a_weasley
27.04.06, 13:59
Jeśli tu było już o tym, to proszę o link. Szukałem, nie znalazłem, możem źle
szukał. Znalazłem, i owszem, rozmowę o dzieciach nadaktywnych, nachalnie
absorbujących gości sobą. A ja trochę o czym innym.
Sytuacja modelowa, z życia wzięta: Przejazdem będąc w K., odwiedziliśmy
ĸrewną, pierwszą kuzynkę żony. Żona bywała w tym domu od czasu do czasu, ja
Beatę i jej męża poznałem na weselu (zeszły rok) i odtąd się nie widzieliśmy.
Mają dwoje dzieci, podstawówka, tych dzieci ja dopotąd nie znałem.
Ja wiedziałem w dzieciństwie, było to oczywiste, że w takiej sytuacji trzeba
wyjść do przedpokoju, poczekać, aż dorośli się przywitają między sobą, a gdy
przybysz zwróci na mnie uwagę, powiedzieć wyraźnie "Jestem Arthur Weasley", a
dalej jak tam - zapewne pobyć trochę przy gościach, raczej słuchając rozmowy
niż w niej uczestnicząc, a jak każą iść do siebie, to iść.
Ewentualnie wyobrażałbym sobie, że Beata powie "Arturze, to są moje dzieci,
Mścisław i Hildegarda, dzieci, to jest wujek Artur".
W praktyce zaś było tak, że otworzyła nam drzwi Beata, w tle wyłonił się
Piotr. Dzieci wyjrzały do przedpokoju i znikły. Kiedy wychodziliśmy, żegnali
nas tylko B&P... Jakoś mi się to dziwne wydaje. Czy jestem staroświecki?