Dodaj do ulubionych

Funny Nile - moje wspomnienia

22.01.06, 11:44
Witam wszytkich Egiptomaniakow:)
przeczytalam na tym forum mnostwo fantastycznych wspomnien i praktycznych
porad, ktore znacznie ulatwily mi moje przygotowania do wycieczki,
postanowilam zatem teraz odwdzieczyc sie i wrzucic tu garsc moich wspomnien.
Od mojej wyprawy minelo juz troche czasu (bylam w listopadzie), ale teraz
dopiero zdazylam juz czesc wspomnien spisac- mam nadzieje w sam raz na pogode
za oknem;)

biuro:SUN & Fun
wycieczka Funny Nile 27.10-10-11
kupiona od Ewy z Camel Travel- jedni ja tu lubia inni nie, a ja serdecznie
pozdrawiam:)
bylo troche klopotow z biurem, ale nei chcialam o tym pisac-w koncu czlowiek
pameita tylko dobre rzeczy;)

pozdrawiam
bergamotka
Obserwuj wątek
    • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:45
      29.10
      Luksor, zakwaterowanie na statek

      Wstajemy raniutko, a właściwie jeszcze w nocy. Budzimy się dzięki dzwonkowi w
      komórce. Jakoś nie wierzyłam w to egipskie budzenie, które mieliśmy zamówione,
      i jak się okazało, bardzo słusznie. Dzwonili do nas, a i owszem, ale ...
      telefon miał wyłączony (lub zepsuty) dzwonek! Grunt, że punktualnie stawiamy
      się na miejsce zbiórki. Jestem trochę nieprzytomna, ale tylko przez chwilę;
      emocje robią swoje. Wydaje mi się, że przez całą noc śniły mi się zabytki,
      które już dziś mamy zobaczyć. Czyżbym miała prorocze sny?

      Krążymy jeszcze trochę po Hurgadzie, zbierając pozostałych uczestników naszego
      rejsu. Okazuje się, że będziemy mieli kameralną 12. osobową grupę warszawsko –
      śląsko – australijską. My oraz jeszcze jedno małżeństwo jesteśmy najmłodsi.
      Docieramy do miejsca, skąd wyrusza konwój. Zawsze wyobrażałam sobie, że w
      czasie konwoju wszędzie otaczać nas będzie policja – z przodu, z tyłu, z boku –
      na trasie. Tymczasem jest jej zdecydowanie mniej, niż myślałam. Jedziemy w
      kilkanaście autokarów dosyć rozstrzelonym konwojem; chwilami nie widzimy przed
      sobą ani za sobą żadnych innych pojazdów. Nasza przewodniczka podczas rejsu,
      Agnieszka, Polka od 8 lat mieszkająca w Kairze, zdradza nam, że obecnie konwoje
      wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Są utrzymywane przez biura turystyczne i
      ich głównym celem nie jest już zapewnienie nam bezpieczeństwa (Aga twierdzi, że
      i tak jest bezpiecznie), lecz zapewnienie szybkiego i bezproblemowego
      transportu turystów. To fakt, w czasie konwojów tamowany jest całkowicie ruch
      drogowy, a znając zwyczaje tutejszych kierowców (my tak naprawdę dopiero je
      poznamy), założę się, że normalnie przebycie tej trasy zabrałoby nam
      zdecydowanie więcej czasu.
      Znaczną część drogi przebywamy pośród skalistych wzgórz. Tak wygląda pustynia w
      Egipcie, choć większości pewnie słowo „pustynia” kojarzy się z ogromnymi
      połaciami miękkiego i drobnego piasku. Droga jest kręta i raz po raz zanurzamy
      się w kolejne zakamarki otaczających nas wzgórz. Wkrótce krajobraz zmienia się
      i mijamy mniejsze i większe miejscowości. Mój pierwszy szok po obejrzeniu
      Hurgady i wiecznego placu budowy w jej okolicach, tutaj zdecydowanie się
      powiększa. Widzę wyższe i niższe zabudowania, które lata świetności dawno mają
      już za sobą, a tak naprawdę chyba nigdy nie zostaną dokończone (czyli jak się
      okazuje tu w Egipcie mają trochę więcej niedokończonych rzeczy niż tylko
      obelisk;). Niczym flagi łopoczą na wietrze ręczniki, chusty i inne elementy
      garderoby – jest to jak dla mnie jedyny ślad tego, że budynki są zamieszkałe. Z
      autokaru widzimy też ich mieszkańców – bardzo biednych ludzi, starych i
      młodych, i malutkie jeszcze dzieci. Faceci w długich sukmanach – galabijach –
      „gnają” na osiołkach po brudnych ulicach, inni siedzą przed domami i wpatrują
      się na przejeżdżające autokary. Myślę sobie, że my jesteśmy dla nich taką samą
      atrakcją, jaką oni dla nas.. Na murach gdzieniegdzie widnieją zakurzone i
      odrapane reklamy Pepsi – jak się okazuje, to rzeczywiście marka globalnaJ.
      Obserwując te widoki zdaję sobie sprawę, że właśnie zaczyna się prawdziwy
      Egipt, nie mający nic wspólnego z jarmarcznością Hurgady. Miejscowości
      wypoczynkowe są zamkniętymi enklawami, rządzące się swoimi własnymi prawami
      wynikającymi z upodobań i przyzwyczajeń turystów, dlatego po stokroć warto
      wybrać się choćby na jedną wycieczkę, by naprawdę poczuć, dotknąć, zobaczyć
      kawałek kraju, który trzy tysiące lat temu był światową potęgą, a dziś zdaje
      się funkcjonować jedynie dzięki swej historii...
      Wkrótce docieramy do Luksoru. Dopada nas miejski zamęt i ruch uliczny, ale w
      mojej głowie zamęt jest chyba większy – niebawem moim oczom ukażą się jedne z
      najsłynniejszych zabytków na świecie!
      Przystanek pierwszy – Karnak. Największy zespół świątynny w Egipcie, budowany,
      rozbudowywany i przebudowywany przez stulecia. Co bardziej leniwi faraonowie
      nie stawiali świątyń od podstaw, ale korzystali z dorobku swoich poprzedników -
      albo burzyli ich świątynie i z pozostałych skalnych bloków stawiali nowe,
      jeszcze okazalsze i wspanialsze, albo zwyczajnie zacierali napisy i wizerunki
      przodków, naprędce wykuwając swoje. Nie robili sobie wiele z dorobku swoich
      przodków, koncentrując się na tym, aby to właśnie oni byli zapamiętani
      najlepiej i pozostawili po sobie największy dorobek architektoniczny.

      • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:45
        Na zwiedzanie jestem przygotowana – cała posmarowana wysokim filtrem i z
        koszulą z długim rękawem. Okazuje się jednak, że niepotrzebnie, ponieważ w
        listopadzie nie ma już tu tak dużych upałów, czyniąc jesień idealnym okresem na
        zwiedzanie – nie za gorąco, a jednocześnie przyjemnie ciepło i sucho (człowiek
        praktycznie się nie poci). Możemy zatem dowoli ładować baterie – energii
        dostarcza zarówno słońce, jak i znajdujące się wokół nas kamienne skały z
        wyrytą historią najstarszej tak rozwiniętej cywilizacji.
        Karnak wita nas aleją dumnych sfinksów z głowami barana prowadzących do
        zniszczonego już pylonu. W przewodnikach można wyczytać, że pierwotnie aleja
        sfinksów prowadziła do świątyni luksorskiej przez całe miasto, Aga twierdzi
        jednak, że to nieprawda i że nigdy obie świątynie nie były połączone.
        W Karnaku po raz pierwszy poznamy klasyczny dla wycieczek i niestety niezbyt
        fortunny dla turystów sposób zwiedzania – najpierw przewodnik oprowadza nas po
        całym terenie, opowiadając o jego historii (słowo „oprowadza” chyba jednak nie
        jest najwłaściwsze, bardziej trafne jest „przepędza przez zabytki”), a na
        koniec daje nam kilka- kilkanaście minut na robienie zdjęć. W Karnaku
        popełniliśmy błąd stosując się do tej zasady, przez co nie było wystarczająco
        czasu aby spokojnie pospacerować po świątyni i zrobić wystarczającą ilość
        zdjęć.
        Zwiedzamy tylko część z całego obszaru Karnaku, ze względu na trwające prace
        remontowo – wykopaliskowe. Dźwig, który fotografujemy na tle ruin świątyni,
        wygląda tutaj trochę kosmicznie. Na mnie ogromne wrażenie robią monumentalne
        kolumny w sali hipostylowej. Najbardziej jednak nie mogę doczekać się momentu,
        gdy zobaczę święte jezioro. To tutaj właśnie, wg powieści Pauline Gedge, po raz
        pierwszy spotkali się Haszepsut i Senenmut, przyszły najwyższy dostojnik i
        domniemany kochanek jedynej kobiety, która została faraonem. Jeszcze jako mała
        dziewczynka wskoczyła do jeziora chcąc się utopić, skąd wyłowił ją ówczesny
        młodziutki kapłan. Widok jeziora niestety mnie rozczarowuje – jest małe i
        kwadratowe; wyobrażałam je sobie zupełnie inaczej. Ale za to w pobliżu jeziora
        znajduje się posąg skarabeusza – skwapliwie obchodzimy go siedem razy, tak jak
        większość turystów, w poszukiwaniu szczęścia… A może nasze szczęście
        znaleźliśmy właśnie tu, mogąc tu być i oglądać to wszystko?
        Wracając do Hatszepsut i jej historii – w Karnaku dumnie prezentuje się obelisk
        ku jej czci, który jak strzała pnie się do góry, jakby chciał dotknąć nieba.
        Obelisk jest dwukolorowy – do połowy ma wyraźnie inny odcień. Okazuje się, że
        następcy królowej usunęli ślady jej panowania obawiając się zapewne innych
        odważnych kobiet, chcących sięgnąć po najwyższą władzę w państwie. Na obelisku
        nie mogli usunąć wszystkiego, więc jego dolną część po prostu zakopali i stąd
        teraz ta różnica w zabarwieniu.
        Chwilę potem podziwiamy posągi Ramzesa II, wielkiego wojownika i budowniczego,
        ze skrzyżowanymi rękami na piersiach oznaczającymi chwałę i zwycięstwo.
        W całym kompleksie świątynnym co rusz natykamy się na Araba zachęcającego nas
        do zrobienia sobie z nim zdjęcia. Oczywiście nic za darmo. Oglądając czasem w
        albumach czy przewodnikach fotografie z Karnaku gdzie Arab stuka dłutem w
        kamienną tablicę, ma się wrażenie że cofnęliśmy się o kilka wieków. To jednak
        jak najbardziej współczesny mieszkaniec Luksoru, który o rzeźbieniu w skale ma
        niewielkie pojęcie, zna się natomiast doskonale na różnych metodach wzbogacania
        się na turystach. Choć tak naprawdę słowo „wzbogacanie” nie jest adekwatnym do
        ich sytuacji, oni po prostu zarabiają na chleb. Przy czym większość
        współczesnych Egipcjan nie utożsamia się w ogóle ze starożytną historią swojego
        kraju, czasem nawet nie posiadając elementarnej wiedzy w tym zakresie… Cóż,
        może nie powinniśmy się temu dziwić, w końcu to nie jest ich kultura, przyszli
        do Egiptu na „gotowe” i epokę faraonów traktują wyłącznie w kategoriach
        zarobkowych..
        Fotki – z Arabami i bez – robimy prawie w biegu – wyszukujemy ciekawe miejsca,
        cykamy, i dalej. To przykre, w takim tempie nie mamy za bardzo możliwości, aby
        chociaż spróbować wczuć się w starożytny klimat, posiedzieć i powdychać
        egipskie powietrze osnute mgiełką tajemniczości oraz zastanowić się, co czuli
        faraonowie kiedy wznoszono na ich cześć i polecenie te wszystkie cuda…
        Z Karnaku jedziemy do instytutu papirusu. Tu Agnieszka pokazuje nam, jak
        wyrabia się papirus- sposób bardzo prosty, acz długotrwały. Może kiedyś sama
        spróbuję wyhodować, potłuc, wymoczyć i wysuszyć, póki co ograniczamy się z
        Rafałem do zakupu gotowego papisursu z misternie namalowanymi egipskimi
        postaciami. Tu, w instytucie papirusy są ponoć prawdziwe, w przeciwieństwie do
        tych kupowanych na bazarze, jednak dużo droższe. Chyba każdy z wycieczki jednak
        zdecydował się na jakiś zakup, zapewne ku uciesze przewodniczki, która jak się
        założę pobiera jakiś procencik od transakcji…
        Zaopatrzeni w tuby z papirusami idziemy na smaczny obiadek, by po nim
        przejechać na zachodnią stronę Luksoru – do miasta umarłych. Jako pierwsze po
        tej stronie rzeki zwiedzamy kolosy Mnemona. Dwa monumentalne posągi
        przedstawiające Amenhotepa III swoją nazwę zawdzięczają Grekom, którzy
        wierzyli, że przedstawiają mitycznego władcę Etiopów. Nadstawiamy uszu z
        nadzieją, że uda nam się usłyszeć zawodzenie jednego z posągów. Niestety, nic z
        tego. Kolos zamilkł na początku naszej ery, po przeprowadzeniu remontu. Czyżby
        jego cudowna moc się wówczas skończyła? Czy może najzwyczajniej w świecie
        dziura w kamieniu, przez którą przedostawało się ocieplające się powietrze
        wydające odgłos zawodzenia, została zatkana? Nie stąpajmy przez chwilę twardo
        na ziemi i przyjmijmy 1 wersję…
        Robimy sobie zdjęcia z serii „my na tle..” Nie lubię takich fotek, ale tutaj
        warto je zrobić, ponieważ dopiero porównanie naszych rozmiarów do kolosów może
        dać w pełni wyobrażenie o ich wielkości. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak
        ogromna musiała być świątynia, do której wejścia strzegły zachowane do dziś
        posągi…
        Nasz kolejny przystanek to świątynia Hatszepsut, położona dokładnie na wprost
        Karnaku, tyle że na przeciwległym brzegu Nilu. Aby do niej dotrzeć, jedziemy
        śmieszną kolejką, a potem przechodzimy przez barwny i rozwrzeszczany korowód
        handlarzy chcących nas namówić na bazaltowego kota czy białą chustę. My Polacy,
        możemy poczuć się tutaj prawie jak w domu, patrząc na tablicę informującą że to
        polska grupa archeologów rekonstruowała tę świątynię i przez wiele lat
        prowadziła prace badawcze. Przed moimi oczami znowu stają sceny z książki
        Pauline Gedge „Królowa Hatszepsut”, w których królowa dokonała wyboru miejsca
        i planowała budowę powierzając jej realizację Senenmutowi. Trzy poziomy kolumn
        niemal wyrastających z otaczających skał i olbrzymie schody wiodące na kolejne
        poziomy tarasu robią niesamowite wrażenie. Mimo że do jakości prac Polaków i
        zgodności z pierwowzorem są zastrzeżenia i krąży na ten temat wiele sprzecznych
        opinii wśród archeologów, jestem pełna podziwu dla finalnego efektu. Miejsce to
        jest niepowtarzalne i chyba jako jedyne znacząco wyróżnia się wśród wszystkich
        świątyń jakie widzieliśmy w Egipcie. Nie chcę być złośliwa w tym miejscu, ale
        co gust kobiety to gust kobietyJ Mimo że tę kobietę już w roli faraona
        przedstawiano jako mężczyznę, bez biustu i z brodą – najważniejszym oprócz
        podwójnej korony atrybutem władcy. Szkoda też, że jej koniec, a właściwie
        wspomnienia po niej były tak marne – usuwając ślady jej panowania następcy dali
        wyraz swego męskiego tchórzostwa;) Zastanawiam się, jaką była kobietą? Jak
        żyła, jak rządziła? Co spowodowało, że sięgnęła po podwójną koronę – chęć
        władzy, nienawi
        • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:46
          Co spowodowało, że sięgnęła po podwójną koronę – chęć władzy, nienawiść do
          prawowitego następcy jej mężą, ambicja? Czy może była jedynie marionetką w
          rękach otaczających ją dostojników? Prawdopodobnie nie dowiemy się tego nigdy,
          możemy jedynie snuć domysły i wyobrażenia…
          Tymczasem nas czeka jeden z ostatnich już przystanków na dzisiejszej trasie.
          Dolina Królów. Nie chcąc wystawiać swoich grobowców na publiczny widok, jak
          czynili to ich wielcy poprzednicy budując piramidy, a tym samym na żer
          złodziei, faraonowie z czasów średniego państwa postanowili ukrywać swoje
          grobowce pośród skalistych wzgórzy w Tebach Zachodnich. We współczesności
          wybudowano wejścia wiodące do grobowców, jednak za czasów ich budowy były
          skrzętnie poukrywane, a ich budowniczowie po skończeniu prac musieli ginąć, by
          nie zdradzić drogi do nich prowadzących. Jednak ich śmierć nie na wiele się
          zdawała, bowiem większość grobowców okradziono już w starożytności. A było co
          grabić – faraon zabierał ze sobą wszystko, co potrzebne mu było do życia „po
          tamtej stronie”, a więc kosztowności, klejnoty, żywność, meble. Ktoś musiał
          faraonowi służyć, stąd umieszczano w grobowcach także figurki służących – 365
          figurek podobnych do siebie ale nigdy nie identycznych – w ten sposób
          jeden „służący” pracował dla faraona jeden dzień w roku.
          Patrząc na Dolinę Królów, wydaje się ona przeciętnym miejscem, spaloną słońcem
          kamienną doliną i zupełnie niezachęcającą. Dopiero gdy zastanowimy się, co
          kryje w środku, zaczynamy rozumieć magię tego miejsca. Magię, którą trzeba
          poczuć jak najszybciej, bo niedługo nie będzie już dostępna dla zwiedzających.
          Z roku na rok bowiem zamykane są kolejne, najbardziej okazałe grobowce. Także i
          my nie mamy szczęścia – kilka miesięcy przed naszym tu przyjazdem zamknęli
          kilka najładniejszych miejsc ostatniego spoczynku faraonów. Istnieje projekt
          udostępnienia grobowców do zwiedzania jedynie przez ... internet i całkowitego
          zamknięcia ich „w realu”, zatem każdy kto pragnie odwiedzić to miejsce, nie
          powinien się długo zastanawiać. Swoją drogą jednak, znając tempo prac Arabów i
          ich zorganizowanie, aż tak prędko nie wdrożą tego pomysłu w życie...
          W miesiącach letnich w Dolinie Królów panuje straszny upał, znacznie
          utrudniający zwiedzanie. Szczególnie grobowce są duszne i gorące, stad słyszy
          się o mdlejących turystach. My trafiliśmy chyba na najlepszą porę roku – jest
          ciepło ale przyjemnie i nie ma mowy o zmęczeniu uniemożliwiającym zwiedzenie
          trzech grobowców, czyli tyle, na ile wskazuje bilet. Niestety wewnątrz
          grobowców nie można robić zdjęć; nie może z nami wejść także do środka
          Agnieszka. Przed wejściem do każdego z grobowców stara się nam dokładnie
          opowiedzieć co zastaniemy w środku, niestety człowiek nie jest w stanie
          wszystkiego zapamiętać... Oglądamy reliefy, podobizny faraonów i bogów, nie
          mogąc nadziwić się jaskrawym kolorom malowideł, jakie utrzymały się do dziś.
          Same grobowce nie są rozbudowane- to większe lub mniejsze korytarze, prowadzące
          do miejsca pochówku faraona.

          Dodatkowo można zobaczyć grobowiec Tutanchamona, my jednak niestety nie mamy
          już na to czasu. Ze względu na ramadan wszystko czynne jest krócej. A
          może „stety” – podobno nie ma tam nic ciekawego – dla współczesnych Tutanchamon
          jest słynny, ze względu na odkrycie jego grobowca wraz z wszystkimi skarbami,
          jednak w rzeczywistości był mało znaczącym faraonem, panującym krótko, stąd
          grobowiec przygotowywany był pośpiesznie i urządzony skromnie, w porównaniu do
          wielkich władców.
          Wracamy do autokaru – częściowo pieszo, częściowo jadąc małą śmieszną kolejką.
          Jak zwykle otacza nas tabun handlarzy – zauważyliśmy tu pewną prawidłowość.
          Handlarze nagabując turystów często początkowo podają śmiesznie niską cenę, po
          to by turysta jednak się zainteresował i zatrzymał. Wówczas cena drastycznie
          wzrasta lub „zmienia” nominał – okazuje się że źle zrozumieliśmy i zamiast 15
          funtów musimy zapłacić 15 dolarów... No nie, na takie „targi” nie dam się
          namówić! Mogę negocjować cenę, zgadzając się na wszystkie towarzyszące temu
          procedury, ale nie lubię być oszukiwana. Wracamy do autokaru z pustymi
          plecakami – bez upominków, a handlarze zostają z pustymi kieszeniami.
          Na zakończenie zwiedzamy manufakturę alabastru, w której demonstrują nam jak z
          białych kruchych kamieni migoczących na różowo wytwarza się dzbanuszki,
          miseczki i figurki. Wyglądają szczególnie ładnie, gdy podświetli się je
          żarówką – wówczas mogą służyć jako lampiony. Zwieńczeniem wizyty jest
          oczywiście wielkie targowanie i zachęcanie nas do zakupu wszystkich
          zgromadzonych w manufakturze pamiątek. Jeżeli zdecydujesz się na zakup, nie
          oznacza to wcale, że już masz spokój; wprost przeciwnie – jesteś atakowany ze
          zdwojoną siłą do kolejnych zakupówJ My wychodzimy jedynie z małym skarabeuszem –
          alabastrowe dzbanuszki raczej nie będą pasować nam do mieszkania, ale tego
          sklepikarze zdają się nie rozumieć;)
          • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:47
            Wreszcie zbliżamy się do momentu zwieńczenia naszych dzisiejszych wojaży –
            zakwaterowanie na statek. Okazuje się, że nie możemy zobaczyć jak wygląda z
            zewnątrz nasza „łajba”, ponieważ statków na Nilu jest tak dużo, że nie
            wszystkie mają miejsce aby zacumować przy samym brzegu; cumują jeden przy
            drugim, a pasażerowie przechodzą przez kilka pokładów by wreszcie dotrzeć do
            swojego statku. Nasz nosi dumne imię „Miss World”. Po chwili oczekiwania
            dostajemy klucze do kajuty – mamy miejsce na parterze, na samym przedzie
            statku. Dzięki temu nie słyszymy silnika, jednak codziennie rano czuć
            nieprzyjemny zapach benzyny, no i nie mamy takiego widoku, jak z wyższych
            pięter. Jednak w kajucie będziemy spędzać i tak niewielką część naszego pobytu,
            więc to nam nie przeszkadza.
            Sam statek ma 5 gwiazdek i jak na egipski standard myślę że jest bardzo dobrym
            pływającym hotelem. Elegancka recepcja i stołówka, duży pokład przewyższający
            większość statków, które mijaliśmy i całkiem przestronne kajuty z sejfem i
            dobrze utrzymaną łazienką. Muszę przyznać, że miałam trochę obawy, jak będzie
            wyglądał statek, słysząc wcześniej opowieści o robactwie i brudzie; nic takiego
            na szczęście nie miało miejsca. Z recepcji na piętro prowadzą schody podobne do
            tych z Titanica, tylko ... kilka razy mniejsze. No, nie spodziewałam się ze
            statek będzie taki fajnyJ Z pewnością dużo lepszy od naszego hotelu w
            Hurgadzie.
            Oglądamy nasze kajuty oraz kajuty naszych współpasażerów – jesteśmy
            rozstrzeleni na kilku piętrach. Rozpakowujemy się i postanawiamy wyruszyć na
            spacer po Luksorze.
            Wychodzimy ze statku wprost na uroczy bulwar – Corniche. Idąc wzdłuż Nilu
            mijamy dorożki mknące jedna za drugą, a ich woźniczy pokrzykują na nas raz po
            raz zachęcając do przejażdżki. Wolimy jednak pieszy spacer. Dochodzimy do
            przepięknie oświetlonej świątyni luksorskiej, dumnie prężącej się nad samym
            Nilem, w centrum współczesnego Luksoru. Mamy jednak za mało czasu żeby wejść do
            środka, przed kolacją musimy bowiem znaleźć kafejkę internetową i przegrać
            zdjęcia na płytę, co będzie prawdziwym zadaniem bojowym. Świątynię postanawiamy
            obejrzeć po kolacji. Robimy kilka zdjęć i ruszamy dalej. W ulicznym gwarze
            dorożek, klaksonów samochodowych i pokrzykujących mieszkańców miasta mijamy
            hotel Winter Palace nadający bulwarowi arystokratyczny rys rodem z XIX w. To
            tu spędzali zimę władcy oraz arystokracja Anglii i Francji w czasach, gdy Egipt
            był kolonią tych krajów. Mieszkańcy tego hotelu jako pierwsi dowiedzieli się o
            odkryciu przez Howarda Cartera grobu Tutanchamona. W XX w. gośćmi hotelu były
            znane postacie ze świata polityki i showbiznesu: Roosevelt, Charlie Chaplin,
            Marlyn Monroe. Dziś można przespać się w apartamentach w których gościli
            nazwanych ich imieniem.
            W tym momencie postanawiamy zawrócić w stronę centrum, żeby znaleźć rzeczoną
            kafejkę internetową. Kluczymy po uliczkach, mijając mniej lub bardziej
            oświetlone budynki, banki, hotele i bazar, a przede wszystkim gwarny tłum. W
            powietrzu czuć słodki zapach shishy dobiegający z mijanych mniej lub bardziej
            przyjemnych kawiarenek, w których godzinami przy obskurnych stolikach
            przykrytych ceratą przesiadują mieszkańcy Luksoru, leniwie wydmuchując dym i
            obserwując otaczający świat. Ten widok to esencja Egiptu – czas płynie powoli,
            nie ma potrzeby się śpieszyć, skoro można oddać się największej przyjemności,
            jaką jest palenie wodnej fajki.
            Wreszcie znajdujemy internet cafe, której właściciel potrafi nam pomóc i zgrywa
            zdjęcia. Wygląda na to, że robi to pierwszy raz, nieśpiesznie ucząc się
            programu. Po pół godzinnej walce oddaje nam płytę... Ufff, udało się! Prawie
            biegiem wracamy na kolację. Na szczęście zdążyliśmy...
            W przyjemnej i eleganckiej restauracji znajdującej się nieco poniżej poziomu
            wody, nasza grupa ma przydzielone dwa stoliki. Każda z wycieczek ma tu stałe, z
            góry ustalone miejsca. Jedzenie bardzo smaczne i bardziej urozmaicone niż w
            Royal Palace. Na pewno jest więcej owoców i słodkich ciast, które piętrzą się
            na stołach. Większość z nich to niestety kolorowe galaretki, których staram się
            nie tykać, ze względu na „zagrożenie żołądkowe” – jak mawiają „przezorny zawsze
            ubezpieczony”, i zadowalam się suchymi ciasteczkami na deser. Przy
            monstrualnych ilościach jedzenia, które tu spożywam wiem, że z ciasteczek także
            absolutnie powinnam zrezygnować, ale zaraz się tłumaczę sama przed sobą –
            przecież jestem na wakacjach! No i trzeba także ulżyć stołom, bo jeśli nic z
            nich nie zniknie, to chyba się załamią pod ciężarem...
            Obsługa to przemili Nubijczycy, wiecznie uśmiechnięci i skorzy do żartów –
            kolejna przewaga statku nad hotelem.
            Po kolacji postanawiamy wybrać się na dalszą część spaceru i obejrzeć z bliska
            świątynię luksorską. Niestety, okazuje się, że jest już zamknięta. Światła
            oświetlające jej mury pogasły, turyści zniknęli, nic tam po nas... Trochę
            jeszcze kluczymy po luksorskich uliczkach, chłonąc atmosferę tego uroczego
            miasteczka, które dziś żyje tak naprawdę dzięki swojej starożytnej przeszłości,
            i zmęczeni wrażeniami z całego dnia wracamy na statek. To nasza pierwsza noc na
            pokładzie Miss World.

            • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:47
              30.10
              Odpływamy z luxoru – Esna, Edfu

              Wypływamy z samego rana o 7.00. Coś nieprawdopodobnego w Egipcie – punktualność
              co do minuty! Zastanawiam się czy kapitan statku to na pewno Egipcjanin;).
              Słychać pokrzykiwania Arabów przygotowujacych statek do odpłynięcia. Silnik
              zaczyna delikatnie buczeć i pomrukiwać. Nabieramy rozpędu i opuszczamy Luxor,
              rozpoczynając naszą podróż w stronę Asuanu.
              Za nami świątynia luxorska widoczna z brzegu i uroczy bulwar, czyli Corniche,
              zwany przez nas „korniszonem”. Powoli oddala się od nas zarówno miasto żywych,
              jak i miasto umarłych, pozostawiając swoje tajemnice i tysiące lat starożytnej,
              tajemniczej i fascynującej historii.
              Przed nami kilka dni sielankowego rejsu wzdłuż Rzeki – żywicielki starożytnych
              i współczesnych Egipcjan. „Egipt to Nil, a Nil to Egipt” – ta sentencja będzie
              nam teraz towarzyszyć w naszej podróży.
              Po śniadaniu wdrapujemy się na pokład, zajmując nieliczne już wolne leżaki i
              wystawiamy się na egipskie słońce. Przy mojej mlecznej (nie alabastrowej!
              Alabaster jest znacznie ciemniejszy, jak mogłam się przekonać w fabryce
              alabastru) cerze i wysokim filtrze, raczej to bezcelowe, ale jakoś mam
              nadzieje, że tym razem choć trochę zbrązowieję- jak wiadomo nadzieja matką
              głupich, ale każda matka kocha swoje dzieciJ.
              Nasza kąpiel słoneczna nie byłaby tak urocza, gdyby nie widok ze statku, który
              ukazał się naszym oczom. Zieleń, palmy i bananowce, wilgotne połacie trawy
              delikatnie zanurzone w Rzece, a na nich pasące się krowy i kozy oraz
              gdzieniegdzie osiołki.
              Poranna lekka bryza zamienia się wkrótce w gorącą i słoneczną ciszę. Błogi
              spokój. „Jest cudownie, cudownie”, powiedziałaby Mamoniowa. Jeżeli mocno
              wytężysz wzrok, spojrzysz wgłąb przez lornetkę, może dostrzeżesz „kury, kaczki,
              drób, drogę na Ostrołękę”. Nie, tak naprawdę zamiast osławionej drogi na
              Ostrołękę, naszym oczom ukazują się lepianki zbudowane z cegły mułowej, małe
              zrujnowane a może niedokończone domki o płaskich dachach i niebieskich
              okiennicach. Na sznurach i „balkonach” powiewa pranie, pod ciężarem którego
              domy zdaje się zaraz runą, takie wydają się być kruche i delikatne.
              Gdzieniegdzie widzimy mieszkańców tych zabudowań – czasem starsi mężczyźni,
              czasem małe dzieci machające do nas przyjaźnie. Tu świat chyba zatrzymał się w
              okolicach XVI wieku...

              Tego samego dnia przepływamy przez śluzę w Eśnie. Mamy szczęście, czekamy tylko
              kilka minut. Dlatego bardzo krótko obserwujemy zasłyszany preceder handlu
              okolicznych mieszkańców z turystami na promach. Zabawne targi, jednak chyba
              nikt ze statku nie korzysta z ich oferty. Podziwiam ich zaradność i
              pomysłowość, w jaki sposób wykorzystują obecność przybyszów, by sprzedać choć
              kilka sztuk galabij. Wkrótce ta pomysłowość okaże się jednak dla mnie na
              dłuższą metę zbyt męcząca – ale o tym za chwilę.

              Po przeprawie przez śluzę cumujemy w porcie miasta. Dochodzi 15.00; z meczetu
              znajdującego się w pobliżu, wydobywa się głośne, przeciągające zawodzenie. To
              modlitwa. Taki dźwięk słyszeć będziemy na przestrzeni kilku następnych dni dość
              często. Podobno Egipcjanie nie należą do zbyt religijnych muzułmanów i rzadko
              modlą się przepisowo pięć razy dziennie, jednak my bardzo często przechodząc w
              pobliżu kolejnych meczetów będziemy słyszeć ich modły.
              Nieopodal meczetu zniszczone zabudowania. Odpadający tynk, wybite szyby,
              rozklekotane okiennice, znowu w tym samym turkusowym kolorze. Na dachu jednego
              z domów spokojnie spaceruje koza. Wzdłuż uliczki „płyną” dorożki i samochody,
              są jednak zdecydowanie cichsze niż w Luksorze- czyżby mieli popsute klaksony???
              Myślę jednak że to ze względu na mniejszy ruch, bo tutaj prędzej silnik może
              być niesprawny, niż klakson...
              Małe sklepiki wystawiają towary na zewnątrz, zachęcając tym samym turystów z
              cumujących tu statków do zakupu. Najbardziej widoczne są duże kąpielowe
              ręczniki, które można nabyć za ok. 60 LE – czyli całkiem przyzwoita cena. Moją
              uwagę skupia czarno – złoty ręcznik z profilem Echnatona – częsty motyw
              brązowych papirusów. Na tym trochę „archaicznym” i brudnym tle anteny
              satelitarne wyglądają zaiście egzotycznie. A my, turyści wywaleni leniwie na
              leżakach pokładowych, musimy być egzotyczni dla mieszkańców Esny.
              Schodzimy w pośpiechu na ląd, nie zdążywszy zabrać ze sobą pieniędzy. Mamy
              bowiem niewiele czasu do odpłynięcia statku w dalszą podróż. Jak się okaże
              wkrótce, na lądzie zawsze jest potrzebna przynajmniej drobna garść funciaków w
              kieszeni. Niemal przebiegamy przez nadbrzeżny bazar – National Geografic
              trafnie określa to „ścieżką zdrowia”- nie dając się tym razem wessać wgłąb
              straganów i namówić na egipską pamiątkę. Zaraz za bazarem jest nasz cel –
              świątynia Chnuma, zanurzona 9 metrów poniżej poziomu współczesnych zabudowań.
              Mamy niestety zbyt mało czasu aby obejrzeć świątynię od środka, oglądamy
              jedynie z zewnątrz praktycznie jedyną zachowaną część budowli – salę
              hypostylową. Przeszkadza nam trochę mur okalający świątynię. Rafał próbuje się
              wspiąć nań aby zrobić trochę zdjęć. Nie minęło pół sekundy a zaraz zjawia się
              pomocny Egipcjanin. Niestety nie mamy czym mu się odwdzięczyć, zostawiamy więc
              jedyny długopis jaki mamy przy sobie – pomocnik upodobał sobie także okulary
              słoneczne Rafała, musiał jednak zadowolić się długopisem. Jak dobrze, że
              przynajmniej go mieliśmy!
              • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:48
                Wkrótce odpływamy. Widzimy pierwszy na statku zachód słońca. Wygląda
                imponująco. Olbrzymia żółta kula osuwa się coraz niżej i niżej, zostawiając
                wokół siebie intensywną i ognistą, pomarańczową poświatę, w której mienią się
                otaczające je palmy, ciemniejące powoli. Niebo, przed chwilą niebiesko –
                różowe, przybiera pomarańczowo- czerwony odcień. Nie minęła minuta i słońce
                zanurza się w gęste liście palm, jeszcze bardziej rozświetlając je tysiącem
                promieni, a w kolejnej sekundzie całkowicie skrywa się za horyzontem. To, co
                nas absolutnie zaskoczyło, to tempo całego wydarzenia. Tak zachłannie ziemia
                wchłonęła słoneczną kulę – boga Re. Zakończył się świat żywych, ustępując
                miejsce światu umarłych.
                Pogrążeni w tym właśnie świecie docieramy do Edfu. Noc jest dziś wyjątkowo
                zimna, zupełnie w przeciwieństwie do gorących charakterów Egipcjan, niemal
                atakujących turystów, którzy wyszli na brzeg. My to widowisko oglądamy z
                pokładu, trzęsąc się z zimna (przynajmniej ja). Nasza przewodniczka, w
                przeciwieństwie do innych przewodników z naszego statku, nie zabrała nas do
                pobliskiej kawiarni na sziszę i hibiskusa, wręcz odradzając wizytę w mieście po
                zmroku. Oprócz oprowadzania nas bowiem po obowiązkowych punktach wycieczki i
                sprzedania fakultetów, nie bardzo interesowała się naszą grupą i niechętnie
                dzieliła się szeroką przecież wiedzą, zdobytą zarówno na studiach z kultury
                arabskiej, jak i podczas 8 – letniego życia w Egipcie. Szkoda, pozostaje nam w
                takim razie przewodnik National Geografic, który gorąco polecam. Trochę zatem z
                zazdrością czytałam wspomnienia innych osób o ich przewodnikach, tworzących
                wspaniałą atmosferę na statku i zarzucających ich mnóstwem historycznych i
                obyczajowych ciekawostek. Od Agi wszystko musimy wyciągać i trochę czujemy się
                puszczeni samopas jak dzieci na kiepskich koloniach. Na szczęście mamy zgraną
                ekipę na naszym rejsie i sami stwarzamy sobie niepowtarzalną atmosferęJ.
                Rozmawiając o tym i tamtym, nadal obserwujemy brzeg i sceny „łapanek” kolejnych
                odważnych turystów, którzy po przejściu przez stragany znikają w mroku.
                Wieczorem, przy kolacji obserwujemy „przyjęcie” urodzinowe wyprawione przez
                obsługę dla jednej z turystek. Bębenki, rytmiczny śpiew i taniec - wszystko
                wygląda egzotycznie. Nubijczycy są jak myślę bardzo wesołym i energicznym
                narodem – teraz ich energia uwidacznia się z zdwojoną siłą. Cały czas podczas
                rejsu są uśmiechnięci i pozytywnie do nas nastawieni oraz skorzy do żartów.
                Ledwie postawiłam przed sobą talerz pełen pysznego jedzenia, a on już chce mi
                go zabierać! Za chwilę oboje się śmiejemy.
                • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:48
                  31.10
                  Edfu, Kom Ombo

                  Po śniadaniu zwiedzamy świątynię Horusa w Edfu.
                  Ledwie wychodzimy na brzeg i już zostajemy wessani w wir pokrzykujących Arabów
                  niemiłosiernie mocno ciągnących nas ku straganom. To, co zobaczyliśmy tutaj,
                  było chyba apogeum egipskiego natręctwa – już nigdzie później nie próbowano nam
                  sprzedać czegokolwiek z taką zaciętością. Na szczęście za chwilę podjeżdża
                  nasza „taksówka” – rozklekotana dorożka, która wiezie nas przez miasteczko –
                  niewiarygodnie ubogie, niewiarygodnie brudne i niewiarygodnie głośne. Z
                  zawrotną szybkością mijamy stragany, domy mieszkalne (o tym, że sa zamieszkałe
                  świadczy powiewające pranie, inaczej można pomyśleć że to budynki do rozbiórki)
                  i sklepiki, a wszystko odrapane i jakby zakurzone. Znowu cofamy się o kilka
                  wieków. Podczas jazdy musimy mocno trzymać się barierki, inaczej jest duże
                  prawdopodobieństwo, że wypadniemy z dorożki... Nasz szofer – tak jak i wszyscy
                  pozostali – najwyraźniej nie przejmuje się żadnymi zasadami ruchu drogowego –
                  wyprzedza, zwalnia, przyspiesza. Dla nas to mocne przeżycie – jeszcze nie
                  wiemy, co spotka nas w Kairze... To, co jednak uderza nas najbardziej, to
                  biedne, wychudzone, praktycznie zagłodzone konie, które z klapkami na oczach
                  mkną przed siebie, popędzane batem woźnicy. Być może są jego jedynym
                  żywicielem – mieszkańcy Edfu żyją z tego, że świątynia Horusa oddalona jest
                  ładny kawałek od przystani, a turyści „rejsowi” pojawiają się tu codziennie w
                  poszukiwaniu kolejnych starożytnych tajemnic i po prostu trzeba ich dowieźć na
                  miejsce.
                  Po kilku minutach szaleńczej jazdy jesteśmy na miejscu. Wysiadamy z dorożki i
                  idziemy w kierunku świątyni, szybkim krokiem mijając długi ciąg straganów.
                  Przechodzimy przez bramki – zastanawiam się, po co zostały zamontowane, skoro
                  buczą cały czas a nikt nas nie zatrzymuje i nie sprawdza. Kolejna egipska
                  zagadka.
                  A teraz przed nami jedna z najlepiej zachowanych świątyń egipskich pomiędzy
                  Luksorem i Asuanem. Wybudowana w czasie ptolemeuszy, w okresie rzymsko –
                  greckim, a więc całkiem „niedawno”, ok. 200 lat p.n.e. Jest dla mnie
                  niesamowity fakt, że cała sztuka i architektura starożytnego Egiptu utrzymała
                  się w takim samym stylu przez cały okres panowania faraonów, a więc przez trzy
                  tysiące lat! Obecnie różnice w stylach widoczne są na przestrzeni
                  dziesięcioleci, a nawet w krótszych okresach, a wówczas sztuka była tak bardzo
                  silna, że niezmienna.
                  Po raz pierwszy widzimy zachowany sufit w świątyni – Karnak, Świątynia
                  Luksorska, Kom Obmo go nie mają, co czyni czasem wyobrażenie, że tak było w
                  oryginale i że wszystkie świątynie były odsłonięte. Nic bardziej mylnego.
                  Cała świątynia jest tak dobrze zachowana, gdyż przez wiele wieków przykrywały
                  ją piaski pustyni. W tym miejscu znajdowała się wioska, całkowicie zlikwidowana
                  w XIX w., kiedy rozpoczęły się wykopaliska. Podobno mieszkańców w brutalny
                  sposób usunięto stąd siłą.
                  Sufit i zwieńczenia kolumn są czarne, osmolone – przy wykopaliskach pozostała
                  część świątyni została oczyszczona, pozostawiono nietkniętą jedynie jej górną
                  część. Okazuje się, że była tu kiedyś przechowalnia bawełny. Robotnicy okradali
                  właścicieli i – aby zatrzeć ślady kradzieży – palili to, co jeszcze pozostało.
                  Stąd czarny kolor sufitu.
                  Oglądamy także nilomierz – urządzenie jak sama nazwa wskazuje służące do
                  pomiaru poziomu wody w Nilu. Poziom ten potem przekładał się na wysokość
                  podatków – im woda bardziej wylewała i dawała więcej życiodajnego mułu na pola
                  uprawne, tym podatki były większe, bo większe były plony, więc było z czego
                  zbierać.
                  Po zwiedzeniu świątyni, wracamy na „postój taksówek”, czyli kłębowisko
                  dorożek. Szukamy naszej dorożki –wraca się zawsze tą samą, warto więc
                  zapamiętać jej numer. Dziesiątki woźniczych wykrzykuje swoje numery po
                  angielsku, francusku, arabsku, posiłkuje się także kartkami. Wygląda to dosyć
                  zabawnie... Po ok. 10 minutach oczekiwania pojawia się nasza „11”, która równie
                  brawurowo odwozi nas do przystani. Dorożkarz dostaje bakszysz z wyraźnym
                  poleceniem, aby nakarmił konia – uśmiecha się twierdząco, choć w potwierdzenie
                  nie bardzo wierzymy...
                  Przed odpłynięciem do Kom Ombo postanawiamy zaopatrzyć się w galabije na
                  dzisiejszą galabija party. Te negocjacje na długo zapadną nam w pamięci...
                  Zatrzymujemy się przy straganach tuż przy rzece i naszym statku. Nie minęło
                  pięć sekund i jak z podziemi wyrósł przed nami jeden z handlarzy, zachęcając do
                  wizyty w jego „sklepie”. Prosimy go o chwilę, gdyż chcemy najpierw kupić wodę.
                  Ale handlarz nie zostawia nas w spokoju, lecz podąża za nami. Targujemy 2
                  butelki, handlarz nadal skacze wokół nas nerwowo, przeskakując z nogi na nogę i
                  pokrzykując. Zachowuje się, jakby znalazł złote jajo, na które chucha i pędem
                  niesie do jubilera, żeby ten jak najszybciej potwierdził jego wartość. Pakuje
                  za nas wodę do plecaka i niemal siłą ciągnie dalej. Staram się go choć trochę
                  zrozumieć- to przeraźliwa bieda tego miejsca powoduje, że jego mieszkańcy
                  walczą o każdego klienta jak lwy. Być może wiele osób lubi taki styl,
                  targowanie i kupowanie w pośpiechu; cóż, ma to pewien klimat i jest do szpiku
                  egipskie. Na mnie jednak działa zdecydowanie negatywnie. Od razu chcę się
                  wycofać i przebiec chyłkiem. Gdyby nie natrętność egipskich sklepikarzy, z
                  pewnością zostawilibyśmy u nich o wiele więcej pieniędzy, jeśli tylko daliby
                  nam możliwość spokojnego obejrzenia towaru i dokonania wyboru.
                  Ale wróćmy do naszego handlarza. Toczymy boje, trochę to walka słowna z
                  przymrużeniem oka i licytacja na argumenty, dlaczego chcę zapłacić mniej a
                  dlaczego on uważa, że towar wart jest więcej. Tu pomału wyłania się arabskie
                  poczucie humoru i ich handlowa smykałka, być może wymuszona sytuacją życiową.
                  Kilka razy odchodzimy od stoiska, by za chwilę powrócić na wyraźne prośby,
                  pokrzykiwania lub zmienione oferty naszych handlarzy. Przystrajają nas w
                  galabije- ja mówię że za duża na mnie, a on – że taka duża być musi, że to
                  prawdziwa egipska galabijaJ W końcu finalizujemy transakcję i wracamy na
                  pokład. Ze statku całą sytuację obserwowali Marzena z Robertem – wyraźnie ich
                  to rozśmieszyło. Nas też, w końcu mamy już strój na dzisiejszy wieczór!
                  Po powrocie do kabiny, znajdujemy na łóżku nasze pierwsze osławione już
                  łabędzie, misternie zwinięte z ręczników. Są naprawdę słodkie.
                  • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:49
                    Zażywając egipskiego słońca, które o tej porze roku, mimo że intensywne, jest
                    jednak całkiem znośne, podziwiamy brzeg Nilu. Soczysta zieleń odbija się od
                    suchych i twardych skał widocznych w oddali. Niewielkie poletka, które rodzić
                    muszą trzy razy do roku, bo inaczej nie będzie to opłacalne, pokryte są czarną,
                    życiodajną ziemią. W Egipcie jedne z głównych roślin, które są uprawiane, to
                    truskawki. Wydawać się może to dziwne, bo nigdzie nie ma truskawek, większość
                    upraw jednak jest eksportowanych.
                    Raz po raz mijamy malutkie, zniszczone łódeczki, zgrabnie przepływające między
                    promami. Do tego przenikliwy granat wody, który do tej pory mam przed oczami i
                    gdy go sobie wyobrażam, czuję się jakoś spokojniejsza. Prawdą są słowa „kto raz
                    wypił wodę z Nilu, zawsze będzie do niej tęsknił i nigdy nie napoi się żadną
                    inną wodą”.
                    Na statku, oprócz naszej wycieczki, kilka innych narodowości. Największa grupa
                    to wszędobylscy Japończycy (rzeczywiście są wszędzie, byle nie na słońcu – nie
                    widziałam, aby kiedykolwiek się opalali). To grupa chyba najbardziej
                    zdyscyplinowana. Zawsze pierwsi gotowi do wyjścia na ląd, pierwsi na stołówce i
                    w kolejce na tea time. Są też Francuzi i Słoweńcy.
                    Po herbatce i ciasteczku obserwujemy kolejny już zachód słońca. Wkrótce
                    docieramy do Kom Ombo, by o zmroku zwiedzać znajdującą się tam świątynię. Widać
                    ją ze statku, jest przepięknie oświetlona, a przez to majestatyczna. Jakby
                    chciała nam zakomunikować, że podzieli się z nami swoimi tajemnicami wyrytymi
                    na jej ścianach, ale będzie to od nas wymagało cierpliwości i pokory. Tych
                    tajemnic nie pozostało wiele; zachowały się głównie fragmenty sali
                    hypostylowej, ale reliefy są w bardzo dobrym stanie. Szczególnie zapamiętuję
                    wyryte narzędzia lekarskie – nożyczki, szczypce, przyrządy do leczenia (nie
                    wyrywania!) zębów, haki do usuwania mózgu przy balsamowaniu zwłok, piły do
                    trepanacji... Brzmi makabrycznie, ale świadczy o wysokim stopniu zaawansowania
                    ówczesnej medycyny. Zresztą nie tylko to fascynuje w starożytnej kulturze
                    egipskiej – dzięki niej rok ma 365 dni, dzięki niej dziś pijemy piwo... Do tego
                    znajomość architektury, grawitacji i innych praw fizyki, dzięki czemu stanęły
                    piramidy i tysiące budowli do dziś budzące podziw ze względu na precyzję
                    wykonania... Myślę, że współcześnie moglibyśmy się wiele od nich nauczyć.
                    Zamyśleni nad kulturą i nauką starożytną wracamy na statek. Po kolacji czeka
                    nas zupełnie odmienny nastrój – galabija party!
                    Wszyscy uroczyście poprzebierani pozują do pamiątkowych zdjęć, biorą udział w
                    śmiesznych konkursach i tańczą w rytm egipskiej muzyki. Tylko Japończycy z boku
                    obserwują zabawę – nikt z nich się nie przebrał, przez co wyglądają jeszcze
                    bardziej kosmicznie (my w naszych „piżamach” jesteśmy oczywiście całkowicie
                    normalni;)) W nocy, podczas party, docieramy do Asuanu.
                    Nasza grupa jako ostatnia opuszcza parkiet ok. 1 w nocy. Dziś się nie wyśpimy,
                    bo za 4 godziny wyruszamy do Abu Simbel – największej świątyni wykutej w skale.
                    1.11
                    Abu Simbel, Asuan

                    W Polsce Wszystkich Świętych. Mroźny, wietrzny lub deszczowy dzień w kraju nad
                    Wisłą, który spędzamy na odwiedzaniu grobów naszych bliskich, tu, w Egipcie,
                    nabiera zupełnie innego wymiaru. O ile bowiem my w szczególny sposób o śmierci
                    i przemijaniu myślimy raz do roku, o tyle dla starożytnych Egipcjan był to
                    temat powszechny. Wokół śmierci, przejścia na drugą stronę, krąży cała
                    starożytna sztuka – mumifikacja, wieloletnia budowa grobowców i dary tam
                    składane, aby zapewnić sobie życie wieczne. A jednak był to naród tak bardzo
                    kochający życie.

                    Wyruszamy o 4 rano, wcześniej pijąc poranną (nocną?) kawę. Jesteśmy
                    zdecydowanie nieprzytomni, co stara się wykorzystać obsługujący nas
                    kelner. „Fiftin paunds” mówi cicho, podając kawę. Ja już chwytam za portfel,
                    jednak Robert z naszej wycieczki ma lepszy refleks – zaraz zaraz przecież ta
                    kawa jest w ramach śniadania, które zabieramy ze sobą jako suchy prowiant.
                    Zatem nie powinniśmy nic płacić. Przestraszony kelner, ledwie usłyszał nazwisko
                    swojego managiera, wycofuje się z poprzedniej propozycji, nieśmiało mówiąc „
                    joke”. Ech, jacy ci Egipcjanie weseli, ciągle tylko dżołk i dżołk...
                    • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:49
                      Podczas drogi do Abu Simbel staramy się trochę wyspać. Powiedzmy, że „wyspani”
                      po ponad dwugodzinnej podróży docieramy na miejsce. Naszym oczom ukazuje się
                      widok na przepiękne jezioro Nasera, z krystalicznie czystą wodą, a po chwili
                      monumentalna świątynia Ramzesa II. Miejsce, które spośród wszystkich widzianych
                      zabytków w kraju faraonów chyba zachwyciło mnie najbardziej swoim ogromem i
                      dostojeństwem. Potężny Ramzes dumnie spogląda przed siebie, porażając swoim
                      stoickim spokojem – tak jakby czas zatrzymał się w miejscu, a on nadal był
                      największym władcą najpotężniejszego na świecie kraju. Obok znajduje się druga,
                      nieco mniejsza świątynia poświęcona żonie faraona – pięknej Nefertari.
                      Architektura świątyni świadczy o wielkiej miłości króla do małżonki. Posągi
                      Nefertari okalające świątynie są bowiem tych samych rozmiarów, co posągi
                      faraona. Jest to sprzeczne z zasadami ówczesnego budownictwa, bowiem postacie
                      faraona - boga zawsze były dużo większe od posągów ich żon, matek, córek. Ale
                      w końcu Ramzes wielkim władcą był (pozostawił po sobie bodajże największą ilość
                      budowli), toteż miał prawo budować, jak mu się podobało.
                      Na wycieczkę wydaliśmy astronomiczną kwotę 75 bagsów (oj dużo biuro sobie liczy
                      za transport, zważywszy, że wstęp do świątyni to koszt jedynie 55 LE), nie
                      mając niestety czasu, aby wypad zorganizować z lokalnym biurem. Wiem jednak, że
                      nie są to pieniądze stracone, bo to, co tam zobaczyłam przerosło moje
                      najśmielsze oczekiwania. Przewodniczka nie może wejść z nami do środka, staramy
                      się więc zapamiętać jak najwięcej z tego, co mówi, aby potem odszukać to
                      wszystko wewnątrz. Nie jest to jednak, jak się okazuje, takie łatwe. Pierwsze,
                      co szuka Halinka (chmm, my zresztą też;)), to relief mężczyzny z fallusem w
                      zwodzie - w tym miejscu w świątyni żołnierze, z braku kobiet, mogli robić
                      sobie „dobrze”. Zabawne, jakie to rzeczy człowiek zapamiętuje najbardziej;)
                      W świątyni niestety nie wolno robić zdjęć. W tym miejscu pragnę podziękować tym
                      wszystkim turystom, naszym poprzednikom, którzy nie trzymali się zasady, aby
                      zdjęcia robić bez użycia flesha. Właśnie ze względu na nagminne łamanie tego
                      zakazu, wprowadzono zakaz całkowity robienia zdjęć... Udaje nam się jednak
                      ubłagać strażnika i robimy w pośpiechu dwa zdjęcia – niestety nieudane, ale
                      zawsze będzie jakaś pamiątka. Fantastycznie zachowane reliefy, wraz z
                      naturalnymi kolorami. W innych świątyniach reliefy w większości są w kolorze
                      kamienia, w czasach swojej świetności pokryte były feerią barw, z czego nie
                      zawsze sobie zdajemy sprawę, określając zabytki Egiptu jako „kupa szarych
                      kamieni”. Patrząc na wnętrza świątyni w Abu Simbel, nie mogę się nadziwić, jak
                      to możliwe, że te kolory przetrwały taki szmat czasu.
                      Dzisiejszego dnia zwiedzamy zdecydowanie mniej barwny niedokończony obelisk –
                      patrząc nań z bliska widać jaki jest ogromny. Chyba nic dziwnego, ze pękł przed
                      ukończeniem.
                      Wieczorem udajemy się na asuański bazar. Z naszego statku docieramy tam na
                      piechotę, co jest bardzo trudne, bo co chwila zjawia się uprzejmy dorożkarz
                      proponujący podwózkę. No tak, jeden bardziej uprzejmy, drugi mniej – jakoś nie
                      mogą zrozumieć, że człowiek po prostu chce się przespacerować... Swoją drogą to
                      doskonałe miejsce do ćwiczenia asertywności. Do Egitptu pracodawcy powinni
                      wysyłać pracowników na szkolenia – nawet najlepszy trener nie nauczy cię tak
                      skutecznie, jak przeciętny egipski handlarz, mówienia „nie”.
                      Na bazarze tłum, ruch, harmider. W nosie wierci od słodkawego zapachu shishy. I
                      znów kupcy wciągają cię do środka, oferując swoje towary. Od ostrych kolorów i
                      gwaru aż kręci się w głowie. Jest egzotycznie i naprawdę ładnie. Na mnie
                      największe wrażenie robią przyprawy – zielone, niebieskie, żółte, pomarańczowe
                      i brązowe. Kupuję kilka z nich – chyba przepłacam, bo coś za szybko mi idzie
                      targowanie.. Wiedzieliśmy że można stargować do 30% początkowej ceny, ale ja w
                      moment targuję więcej, coś więc chyba jest nie tak... Obok przypraw olbrzymie
                      kosze z hibiskusem – dobre są jedynie te bardzo ciemne, niemal czarne, duże
                      ususzone pączki. Kupujemy kilogram – mamy nadzieję, że wystarczy na długie
                      zimowe wieczory oraz na podarunki dla przyjaciół. Daję się także namówić na
                      olejki – jak się później dowiedzieliśmy, nie są one prawdziwe, lecz rozrabiane
                      z parafiną i niestety potrafią pobrudzić ubranie. Nie muszę mówić, jaką minę
                      zrobił Rafał, gdy się o tym dowiedział – raczej nie był zachwycony uczestnicząc
                      w długim procederze wybierania zapachu, który okazał się nie być prawdziwym
                      olejkiem! Zdał sobie sprawę, że cała procedura zostanie powtórzona w
                      perfumerii. Ale jaki facet lubi zakupy... Z naszymi skarbami wracamy na statek,
                      będąc przekonani, że to koniec atrakcji na dzisiejszy wieczór. Okazuje się
                      jednak, że Ala z Andrzejem zamówili taksówkę na File, a wszystko dzięki
                      praktycznym poradom w przewodniku „National Geografic”. Szybka decyzja, czy
                      jedziemy – możemy nie zdążyć na początek spektaklu „Światło i dźwięk” –
                      postanawiamy jednak zaryzykować. Taksówkarz za 13 dolarów dowozi nas do
                      przystani – będzie tam na nas czekał i odwiezie nas z powrotem. Atrakcję w
                      postaci szaleńczego tempa i sposobu jazdy mamy gratis... Pędem wsiadamy do
                      ostatniej motorówki, która wiezie nas na wyspę. Tak naprawdę nie płyniemy na
                      File, lecz na wyspę Adżilkijja. Wszystkie bowiem świątynie na okolicznych
                      wyspach zostały tam przeniesione po powstaniu jeziora Nasera – wyspy na których
                      znajdowały się oryginalnie zostały zalane.
                      Mamy szczęście, spektakl dopiero co się rozpoczął. Zasiadamy na kamiennych
                      ławach i podziwiamy pięknie oświetlone ruiny świątyni, wsłuchując się w jej
                      historię. Nastrój jest niesamowity. Naokoło nas Nil, nad nami czarne niebo,
                      wokół nas magiczna noc. Uważa się, ze na File „światło i dźwięk” jest
                      najbardziej efektowne i najlepsze. Nam trudno to stwierdzić, gdyż innego nie
                      widzieliśmy (oprócz fragmentów w Kairze), ale z pewnością na długo zapamiętamy
                      samo przedstawienie, jak i okoliczności całej „wyprawy”. Ze względu na naszą
                      opieszałość, po spektaklu niestety nie udaje nam się zwiedzić ruin. Był na to
                      czas wcześniej, przed widowiskiem... Jeden moment i światła gasną, policja
                      turystyczna pilnuje, aby nikt na wyspie nie został. Trudno, wracamy i my. Nasza
                      motorówka już na nas czeka. Jej koszt w obie strony dla całej ekipy to 35 LE,
                      bilet za spektakt od osoby kosztuje 55 LE od osoby. Na wyprawę warto wybrać się
                      w 6 – 7 osób, tyle bowiem mieści się w taksówce i całe koszty rozkładają się na
                      więcej osób.
                      • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 11:50
                        Taksówkarz także jest na posterunku. W powrotnej drodze buzia mu się nie
                        zamyka; próbuje namówić nas na jutro na objazdową wycieczkę po Asuanie i
                        okolicach. Decydujemy się nie korzystać, gdyż nie znamy jeszcze dokładnego
                        rozkładu dnia jutrzejszego – musimy się spakować i opuścić statek...
                        Po wrażeniach całego dnia szybko zasypiamy. To już ostatnia noc na naszej „Miss
                        World”...

                        2.11
                        Asuan, podróż do Kairu

                        Dziś postanawiamy pospacerować po Asuanie. Migające dorożki i taksówki,
                        pokrzykujący mieszkańcy, wychudzone konie, brudne ulice i biedne dzieci.
                        Kobiety w chustkach na głowie, z ogromnymi wystającymi spod nich czarnymi
                        oczami, zwiewnie i lekko poruszają się, jakby ogromne i podejrzewam ciężkie
                        kosze na ich głowach były tylko wytworem mojej wyobraźni. Mały chłopiec biegnie
                        za nami; dostał długopis, ale najwyraźniej to mu za mało, bo nie odstępuje nas
                        na krok. Ktoś jedzie na osiołku, nieopodal kolejny osiołek czeka na swojego
                        właściciela.
                        Postanawiamy znaleźć kafejkę internetową, gdzie moglibyśmy zgrać zdjęcia. Po
                        długich poszukiwaniach wreszcie znajdujemy czynny przybytek (pamiętajmy że dziś
                        ostatni dzień ramadanu, wszyscy są przez to senni i ospali), gdzie za rozsądną
                        cenę 10 LE młody chłopak przegrywa nam fotki.
                        W powrotnej drodze słyszymy, jak kolejny Egipcjanin wykrzykuje w naszą
                        stronę: „ Hello my friend! Felluk! Felluk! Good price!”. Twardo idziemy przed
                        siebie, nie odwracając się. Wreszcie Rafał się zlitował, odwraca się a tam...
                        Robert! Wyraźnie uradowany, że udało mu się nas oszukaćJ.
                        Pakujemy się i ok. 12 wystawiamy nasze bagaże. Do 15 musimy opuścić statek,
                        teraz mamy jedną kajutę na całą naszą wycieczkę. Szkoda opuszczać statku, na
                        którym spędziliśmy kilka wspaniałych dni... Dzień mamy trochę stracony ze
                        względu na te pakowania, dowóz bagaży na dworzec itp. W przeciwnym razie
                        udałoby nam się zobaczyć więcej, chociażby wyprawa felluką. Cóż, może następnym
                        razem... Jednak miłe zakończenie dnia powetowało nam stracony czas przed
                        południem. Postanawiamy jeszcze przed odjazdem pociągu do Kairu wybrać się do
                        Nubian House – klimatyczna kawiarenka na wzgórzu, z której rozpościera się
                        malowniczy widok na cały Asuan. Większość naszej wycieczki pojechała
                        wcześniejszym pociągiem z kuszetkami, my w czwórkę z Alą i Andrzejem jedziemy
                        później zwykłą jedynką, akurat więc starcza czasu na Nubian House. Docieramy
                        jeszcze przed zachodem słońca. Za 10 LE dostajemy zestaw obowiązkowy –
                        hibiskusa, zwykłą herbatę, przepyszne ciasteczka i shishę, która oprócz
                        malowniczego widoku jest główną atrakcją dzisiejszego wieczoru. Słodkawa, wodna
                        fajka mnie jednak nie przekonuje „smakowo”. Ma jednak przyjemny zapach, który
                        już zawsze będzie kojarzył mi się z Egiptem. Jeżeli tęsknicie do tego kraju,
                        zamknijcie oczy, wciągnijcie mocno powietrze w nozdrza, a za chwilę poczujecie
                        ten charakterystyczny zapach, który przeniesie was nad Nil...
                        Spoglądamy na Asuan. Wyspy i wysepki, przenikliwy granat wody, a na nim gęsto
                        zasiane felluki dryfujące powoli w różnych kierunkach. Soczyste zielone palmy i
                        krzewy przeplatają się z beżem skał i zniszczonych zabudowań o płaskich
                        dachach. Po chwili słońce zachodzi, domy, hotele i wyspy szarzeją, by za chwilę
                        zacząć się rozświetlać, wkraczając w swoje nocne asuańskie życie...
                        Na nas powoli już czas. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na moment przy
                        hotelu Old Cataract. To tu Agata Cristie napisała „Śmierć na Nilu”. Bardzo
                        chciałam poczuć magię miejsca, gdzie powstała historia tajemniczego morderstwa
                        popełnionego na zapewne trochę podobnym do naszego statku, którym płynął nie
                        kto inny, jak sam Herkules Poirot.
                        Myśląc o tej historii docieramy na dworzec. Cóż, jego stan jest kiepski, ale
                        otwarcie trzeba przyznać, że wiele dworców w Polsce wygląda bliźniaczo
                        podobnie... Za to pociąg, „1 klasa”... hmmm nie czyszczony chyba od lat stu...
                        Tak jak już wcześniej pisałam, większość osób z naszej wycieczki zdecydowała
                        się jechać kuszetką. Do tej przyjemności dopłacali po 50 $ od osoby. Tak
                        naprawdę kupili jednak bilet po raz drugi. Biuro nie zamierzało oddać różnicy,
                        z niewyjaśnionych dla nas przyczyn. Myślę, ze nasza przewodniczka miała udział
                        finansowy w tym precederze, bo zdecydowanie odradzała nam jechać pierwszą
                        klasą, mówiąc o bydlęcych wagonach i jarzeniówkach palących się całą noc. Nasza
                        czwórka – najmłodsi – postanowiła jakoś przetrzymać, reszta – osoby w średnim
                        wieku – wybrali kuszetki z kolacją i śniadaniem, gdzie rzeczywiście mieli
                        przyjemnie i czysto. My nie żałujemy, bo dzięki późniejszej godzinie pociągu
                        odwiedziliśmy Nubian House no i parę grosików w kieszeni zostało. A przede
                        wszystkim nie było tak źle, jak mówiła Aga. Jedyny minus to fakt, że dotarliśmy
                        do Kairu b. późno i nie mieliśmy czasu, aby w hotelu odświeżyć się przed
                        dalszym zwiedzaniem.
                        W pociągu mieliśmy przedział dla siebie, na szczęście nikt się po drodze nie
                        dosiadł. Od ok. 12 w nocy – nawet lepiej, bo 2 przedziały. Uczynny Ahmed
                        zaprowadził nas (i całe rzesze innych podróżnych) do sąsiedniego wagonu, gdzie
                        każdy mógł wygodnie rozłożyć się na trzech siedzeniach. Na pytanie ile będzie
                        to kosztowało, odpowiedział że to free i no problem, ale finalnie pobrał od
                        łebka złodziejską sumę 20 LE. Byliśmy jednak za bardzo zaspani i zmęczeni oraz
                        ucieszeni na jego propozycję, że nie próbowaliśmy się już targować. Rano nasz
                        Ahmed bardzo się do nas uśmiechał i pomógł z bagażami – no cóż, parę setek
                        wpadło mu tej nocy do kieszeni.
                        Obudziło nas słońce, trochę bardziej przytłumione i zamglone niż zwykle. To
                        efekt przeraźliwie brudnej szyby, zza której świat wyglądał jak w ogromnej
                        mgle. Dojeżdżaliśmy do Gizy.

                        • imonate Re: Funny Nile - moje wspomnienia 23.01.06, 18:54
                          ale piknie
                        • Gość: Jacek Re: Funny Nile - moje wspomnienia IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.01.06, 22:16
                          Niestety co do Agnieszki to masz rację, a był z nią Nazir ? moje dzieci były nim
                          zachwycone miały z nim fantastyczny kontakt.Pozdr.
                          • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 23.01.06, 22:50
                            Gość portalu: Jacek napisał(a):

                            > Niestety co do Agnieszki to masz rację, a był z nią Nazir ? moje dzieci były
                            ni
                            > m
                            > zachwycone miały z nim fantastyczny kontakt.Pozdr.

                            Chyba tak -pisze chyba bo zupelnie nie pamietam goscia... Chyba tak wlasnie
                            mial na imie, ale nie dam sobie glowy uciac...wiecej znikal niz sie pojawial;)
                            A Agnieszka - coz z jej wiedza mysle ze stanowi ewemenent wsrod przewodnikow,
                            szkoda tylko ze nie ma zupelnie serca do tej roboty i najzwyczajniej w swiecie
                            nie lubi turystow...
                            • platynka.iw Re: Funny Nile - moje wspomnienia 24.01.06, 09:25
                              Teraz mialam dopiero czas, by sobie to wydrukowac i na spokojnie przeczytac...
                              Za oknem -26, a ja pod ciepla kolderka dzieki Tobie przenioslam sie do "domu"!
                              BARDZO Ci dziekuje i gratuluje... Wspomnienia sa wspaniale!! Az mi sie lezka
                              zakrecila...

                              Buziaczki :-*
                              Iwonka
    • ben07 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 22.01.06, 12:55
      Do bergamotki11 - Jak wyglada sprawa załatwienia biletów na kuszetki w pociągu
      Asuan - Kair? Czy kwota 50$ od osoby jest ceną biletu? O której odjezdza pociąg
      z kuszetkami z Asuanu? Jakie są w nim warunki?
      • platynka.iw Kuszetki Asuan-Kair 22.01.06, 14:27
        Przepraszam ben07. Nie jestem bergamotka ale moze sie wypowiem?? :>Z kuszetkami
        jest tak-jezeli jest podstawiony wagon z kuszetkami-kupujesz bilet i jedziesz.
        Problem polega na tym, ze nie do kazdego skladu jest ten wagon doczepiany. Jak
        bedziesz w asuanie-tak na 2-3 dni przed wyjazdem do kairu uderz na dworzec
        (bardzo latwo trafic-jest niedaleko glownej promenady, przy Suku) i zapytaj czy
        taki wagon bedzie podstawiony i kiedy... I wtedy robisz rezerwacje.

        Jest jeden problem-nawet jak Ci powiedza, ze bedzie podstawiony-moga go nie
        podstawic :-) Bo to Egipt wlasnie :-)

        Pozdrawiam, Iwonka
        • platynka.iw Re: Kuszetki Asuan-Kair-wyglad 22.01.06, 14:38
          Juz chyba tu pisalam... ale nie mam pewnosci, wiec prosze-kuszetki sa super
          wypasione. Miejsca niewiele... ale tak. Wchodzac z korytarza (pisze o naszym
          ukladzie) na wprost okno ze szczelna roleta oraz zaslonkami (zeby bylo milutko-
          i byly czyste :-) Po prawej bylo 2 drzwi. Jedne-to schowej na walizke (malenki)
          a dalej mini lazienka (umywalka, mydelko, 2 szklaneczki, reczniki papierowe)
          Woda letnia, ale zeby da sie umyc :-)
          Po lewej dwa lozka (pietrowe)
          W cenie byl poczestunek (soczek, jakas potrawka z ryzem, kawalek ciasta)

          Plusy to-mozliwosc umycia sie wieczorem i rano, intymnosc, luz... ja nawet
          wysniupalam z walizy nasze pizamy :-) Luzik..

          Iwonka
          • pc_maniac Do Bergamotki 23.01.06, 00:17
            Ech, żebym ja tak umiał pisać :o(

            No comments
            • bergamotka11 Re: Do Bergamotki 23.01.06, 22:46
              uslyszec cos takiego od jednego z guru tego forum i jednej z osob ktora mnie
              zainspirowala do wstukania w klawiature moich wspomnien...:))

              a co do kuszetek - jesli jedzie sie w rejs, to warto juz w Polsce dowiedziec
              sie o mozliwosc doplaty, bo inaczej buli sie 2 razy jak osoby z mojej wycieczki
              ktore skorzystaly z kuszetki (za 1 kl w cenie wycieczki i 50 bagsow extra za
              kuszetke). A w razie czego trzeba krzyczec o bilet do przewodnika zeby byl
              dowod w Polsce i mozliwosc zwrotu czesci kasy.
              • pc_maniac Re: Do Bergamotki 23.01.06, 23:59
                Ja guru?
                Chyba żartujesz. Poprostu jeśli w czymś mogę pomóc to pomagam.

                Ale naprawdę cudnie piszesz i śmiem twierdzić, że są to chyba najlepsze
                wspomnienia jakie czytałem. Fantastycznie potrafiłaś w relację wpleść masę
                informacji przybliżających historie opisywanych obiektów, tym, którzy dopiero
                wybierają się.
                No i to lekkie pióro. Naprawdę jestem pod wielkim wrażeniem.
                Sądzę, że jeśli tych wspomnień nie zamieścisz na jakiejś stronie internetowej,
                okraszonej również zdjęciami z podróży, to będzie wielka strata. Bo na forum
                jednak takie relacje są niestety ulotne.
    • Gość: ika Re: Funny Nile - moje wspomnienia IP: *.walbrzych.dialog.net.pl 23.01.06, 17:38
      jak ja lubię takie wspomnienia a jak jeszcze ktos ma talent... to czysta
      przyjemność. Gratuluję i serdecznie pozdrawiam ( czekajac na wiecej).Ika
      • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 24.01.06, 19:40
        dziekuje Wam za wszystkie mile slowa:) Piszac staralam sie opisac troche
        egipskiego klimatu aby ci, ktorzy tam byli mogli przypomniec sobie ich pobyt a
        jednoczesnie wrzucic troche info o historii i zabytkach aby ktos kto tam sie
        wybiera mogl czegos sie dowiedziec. jesli udalo mi sie to choc troche, jest mi
        bardzo milo:)
        jak dam rade spisac wszytko to pewnie wrzuce w jakiegos bloga
        pozdrawiam Goraco i Upalnie
        • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 11.02.06, 12:45
          oto dalszy ciag moich wspomnien.

          3.11.05 Kair

          Nasz pociąg miał spore opóźnienie; do Kairu dotarliśmy grubo po 9.00. A to
          oznacza, że na zwiedzanie będziemy mieli mniej czasu. Naprędce otrzepujemy się
          z wszechogarniającego brudu i wysiadamy.
          Na stacji wita nas zdezelowana i powyginana tabliczka z napisem „Giza” oraz
          słońce, które okazało się o wiele bardziej intensywne na zewnątrz pociągu. Bez
          żalu żegnamy nasze „kuszetki”. Pakujemy się do autokaru, który zawozi nas do
          hotelu – Middle East w Gizie. Niestety nie mamy czasu nawet wejść do pokoi aby
          choć z grubsza się odświeżyć. Zabieramy jedynie resztę naszej wycieczki, która
          w królewskich warunkach dotarła do Kairu parę minut po siódmej i jedziemy na
          początku do Muzeum Egipskiego.
          Dziś jest pierwszy dzień Feast – największego w roku święta muzułmanów na
          zakończenie ramadanu. Trzy dni nieustającej zabawy, świętowania na ulicach i
          przeogromnej radości. Ale to także trzy dni niemal całkowitego zapominania o
          turystach; hmm powiem więcej, całkowitego olewania turystów. I czy nam się
          podoba, czy nie, musimy się do tego dostosować. Na zwiedzanie nie mogliśmy
          wybrać gorszego dnia w roku. Muzeum czynne krócej, na ulicach jeszcze
          większe „rozregulowanie” i zamieszanie niż zwykle. Na dodatek nasza wizyta w
          muzeum była pod znakiem zapytania. Agnieszka miała problem ze zorganizowaniem
          lokalnego przewodnika, który musiał być z nami obecny podczas zwiedzania. Każdy
          wolał świętować, niż zajmować się turystami... A bez przewodnika z odpowiednimi
          papierami nie wejdziemy do muzeum... Na szczęście znalazł się jakiś ochotnik, a
          chyba raczej dwóch, bo jeden z nich ostro awanturował się po angielsku i
          arabsku z naszą przewodniczką. Wygląda na to, że nic nie wskórał i został ostro
          pogoniony (ostry języczek i momentami cholernie nieprzyjemną powierzchowność to
          nasza Agnieszka miała, trzeba jej przyznać). Nie muszę chyba dodawać, że rola
          wynajętego przewodnika była zgoła zagadkowa – jedyne co robił, to po prostu
          BYŁ i kiedy zaszła potrzeba, okazał odpowiednie dokumenty, nie odzywając się
          do nas słowem, ani po polsku ani po angielsku, ani nawet po arabsku;).

          Jadąc w stronę muzeum mamy czas na pierwsze przyjrzenie się Kairowi. Jednemu z
          najbardziej barwnych, egzotycznych, zaludnionych, pełnemu największej ilości
          sprzeczności miastu na świecie. Miastu, które podobno można albo pokochać albo
          znienawidzić, ale na pewno nie przejść wobec niego obojętnie. Miastu, które ma
          własne niepowtarzalne tętno, żyje w specyficznym tempie, ni to szybkim ni to
          powolnym, pełne tajemnic, piękna i brzydoty, biedy i oszałamiającego bogactwa,
          przenikliwej ciszy i jednocześnie hałasu, gdzie starożytna historia przeplata
          się ze współczesnością, majestatyczny spokój z rozedrganym niepokojem,
          bezpieczeństwo z niebezpieczeństwem.
          Z każdej strony docierające do nas dźwięki klaksonów tworzą swoistą muzykę,
          rytm będący pulsem tego miasta, jego bijącym sercem, bez którego by umarło.
          Kakofonia dźwięków przenika każdą komórkę słuchacza, wypełnia każdą szczelinę
          przestrzeni, staje się oryginalnym utworem muzycznym, piskliwym i męczącym
          chwilami, a jednak nie pozbawionym własnego uroku.
          Samochody, duże i małe, stare i nówki, taksówki i auta prywatne suną do przodu
          w bliżej nieokreślony sposób kierując się zasadą: jestem jedynym uczestnikiem
          ruchu drogowego a jeżeli nawet nie jestem, to i tak nie muszę zwracać na
          nikogo uwagi. A już na pewno na pieszych! Słowem – easy riders. Samochody
          łączy jedno – wszystkie są poobijane. Jest podobno jedna zasada ruchu drogowego
          (o ile w ogóle o jakichś zasadach oprócz wymienionej powyżej można mówić) –
          pierwszeństwo zawsze ma samochód a nie pieszy. Niezależnie od tego, czy
          przebiega przez skrzyżowanie, czy przechodzi przez przejście dla pieszych i to
          na dodatek na zielonym świetle. Czerwone światło dla kierowcy nie oznacza
          wcale, że ma się zatrzymać, ale że „być może w okolicy mogą łazić ludzie, miej
          to ewentualnie na uwadze.”
          Mijamy zatem przemykające między sobą samochody, mijamy rozwalające się domy i
          wieżowce w nieustającej budowie. Wyglądają jak slumsy. Mieszkania w Kairze
          osiągają oszałamiające ceny – warszawskie 5 tys. za m2 wydają się tanie jak
          barszcz. Apartamentowce, cokolwiek by przez nie rozumieć, ale podejrzewam, że
          to cos lepszego od zabudowań które mijamy, kosztują wg relacji Agi od 800 tys.
          dolarów. Musi być drogo, skoro na stosunkowo niewielkim terenie żyje
          kilkanaście milionów ludzi. Zresztą problem mieszkaniowy to duży orzech do
          zgryzienia dla tutejszych władz – ludzie mieszkają dosłownie na kupie, w
          potwornym ścisku i brudzie.
          Nie wiem, jak to się stało, ale bez szwanku dla nas i autokaru docieramy do
          Muzeum Egipskiego. Będziemy tu mieć tylko dwie godziny, a więc po raz kolejny
          czeka nas wyścig z czasem i kilkutysięczną historią zgromadzoną w dużym
          bałaganie na dwóch piętrach dziewiętnastowiecznego gmachu muzeum. Co ciekawe –
          w kraju muzułmańskim – dyrektorem muzeum jest kobieta i to podobno wszystkich
          trzymająca ostro w ryzach. Jedną z pierwszych jej decyzji było wprowadzenie
          całkowitego zakazu fotografowania, a wszystko po to aby udrożnić zatłoczone
          korytarze i zwiększyć przepustowość – turyści nie zatrzymują się nieustannie
          aby zrobić zdjęcie.
          Tłum w muzeum rzeczywiście jest ogromny. Najpierw przy wejściu, potem już w
          samym muzeum. Wycieczki przepychają się między sobą a przewodnicy przekrzykują,
          by ich turyści wyłowili z nieustającego gwaru to, co mają im do przekazania.
          Gdyby choćby na moment zatrzymać się przy każdym eksponacie, w muzeum można
          spędzić kilka dni. Tak więc to co my zobaczymy, to zaledwie promil wszystkich
          eksponatów, dodajmy bałaganiarsko poukładanych i opisanych. Większość opisów
          nie dotyczy znajdujących się obok przedmiotów. Coś takiego możliwe jest tylko w
          Egipcie...
          Idąc z Agnieszką, a później puszczeni samopas, oglądamy setki eksponatów –
          figury i posągi, biżuterię, rzeźby, zawartość grobu Tutanchamona i oczywiście
          mumie władców Egiptu. Oprócz skarbów, jakie zabrał ze sobą jeden z
          najsłynniejszych w naszych czasach faraonów, największe wrażenie robi na mnie
          ogromny posąg Echnatona, faraona heretyka, który zniósł kult Amona i wprowadził
          rewolucyjny jak na tamte czasy monoteizm – kult jednego boga Atona. Spoglądam
          na ogromną postać – nienaturalnie wydłużona i wąska twarz, wysokie czoło,
          ogromne usta i skośne oczy oraz szerokie, kobiece biodra mają w sobie coś
          tajemniczego i intrygującego, tak jak intrygująca była historia Echnatona. Czy
          rzeczywiście był chorym i niepoczytalnym człowiekiem, za którego rządów
          gospodarcza i polityczna siła Egiptu znacznie się pomniejszyła, rozkwitła
          natomiast sztuka? Czy prawdą jest jego łagodność i zamiłowanie do miłości i
          pokoju, zgodnie z nową religią Atona? Czy może jego pacyfizm to mit?
          Oczywiście największą atrakcją muzeum są mumie faraonów – wstęp jest dodatkowo
          płatny. Zasuszone i zakonserwowane ciała wielkich władców starożytnego Egiptu
          śpią snem wiecznym i są tak samo nieśmiertelne, jak znajdujące się nieopodal
          piramidy, miejsca ich wiecznego spoczynku. Dopóki będą istnieć, dopóty istniała
          będzie pamięć i respekt nad tą cywilizacją.
          • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 11.02.06, 12:45
            Dwie godziny zwiedzania minęły zadziwiająco szybko. Może więcej szczęścia będą
            mieli turyści za kilka lat, gdy do użytku oddana będzie nowa siedziba muzeum –
            znacznie przestronniejsza, gdzie wreszcie eksponaty mają być we właściwy sposób
            poukładane i opisane. Kolejny powód, aby jeszcze tu powrócić...
            Wracamy do autokaru i jedziemy w stronę piramid – jednego z najsłynniejszych
            miejsc na świecie. Najbardziej fascynujących i tajemniczych. Wokół którego
            nagromadziło się tyleż niesamowitych co nie mających nic wspólnego z prawdą
            historii i legend. Sygnał od kosmitów, relikt Atlantydy, wzorzec miar wykuty w
            kamieniu... Pochodzenie piramid i to, czym tak naprawdę były, stanowiły i
            nadal stanowią źródło nieustających pytań i domysłów. Niejednemu archeologowi,
            historykowi co zwykłemu zjadaczowi chleba sen z powiek spędzało pytanie: Jak
            oni to zrobili??? Czymże były te budowle wniesione w zapewne niesamowity
            sposób? Miliony bloków skalnych, setki tysięcy ton poukładane ze szwajcarską
            precyzją warstwa na warstwie, w sposób zapewniający niemalże nieśmiertelność.
            Piramidy są tak stare, że ciężko to nam sobie wyobrazić – już w czasach
            Chrystusa miały ponad dwa tysiące lat! Jak bez udziału dźwigów i zaawansowanej
            współczesnej technologii zdołano ułożyć kamienne bloki? Tak, w to musieli być
            zamieszani kosmici...
            Dziś piramidy znajdują się o krok od współczesności. Budynki i knajpy zdają się
            napierać na starożytne zabytki, jakby chciały uszczknąć dla siebie choć trochę
            ich nieśmiertelności. Ciekawe czy za trzy tysiące lat ktoś będzie pamiętał
            jeszcze o sieci Pizza Hut? Ta restauracja chyba najodważniej wkracza w
            niedostępny obszar piramid...
            Wreszcie dojeżdżamy. Piramidy dumnie lśnią w słońcu. Najpierw docieramy na
            taras widokowy – tam pstrykamy zdjęcia pamiątkowe. Mamy na to „aż” 15 minut...
            Aga przestrzega nas przed robieniem sobie zdjęć na wielbłądach, których
            właściciele co krok proponują nam tę przyjemność. Bo jak was wywiozą gdzieś w
            pustynię to długo nie wrócicie... – przestrzega. Ja skłonna jestem jej
            posłuchać, ale Rafał zdecydowanie nie.. Być pod piramidami i nie zrobić sobie
            zdjęcia na wielbłądzie??? No i z duszą na ramieniu i poczuciem tykającego
            zegarka dajemy się zaczepić i za astronomiczną kasę 20 LE (szkoda czasu na
            targowanie) ... hajda na wielbłąda! No ride just photo! – krzyczymy
            zapobiegawczo. Najpierw ja – chyba mam przerażenie w oczach, tak przynajmniej
            widać na zdjęciu. Jaki ten wielbłąd duży! Najgorszy moment to wsiadanie i
            zsiadanie, człowiek ma wrażenie że zaraz spadnie. Właściciel wielbłąda leniwie
            ustawia go na tle piramid. Kilka fotek i zjazd. Teraz Rafał. Jego zdjęcie jest
            zdecydowanie lepsze – lepiej się wielbłądek ustawił. Jak by nie było – pamiątka
            jest.
            Do busa wracamy ostatni – Agnieszka ma srogą minę... Ale ona jest tu nie
            pierwszy i nie ostatni raz, a my...
            Jedziemy pod piramidy. Zastanawiamy się czy wchodzić do środka – podobno
            atrakcja to żadna, człowiek się tylko spoci i zmęczy i nic nie zobaczy...
            Decydujemy się jednak na wejście – w końcu być pod piramidą i nie wejść do
            środka to jak być w Rzymie i nie zobaczyć Watykanu. Nabywamy bilet i powoli
            zanurzamy się wgłąb piramidy Chefrena. Idziemy w dół wąskim i dusznym
            korytarzem na ugiętych nogach. Kto ma problemy z sercem albo klaustrofobię,
            powinien zdecydowanie zrezygnować z wejścia do piramidy. Dochodzimy do
            niewielkiej, prostej sali w której znajdował się grobowiec i wracamy z
            powrotem. Wszystko zajmuje nam 15 minut. Burzymy kolejny mit, jakoby piramida
            pełna była krętych korytarzy i labiryntów.
            Została nam chwila na zdjęcia i krótki spacer wokół piramid. Czas jaki mieliśmy
            na wszystko to tak naprawdę strzępek potrzebny do tego, żeby dobrze poczuć
            piramidy i uświadomić sobie, gdzie się znajdujemy. Zastanawiam się dlaczego
            wycieczki oprowadzane są w takim morderczym tempie. Przecież przy odrobinie
            dobrej woli i trochę innej organizacji można by na wszystko co widzieliśmy
            poświęcić więcej czasu. Być może my - i zdecydowana większość obecnych tu
            turystów - zwiedza piramidy pierwszy i ostatni raz w życiu.
            Ale nam został jeszcze jeden przystanek – sfinks. Docieramy do niego spacerem –
            odległość jest spora ale na trasie dojazdowej panuje olbrzymi korek, toteż
            autobusy mają nasze tempo... Dumny sfinks pręży się w słońcu niewzruszony
            tłumem, jaki codziennie przybywa, by zobaczyć go na własne oczy. Jest
            imponujący ale bardzo zniszczony. Niszczeje z roku na rok. Przeprowadzone
            paręset lat temu prace konserwacyjne dziś zaszkodziły mu jeszcze bardziej. Tu,
            ze względu na ograniczenie przestrzeni, tłum jest jeszcze większy. Zrobienie
            zdjęcia na tle sfinksa bez obecności osób trzecich graniczy z cudem. Zwiedzamy,
            oglądamy, robimy zdjęcia... Nagle słyszymy gwizdki służb porządkowych- to
            koniec zwiedzania. Turyści niczym bydło ubojne zapędzani są do wyjścia... Jest
            równo 16 i ciężko mi zrozumieć, dlaczego tak wcześnie zamykają. Do zmroku
            pozostała przecież jeszcze godzina... Myślimy, że to ze względu na Feast, ale
            dowiadujemy się że tak jest codziennie. Cóż, własna logika egipska.
            Teraz czeka nas obiad w restauracji pod Sfinksem. Nie polecam... Praktycznie
            nic nie nadawało się tam do jedzenia... Każdy kto będzie miał możliwość
            zjedzenia gdziekolwiek indziej, niech z tego skorzysta i nie da się nabrać na
            romantyczną atmosferę restauracji pod chmurką, gdzie potężny posąg jest niemal
            na wyciągnięcie ręki...
            Najedzeni jedziemy do sklepu z biżuterią- najbardziej okazałe jest złoto, i
            jeśli ktoś je lubi (ja nie), może z pewnością wybrać coś ładnego i w miarę
            niedrogiego dla siebie.
            Nasz kolejny przystanek w którym spędzamy dużo więcej czasu, to perfumeria.
            Kupowanie tutaj to niemal rytuał – najpierw zasiadamy w ławach częstowani
            hibiskusem, potem odbywa się prezentacja olejków. Dostajemy ich pełną listę i
            niektóre z nich „próbujemy” Po chwili nie czuję już niemal nic, tylko misz masz
            zapachów. Niektóre z nich to bazy, inne gotowe mieszanki, z których produkowane
            są perfumy światowych koncernów. Rafał jest niepocieszony;) - decyduję się na
            4 zapachy – później okaże się, ze wszystkie są bardzo do siebie podobne...
            Wreszcie wracamy do hotelu. Może nie jest najwyższych lotów, ale w miarę czysty
            (pomijając „pachnące” windy) i – co w tym momencie najistotniejsze – ma
            działający prysznic z ciepłą wodą. Zmywam z siebie cały brud z pociągu i przy
            okazji trochę starożytnego kurzu z piramid.
            Pod wieczór udajemy się na kolację, którą spożywamy w restauracji znajdującej
            się na dachu hotelu. Tu jemy „normalny” od dłuższego czasu posiłek – zwykły
            kotlet z piersi z kurczaka, frytki i surówkę. Z dworu dochodzą nas odgłosy
            świętującego miasta- szum, jazgot, klaksony, pokrzykiwania...
            Przy kolacji przyszło nam obserwować niecodzienne – przynajmniej dla nas –
            wydarzenie – muzułmańskie wesele. Ściślej mówiąc, to uroczystość „zawiadomienia
            o ślubie”. Ślub to tak naprawdę kontrakt precyzyjnie spisujący ewentualny
            podział majątku oraz lista co wolno a czego nie wolno żonie. Zawiadomienie o
            ślubie to krótka uroczystość „informująca” o kontrakcie – może mieć miejsce
            nawet rok po. Panna młoda w białej sukience, pan młody w garniturze, stoją w
            środku, naokoło nich także eleganccy krewni i muzycy z bębenkami. Śpiew,
            muzyka, rytualne i symboliczne. Wszystko trwa może z godzinę. Obserwujemy z
            ciekawością, ale nie chcemy zakłócać ich uroczystości i święta; jesteśmy w
            końcu „obcy”, i geograficznie, i kulturowo.
            Wieczorem postanawiamy z Alą i Andrzejem wybrać się na wieczorne
            przedstawienie „światło i dźwięk” pod piramidy a potem na spacer po centrum.
            Jako że nasz hotel jest w Gizie – w
            • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 11.02.06, 12:46
              Wieczorem postanawiamy z Alą i Andrzejem wybrać się na wieczorne
              przedstawienie „światło i dźwięk” pod piramidy a potem na spacer po centrum.
              Jako że nasz hotel jest w Gizie – w miarę niedaleko jak nam się wydaje od
              piramid, decydujemy się na spacer. Gwarne i tłoczne ulice, nie wiem na ile w
              feast różnią się od zwykłego dnia; mam jednak wrażenie że musi tu być podobnie
              ze względu na tłumy zamieszkujące Kair i sam charakter Egipcjan. Idziemy i
              idziemy, nawet nie jesteśmy w stanie stwierdzić na sto procent czy podążamy w
              dobrym kierunku. Czas mija, wiec postanawiamy jednak wziąć taksówkę, żeby się
              nie spóźnić. I tu niespodzianka. Okazuje się, że taksówkarze w Kairze nie mówią
              po angielsku! Zaczepiamy kilku z nich, żaden nie wie o co nam chodzi... W końcu
              ustalamy z jakimś cenę (dziś liczą sobie dodatkowo no bo wiadomo – święto)
              mimo, że nie jesteśmy pewni czy nas zrozumiał- wsiadamy. Jedziemy i jedziemy, a
              piramid jak nie było tak nie ma.... Coś się nie zgadza, facet wyraźnie jedzie w
              stronę centrum... Pytamy go czy na pewno dobrze jedzie. Nie kuma ani słowa.
              Powtarzamy „pyramids” – robi dziwną minę. Pokazuje kształt piramidy z dłoni-
              nic. Sfinks mówimy – nic. W końcu wyciągamy przewodnik i pokazujemy zdjęcie-
              taksiarz łapie się za głowę i robi gwałtowną nawrotkę. Z jego łamanej
              angielszczyzny wysnuliśmy wniosek, że chciał zawieść nas na pyramyds street.
              Jak to możliwe, że w Luksorze, Asuanie, Edfu- dużo mniejszych i mniej
              uczęszczanych przez turystów miejscowościach każdy – małe dziecko i bezzębny
              starzec lepiej lub gorzej posługiwali się angielskim, a tu taksówkarz nie
              rozumie słowa „ pyramyds”...
              Nie muszę chyba dodawać, że na spektakl przyjechaliśmy spóźnieni. Stajemy przed
              Pizza Hut, stad słychać i widać tylko trochę, patrzymy z daleka na widowisko.
              Zaraz pojawia się właściciel jak myślę osławionej kawiarni z tarasem, z którego
              przedstawienie ma się jak na dłoni. Jesteśmy już jednak w połowie, a godzina
              późna, wiec rezygnujemy z dalszego oglądania i postanawiamy pojechać do
              centrum. Złapanie taksówki graniczy z cudem. Albo podają zaporowe ceny nie
              chcąc negocjować, albo ni w ząb nie rozumieją angielskiego i nie mają pojęcia
              gdzie chcemy jechać. W końcu trafiamy na taksówkarza, wprawdzie nie znającego
              języka, ale na tyle rozgarniętego, że na widok mapy pojął o co nam chodzi i nie
              zaśpiewał za dużo. Wsiadamy. I tu się zaczyna wyprawa... Uradowany i świętujący
              Egipcjanin nie mogąc się z nami dogadać postanawia użyć uniwersalnego języka –
              muzyki. Włącza na cały regulator egipską kocią muzykę i ruszamy w trasę. Z
              dusza na ramieniu, dodam. Na desce rozdzielczej futerko, pod lusterkiem
              pałętają się wisiorki i kolorowe paciorki, lusterko zewnętrzne złożone... Ale
              za to klakson działa przednio... Wesoły taksówkarz podśpiewuje, zaczyna
              klaskać, my razem z nim... Impreza na całego w korku ulicznym... Pasy zmieniamy
              z prędkością światła. Ja pytam, jak to możliwe bez lusterka??? Skoro wybudowali
              tu piramidy, to jazda bez lusterka to pikuś... W pewnym momencie o mało nie
              wjeżdżamy w wyraźnie tym nie przejętą grupę pieszych. It`s ok. Ok., mówi
              zadowolony taksówkarz. Bardziej niepoczytalnym taksówkarzem był chyba swego
              czasu Robert De Niro...
              W końcu docieramy na miejsce – centralny plac miasta At Tahir. Mamy zaplanowaną
              wycieczkę zgodnie z planem z przewodnika, już po kilku minutach okazuje się że
              zwiedzanie w taki sposób jest niemożliwe. Plątanina ulic, ruch i konieczność
              przemykania chyłkiem między samochodami powoduje, że proste przedostanie się z
              określonego punktu A do punktu B jest awykonalne. Ogrom bodźców z każdej strony
              zdaje się nas przerastać. Jesteśmy niczym ludzie ze średniowiecza, którzy
              przenieśli się w czasie i znaleźli na Marszałkowskiej. Zastanawiam się, jak to
              możliwe że przechodnie tak spokojnie łażą po ulicach i nic im się nie dzieje.
              Tak jakby nie mieli świadomości, że w każdej chwili coś może ich przejechać.
              Jesteśmy zupełnie w niewytłumaczalnie innym świecie. Zastanawiam się, na ile
              ten świat jest bezpieczny. Po ulicach spacerują tysiące ludzi, całe gromady
              ludzi, których mijamy w pewnym momencie już bezwiednie a którzy od czasu do
              czasu radośnie nas pozdrawiają. Niektóre ulice przystrojone z okazji święta. Co
              nie przeszkadza tumanom śmieci samotnie wałęsać się po chodnikach. Radosna
              wrzawa wobec niebezpiecznego tłumu. Brudne ulice obok pięknych skwerów
              porośniętych zielenią. Zatłoczone chodniki obok wąskich, opustoszałych uliczek.
              Ciemne zakamarki obok feerii barw i świateł. Miasto kontrastów. Docieramy nad
              Rzekę, w której wodach odbijają się tysiące kolorowych świateł z pływających i
              zacumowanych łodzi i statków. Niektóre z nich to restauracje.
              Zmęczeni spacerem i wrażeniami wracamy do hotelu. Teraz złapać taksówkę to
              mistrzostwo świata. Wreszcie się udaje. Nie wdajemy się zbytnio w dyskusję;
              pokazujemy wizytówkę naszego hotelu i wsiadamy. Dojeżdżamy, jest grubo po
              północy. Miasto tętnić życiem będzie do białego rana; my natychmiast zasypiamy.
              • bergamotka11 Re: Funny Nile - moje wspomnienia 26.02.06, 21:42
                4.11.05 Kair

                Rano pobudka, pakowanie bagaży i średniej jakości śniadanie. Śniadanie, za
                które, dodam, musieliśmy zapłacić po dodatkowe 20LE. Podobno w programie nie
                było tego śniadania, ale dam sobie głowę uciąć że ktoś (nasza przewodniczka???)
                mieszał w tym palce...
                Mniejsza z tym.
                Wsiadamy do naszego zielonego autokaru i podążamy w stronę Cytadeli i Meczetu
                Alabastrowego. Nie wiem jak kierowcy udało się tam dotrzeć bez wypadku takim
                wielkim autokarem, no ale na szczęście udało się...
                Meczet i cytadela znajdują się na wzgórzu, skąd rozpościera się widok na
                panoramę Kairu. To specyficzny widok – zrujnowane domy w budowie, a za nimi,
                lekko za mgłą majaczą piramidy. Przewodniki piszą, że sama panorama uzasadnia
                opłatę za bilet i w znacznej mierze mają rację.
                Po chwili znajdujemy się na olbrzymim alabastrowym dziedzińcu otoczonym
                arkadami. Jasne Kolumny o lekko różowym zabarwieniu – potężne a jednocześnie
                delikatne. Zdejmujemy obuwie i sunąc po cienkim dywanie wchodzimy do środka
                meczetu.
                Meczet ten jest jednym z największych i najczęściej odwiedzanych meczetów w
                Kairze. Wybudowany na styl świątyń w Stambule, nie ma w sobie nic egipskiego, a
                jednak jest bardzo popularny. Kolumny, ściany i fasady lekko rzeźbione w
                delikatnym kamieniu. Olbrzymia sala pełna turystów siedzących, stojących i
                przechadzających się po meczecie, w większości z głowami zadartymi do góry i
                podziwiającymi imponujący sufit z tysiącem świateł i lampionów, ozdób i
                dekoracji. Niektórzy kładą się wprost na ziemi i fotografują sufit.
                Wychodzimy na dziedziniec. Tu już możemy założyć powrotem buty. Spoglądamy do
                góry, by przyjrzeć się słynnemu zegarowi, jaki został podarowany Muhammedowi
                Alemu, twórcy meczetu, przez Francuzów w podziękowaniu za obelisk który dziś
                stoi w Paryżu na Placu Zgody. Zegar niezbyt efektowny, mocno podniszczony.
                Dlaczego więc jest słynny? Ano dlatego, że jego wskazówki nie wskazały nigdy
                ani minuty. Zegar od początku był uszkodzony.
                Wychodzimy z terenu meczetu, jeszcze raz wśród tłumu podziwiamy panoramę Kairu.
                Ze względu na Feast, do Kairu zjechało wielu turystów z całego Egiptu i krajów
                sąsiednich. Wśród nich jest sporo nastolatków, którzy dość dziwnie reagują na
                nasz widok. Podejrzewam, że nie widzieli nigdy Europejczyków. Dochodzi do tego,
                że proszą nas o wspólne zdjęcie
                Wreszcie wracamy do autokaru. Opuszczamy cytadelę i kierujemy się w stronę
                bazaru. Jest dość wczesna godzina, ok. 11, toteż suk dopiero powoli i leniwie
                zaczyna budzić się do życia. Wiele stoisk jest jeszcze zamkniętych, niektóre są
                dopiero otwierane przez krzykliwych handlarzy. Poruszamy się po
                części „turystycznej” bazaru, zatem jest on dosyć cywilizowany. Słyszymy owszem
                zachęty do kupna, ale nikt nie jest tak nachalny, jak to miało miejsce w
                miejscowościach, do których docieraliśmy podczas rejsu. Być może pewnego
                rodzaju spokój wynika także w wczesnej pory. Zatem nie tylko atmosfera, ale
                także asortyment jest tu zgoła inny, niż na suku w Asuanie. Nie ma takiej
                ilości przypraw, suszonych owoców w ogromnych koszach ani hibiskusa, ale jest
                za to ogromny wybór szklanych flakoników na perfumy, szkatułek i pojemniczków
                na świeczki. Powoli zanurzamy się wgłąb bazaru – raj dla miłośników staroci
                (nieważne już czy prawdziwych czy sfabrykowanych). Kufry, stare szafy,
                zakurzone lustra z ozdobnymi ramami…. Obok srebrne zastawy, świeczniki, lampy i
                biblioteczki. A chwile potem potężna wystawa bambusowych bębenków, dalej
                papirusy, olbrzymie, mieniące się tysiącem kolorów fajki wodne i mnóstwo innych
                rzeczy dużych i małych, drobiazgów i całkiem potężnych pamiątek, którymi z
                powodzeniem można urządzić całkiem pokaźnych rozmiarów mieszkanie.
                Gdy bazar powoli budzi się do życia, my go opuszczamy. Starczy nam czasu
                jeszcze na przepyszny koktajl owocowy w pobliskiej kawiarence i powoli żegnamy
                się z Kairem. Z brudnymi, zaśmieconymi ulicami, z tysiącem przechodniów
                tworzących barwny i egzotyczny korowód, z nieustającym dźwiękiem klaksonów, z
                potężnymi korkami ulicznymi. Z piramidami, licznymi meczetami i z tysiącem
                innych miejsc, których nie było nam dane obejrzeć. Dynamiczny puls miasta
                powoli słabnie, jest coraz cichszy, coraz delikatniejszy, coraz mniej
                wyczuwalny aż wreszcie zanika pośród pustyni, w którą się zanurzamy jadąc w
                stronę Hurgady.
                Podróż trwa ok. 8 godzin. Nie wiem, jak to się dzieje, ale nie jedziemy tym
                razem w konwoju, jak to miało miejsce w drodze z Hurgady do Luksoru. Nie mamy
                też zbyt wiele do podziwiania na trasie, która w zdecydowanej większości
                przebiega przez pustynię. Jest jednak jeden moment, który na długo zapamiętamy –
                kolejny już w Egipcie zachód słońca. Każdy z nich jest piękny i
                niepowtarzalny, tym razem jednak podziwiamy go na tle wiatraków- elektrowni
                wiatrowej.
                Późnym wieczorem, po 21 docieramy do Hurgady. Okazuje się, że wszyscy
                uczestnicy naszego rejsu będą zakwaterowani w tych samych hotelach. Więc my
                wracamy do naszego Royal Palace. W trakcie kwaterowania wychodzi olbrzymi
                bałagan organizacyjny – mniejsza już z tym, czy z winy biura podróży,
                rezydentów czy hotelu; w każdym razie lądujemy w jednym apartamencie rodzinnym
                z Robertem i Marzeną. Nie będę opisywać tutaj wszystkich dyskusji, argumentów
                lub ich braku, bo nie o tym opis ten ma traktować. Następnego dnia
                przekwaterowali nas do osobnych pokoi, niemniej jednak Sun & Fun nie zrobiło
                nic aby nam pomóc i zakwaterować we właściwych warunkach, zarówno jeśli chodzi
                o pokoje jak i sam standard hotelu.
                Przez całe to zamieszanie pozostałe osoby z autokaru musiały odczekać dodatkową
                godzinę zanim dojechały do własnych hoteli. Żegnamy się ze wszystkimi i
                umawiamy na wspólne nurkowanie za kilka dni. Nie chce mi się wierzyć, że
                najważniejsza część naszej wycieczki już za nami… Teraz pozostało już tylko
                kilka dni na lenistwo i odpoczynek na plaży. Obiecujemy sobie je wykorzystać
                jak najlepiej i nie przejmować się całym zamieszaniem związanym z
                zakwaterowaniem.
                Kładziemy się spać późno, już po północy.
                • Gość: SubZero Re: Funny Nile - moje wspomnienia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.02.06, 21:31
                  Szukacie ciekawego i fascynującego hobby. Zacznijcie nurkować.

                  Dlaczego warto nurkować?

                  * Bo to fajna i bezpieczna przygoda,
                  * Bo to sport, który ma niezwykle relaksujące działanie,
                  * Bo to hartuje Twojego ducha i charakter,
                  * Bo lepiej zobaczyć podwodny świat na własne oczy niż w kanale Animal Planet
                  * Bo można na to podrywać laski, lub facetów na imprezach
                  * Bo życie jest krótkie

                  zapraszam na www.nurkonet.pl

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka