manna_mamma
14.03.14, 12:43
Dziewczyny, bardzo rzadko zabieram głos na forum, jeżeli już, to nie tu, ale po prostu muszę dziś w Was napisać. Ten post będzie trochę jak donos, ale już nie mogę wytrzymać, bo sama mam córeczkę w wieku 3,5 lat chodzącą do przedszkola. Otóż mieszkam od niedawna obok Jagódki w Ząbkach. Pracuję w domu, zdalnie. Jak tylko otworzę okno albo wyjdę na balkon, który zresztą nie wychodzi bezpośrednio na przedszkole, a dzieci są na dworze, to cała okolica aż huczy od krzyków pani przedszkolanki na ich placyku zabaw. Moje dziecko chodzi do innego przedszkola, ale jak sobie pomyślę, że jej czas na placyku miałby tak upływać, to włos mi się jeży na głowie. Pani krzyczy jak kapral musztrujący rekrutów, ciągle karze poszczególnym dzieciom siadać (chyba za karę, ale za co???), generalnie wydziera się. Ktoś mógłby sobie pomyśleć: no tak, sama na placyku, tyle dzieci, ale poprzednio mieszkaliśmy tuż obok przedszkola mojego dziecka i jak wychodzili na dwór nigdy nie było takiego darcia się, nie było nigdy takiej atmosfery!!! Dla mnie zachowanie tej pani jest okropne. Jest tak znerwicowana, że powinna leżeć w sanatorium, a nie opiekować się dziećmi! Gdybym miała tam dziecko, raczej bym interweniowała, po upewnieniu się osobiście (a niech i zza płotu!) że jest tak, a nie inaczej. Cieszę się, że mimo przeprowadzki nie przeniosłam córki, choć to przedszkole jest najbliżej nas jak się da.