Powoli ale coraz bardziej mam dość życia...nie nie zabiję
sie ...jeszcze nie.Nie szukam współczucia czy pomocy,chociaz
przydałby sie jakis "anioł" który podsunął by dobre rozwiązanie.
Pracuję po 10-11 czasem 12 godzin codziennie.Nie wiem na czym
stoję ,nie wiem czy mnie zostawi czy wyleje,a dla niej duzo nie
trzeba.Mąż pracuje...jeszcze...jak długo nie wiem.Zwalniają po kilka
osób dziennie,powód rózny,brak pracy lub ktos sie nie
nadaje.Nieoficjalnie słychać ze firma pada.Zimno mi jak diabli,cały
dzień leje,wyszłam z domu oddac klucze od sklepu,wróciłam w tonących
butach.Patrzę na nie i chce mi sie wyc ,wiem ze potrzebne są
inne.Mąż chciał napalic w piecu ,okazało sie ze rury przepalone.Więc
wzielismy ostatnie pieniądze i kupilismy co trzeba.Wrócilismy ,mąż
ściaga buty ,nogi całe mokre,a w ogóle poszedł w bluzie bo nie ma
ciepłej kurtki.Wiemy ze trzeba kupić.Chcemy palic w piecu...nie ma
czym...pożyczyłabym grzejnik ,ale 2 ego odłacza nam prąd.Wiecie
poszłam w miasto i tak sobie pomyslałam .Co jest ,co sie
dzieje,tłumy ludzi usmiechnietych ,kupuja bombki,choinki inne
rzeczy,ciesza sie na imprezke ,w końcu andrzejki.Wiekszość zyje juz
swietami.A ja co?mysle o butach kurtce,węglu,żarciu ,pracy itd.Nic
przyjemnego,same kłopoty z których nie wiem jak wybrnąć.Za miesiac
swieta i szykuja sie cudowne,w ciepłym domku z dobrym
jedzonkiem ,prezentami dla dzieci....piękny sen....Kilka ostatnich
miesiecy jest dla mnie straszne.Mało chwil szczęśliwcyh ,chociaż
zdarzały sie .Chciałabym pogadac z kims bliskim ,ale jestem sama,nie
mam nikogo zaufanego komu mogłabym sie wypłakac .Nie myslcie ,ze
jestem słaba,jestem silna,ale zdaję sobie sprawe ze wszystko ma
swoje granice.Ciągle zwracam,puszcza mi sie krew z nosa,jestem
zmęczona i znerwicowana.Codziennie kiedy wstaje zadaje sobie
pytanie"kto mi dzisiaj da kolejnego kopa?"Gdzieś po drodze sie
pogubilismy i brnelismy w to bagno,z którego nie wiemy jak
wyjść.Ciut jakby mi ulzyło,bo chociaż chaotycznie ,ale wyrzuciłam to
z siebie...Poprostu chciałam pogadać