prpa
15.09.09, 14:42
okres wakacji byl dla mnie mocnym zaglebianiem sie w chorobe. Jeszcze tak zle
nie bylo jak w ciagu ostatnich 3 miesiecy. I stalo sie cos
nieoczekiwanego-tydzien temu wyjechalam nad morze i...jadlam(!). Fakt, ze nie
bylo to "normalne" jedzenie (sniadanie,obiad,kolacja) a cos w rodzaju
zapelniania zoladka w celu unikniecia omdlenia, a bylo z tym u mnie naprawde
krucho-ciagle zawroty glowy, za niskie cisnienie. Jadlam tylko po to, aby nie
zepsuc wyjazdu padnieciem na srodku ulicy i zeby miec sile wtac z lozka.
Najgorsze bylo to, ze gdy przestawalo mi sie krecic w glowie to czulam sie
strasznie. Tak jakbym wiedziala ze za duzo jem skoro czuje sie lepiej...
Chlopak cieszyl sie, ze jem a ja tylko marzylam zeby wrocic do domu i znowu
moc nie jesc i zgubic to co przytylam nad morzem (a czulam, ze rosne w oczach,
a ten brzuch...). Mija drugi dzien i ja znowu nie jem nic procz bulki na
sniadanie, jak to bylo przed wyjazdem. A najgorsze jest to, ze ja sie tak
strasznie z tego ciesze... Zauwazylam, tez ze zamiast martwic sie tym, ze
lekarz mnie warzy i widzi, ze chudne to ja jestem dumna, ze mu pokazuje jaka
jestem silna. Chyba bym przestala calkiem jesc, gdyby podczas wazenia okazalo
sie, ze przytylam... Wiem, ze glupio brzmi co mowie, ale tak czuje, zdaje
sobie sprawe z irracjonalnosci mojego postepowania, ale nie wiem czy w ogole
umiem inaczej...