ech..
własnie jestem po telefonie na moją "ulubioną" karową (ale do ambulatorium, nie do szpitala), gdzie jestem zmuszona raz na jakiś czas stawiać się na patologii ciąży u jednej pani doktor.
babka w ogole wyprowadza mnie z równowagi swoim chamstwem i sposobem, w jaki traktuje pacjentki - ale nad tym postaram się już tu nie rozwodzić.
problem obecnie jest taki: powiedziała mi własnie przez telefon, że z posiewu wyszło, że mam jakieś stadium przedgrzybiczne, czyli wg mnie jakąś "początkującą" grzybicę

rzuciła mi w słuchawkę, że "to się leczy", że jak mogę sobie "załatwić receptę"(!!!) to żebym to zrobiła i gdzieś na boku rzuciła jeszcze jakieś nazwy leków przeciwgrzybicznych... po czym nie racząc ich nawet powtórzyć, kulturalnie rzuciła słuchawką.
no i co..? :] mam w domu jakieś leki z wcześniejszych tego typu kuracji: Gynalgin i Betadine.. ale nawet już bez opakowań, więc nie pamiętam dokładnie jak tego stosować (oprocz tego, że dopochwowo, ale to truizm

. wyczytałam coś, że większość bierze clotrimazol - ale to chyba na receptę, prawda?
wizytę u swojego gina mam dopiero na początku stycznia i sama juz nie wiem.. czekać czy nie czekać...
pamiętam, że kiedyś mi ktoś mówił, że drobnych zapaleń się w ciąży nie leczy, że lepiej poczekać i zająć się tym już po rozwiązaniu (termin mam na 25sty, więc niedlugo już). Ale już przywykłam, że wiele się słyszy, a prawda może być inna

któraś z was ma może jakąś rzetelną wiedzę na ten temat?
z gory dzięki...