soova
14.04.04, 12:02
Witam,
Taka mnie refleksja naszła po świętach wielkanocnych, które po raz pierwszy w
życiu organizowałam (przy okazji składam gorące podziękowania uczestnikom
wątku: "Teściowa przyjedzie na Wielkanoc" za przepis na zalewę do udźca
jagnięcego). Reakcja przeważającej większości osób, z którymi sie po Świętach
zetknęłam, jest mniej więcej taka: "Ależ sie objadłem/obżarłem/najadłem" etc.
niepotrzebne skreślić. I tu od razu pytanie: po co? Dlaczego? Tradycja?
Imperatyw kategoryczny czy inny mus wewnętrzny? Wspaniały polski styl
goszczenia, czyli: "No, co tak mało?" "Nałóż sobie jeszzcze
trochę!" "Przecież ty w ogóle nic nie zjadłeś/zjadłaś!" ożeniony z narzuconym
nam przez wychowanie brakiem asertywności???
Rozumiem, że kiedyś w Święta naprawdę jadło sie te rzeczy, których na co
dzień nie było, sama jeszcze dobrze pamiętam takie czasy, kiedy moja Mama
zamawiała od cielęciary tzw. kulkę cielęcą, i rozumiem, że była to jakaś
okazja, żeby rzeczywiście popuścić wodze i naprawdę najeść się różnych
smakołyków (tym bardziej, że nijakich diet jeszcze wtedy nie było,
przynajmniej nie pamiętam, żeby ktoś z rodziny coś takiego stosował). Ale
teraz? Szynkę zjada się codziennie, owoców jest w bród, naprawdę nie ma się
co najadac na zapas. Czasami, patrząc na góry jedzenia na różnych
wielkanocnych stołach, relacje w TV o osobach, które trafiły na ostry dyżur z
przejedzenia (chociaż z drugiej strony jest to żelazny świąteczny temat
telewizyjny), mam jakieś dziwne wrażenie, że jest to jakiś atawizm, który
mnóstwa ludzi dotyczy, jakiś taki wdrukowany w podświadomość schemat, że oto
święta, więc trzeba wreszcie najeść się do syta (a przeciez nikt na co dzień
głodny nie chodzi!). Gdyby przez chwilkę spojrzeć na to całe zjawisko tak
jakby troszkę racjonalniej, czy na pewno tyle osób by po świętach było
przejedzonych?
Pozdrawiam
soova