apocalipsaa
15.09.06, 13:07
Byłam w tygodniu z córeczką, dwuletnią na placu zabaw. Mała chodzi tam od
wiosny, więc plac i wszystkie urządzenia zna bardzo dobrze i świetnie daje
sobie sama na nich radę, ja tylko stoję z boku i na wszelki wypadek asekuruję.
Ostatnio na tym właśnie placu była spora grupka dzieci, więc poszłyśmy na
najmiej obleganą ślizgawkę. Niuńka była na górze, gotowa do zjechania gdy
wbiegło dwóch chłopców (6 lat) i jeden wepchnął się przed nią trącając ją
biodrem, aż upadła i mało nie zleciała z wysokości około 120 cm. Dziecko w
ryk, więc raz dwa ją zabrałam i jedyne co zdałam powiedzieć do tego chłopca
to żeby uważał bo nie jest sam na placu.
Wracając do domu spotkałam koleżankę i okazało się, że te dzieci na placu
zabaw, plac znajduje się w parku, są z jednego z pobliskich przedszkoli. A
pani przedszkolanka to ta, która siedziała 10 metrów od nich na ławce paląc
papierosy. A ta pani przychodzi z nimi tu "bo na przedszkolnym placu już im
się nudzi, a tutaj to chociaż się wyszaleją".
Kolejnego dnia znów poszłyśmy na plac i znów te dzieci, tym razem dwie grupy
i dwie panie na ławce oddalonej od placu. Dzieci skaczą, szturchają się,
biją, zrzucają z huśtawek. Panie zero reakcji. Ledwie weszłyśmy jakaś
dziewczynka uparła się, że pomoże 'dzidzi' i złapała moją córkę za ręke i
przewróciła. Krzykłam do niej tylko, żeby ją zostawiła bo dzidzi samo potrafi
chodzić i znów wyszłam z placu.
Dziewczyny pomóżcie co zrobić? Czy ja się czepiam, może to naturalne że
przedszkola korzystają, ze wszystkich placów zabaw w okolicy i dzieci muszą
się wyszaleć, ale co z opieką? Nie wiem czy porozmawiać z przedszkolankami
(pierwszą sytuację widziała jedna z nich) czy znaleźć inny plac? A może
zgłosić do dyrekcji, że panie przedszkolanki pozwalają dzieciom na aż tak
swobodną zabawę?