robicoturobi
25.12.07, 21:54
Wpadłem na to forum, bo szukam odpowiedzi na to samo pytanie, podobnie zresztą jak większość, co tu zajrzała. Po ilości tu już przeczytanych postów tracę nadzieję, że mój problem da się jakoś rozwiązać i może lepiej byłoby pójść na wódkę z kolegą niż tu się wypisywać. Ale wiem też jak to jest - kac mija a problem zostaje. Nie narzekam na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej, w wielu przypadkach muszę sobie odmawiać...(ale sobie posłodziłem). A jednak moja J. nie ma ochoty na seks. Jesteśmy już razem ponad 5 lat. I jak to bywa na początku, człowiek dosłownie jest w wniebowzięty, a potem delikatnie opada lub na leb na szyję leci.
Dokładnie od roku nasz związek stal się taki za bardzo przyjacielski, zbyt wpóllokatorski jak to juz ktoś trafnie nazwał. Wspólne mieszkanie, przyrządzanie posiłków, oglądanie filmów, sprawia nam ogomną radość. Nie kłócimy się i mamy podobne widzenie świata. Jeśli miałbym wyobrazić sobie związek z kobietą to właśnie tak. Ona zresztą też. A jednak do szczęścia brakuje nam jeszcze tego tej namiętności. Jedynej (rzeczy), którą chciałbym dostać pod choinkę.
Mówicie, że rozmowa jest szalenie ważna. Tak też myślę. Udało mi się nawet J. przekonać do szczerej rozmowy, bo to ja jestem tym inicjującym. Ale źródła problemu i co najważniejsze rozwiązania dalej nie znajdujemy. Nie sądzimy również by rozmowa z seksuologiem coś nam by pomogła. Może to źle dobrane temperamenty, może to przedłożenie logiki nad instynktem. Może to komfort i bezpieczeństwo trzyma nas ze sobą. Czasem myślę sobie, że jak tego nie ma to po prostu nie ma i tyle i choćby samego Freuda o pomoc prosić to nic z tego nie będzie. Tyle ze kiedyś był, a teraz go nie ma – i to mnie dezorientuje. Ktoś powiedział, że nie ma namiętności bez miłości... Ona w nas jest tylko taka jakaś inna właśnie, taka nieerotyczna. Nie pomagają moje sztuczki typu; romantyczna kolacja, wspólna kąpiel, masaż, pachnące olejki etc. Seksu jak nie było tak nie ma. Gdzieś nam erotyzm wywiało. W rozmowach z nią pytam; Czy to ja jestem przyczyną? Ona sama nie wie. Mówi żę zbyt bardzo musi się przy tym skupiać i dlatego jej się niechce. Wygląda na to że dla niej to ciężki wysiłek, a przecież gdyby było częściej to i latwiej. Czyżby nadszedł czas na zmianę partnerów? Czy rzeczywiście mamy sobie znaleźć kochanków? Nie sądze, bo zbyt jesteśmy dla siebie uczciwi i zbyt bardzo oboje się sznujemy. Więc co robić? Walczyć, trwać w nadziei czy po prostu odejść. Wiem, jaka tkwi sila w popędzie seksualnym i wiem jak potrafi frustrować jego brak. Nie chcę iść na łatwiznę, ale nie chcę też poświęcać się dla idei której nie rozumiem. Myślę też, że jeśli będziemy sobie tego odmawiać to w końcu zgorzkniejemy i zwiędniemy. Wierzę w człowieka, i wiem tez że, jeśli się chce i jeśli się kocha to góry można przenosić, ale czy można walczyć z naturą…?