznie odmawiać?
Ale sądzę, że on powinien zakumać, w końcu.
Zaczynam się zastanwiać czy ta fascynacja nie ma podłoża w seksualności tego
chłopca.
Męczy mnie ta sprawa. Z jednej strony nie chcę urazić czyichś uczuć, a z
drugiej nie chcę żeby ktoś zniewalał mnie/mojego syna swoją namolnością.
Mamy przerąbane bo oni są tak blisko.
Co o tym sądzicie?