jarek_zielona_pietruszka
10.05.05, 22:39
Artykuł zamieszczony w Faktach i mitach nr 18(270) 6-12.05.2005
Wykryto aferę mięsno-wędliniarską. Na medialnych czołówkach w Katolandzie
konkurowała ona nawet z nowym papieżem B16. Też nam afera! Każdy masarz z
dużych zakładów wie, że przy masowej produkcji żarła korzysta się z wielu
śmierdzących sztuczek...
Dlaczego właściciele dużych zakładów wędliniarskich nie pozwalają kłaść na
swój domowy stół produkowanych przez własne firmy mięs i kiełbas, tylko
zamawiają je u poczciwych wiejskich masarzy? To proste: zbyt dobrze wiedzą,
jak to się u nich robi! Pan Zbigniew Szpak, prezes rady nadzorczej
najsłynniejszych ostatnio zakładów mięsnych Constar w Starachowicach (miasto
afer?), stwierdził, że nieświeże wędliny i mięso nie trafiały jednak do
sklepów. Przekonywał, iż jego teza znajduje podstawy w wynikach kontroli
przeprowadzonej przez Głównego Lekarza Weterynarii. Akurat! Constar, zaraz po
dziennikarskich publikacjach, rozpoczął wycofywanie swoich wyrobów z rynku. W
sumie uzbierało się tego ponad 200 ton. Radosław Zimilski prawie 30 lat
przepracował - jak mówi - „w mięsie". Wyrzucono go dwa lata temu z największej
bodajże krajowej firmy tej branży, kiedy odmówił
namaczania zepsutej kiełbasy w specjalnej zalewie.
Składa się ona z mieszaniny różnych olejów, pieprzu i płynu do wywabiania
plam, np. Ace. Po takiej kąpieli na jakiś czas znika pleśń, kiełbasa nabiera
znakomitego wyglądu, wprost śmieje się do klienta - zapewnia Zimilski.
- Rewolucją w przetwórstwie- mówi pan Dariusz (byty pracownik spółki
zajmującej się handlem różnego rodzaju ulepszaczami do mięs i wędlin boi się
podać swojego nazwiska, bo - jak twierdzi- za tym gigantycznym interesem stoi
swoista mafia) - był dutehing. Wymyślono go w Holandii, zaś proces
konserwowania żywności polega w nim na wykorzystaniu promieni gamma. Proszę
sobie wyobrazić, że wyroby można odświeżyć nawet po... 6 latach! Wtedy
przylepia się nową naklejkę z datą ważności i kilkutonowa produkcja przedłuża
swoje życie, bez problemu wracając na rynek.
Laboratoria chemiczne nie ustają w poszukiwaniu nowych rozwiązań przedłużenia
żywota produktów. Stabilizatory, białka proteinowe - wszystko to wpompowuje
się dziś do mięsiwa. O dziwo, cała ta chemia podnosi aromat, nadaje
smakowitego wyglądu, zwiększa zawartość białka, wydłuża terminy przydatności.
Nie truje, ale też służy organizmowi tyle, co trociny albo stary chleb. -
Robiliśmy szynkę z zawartością wody równej 45 proc. - wyznaje rzeźnik
Zimilski. To jeszcze nic. Są zakłady, które idąc wzorem np. Danii, potrafią
wyprodukować szynkę z zawartością wody przekraczającą 60 proc.!
W Polsce legalnie działa wiele spółek (np. Dydona spółka z o.o.), które za
niewielkie pienią-dze oferują pełny asortyment odczynników zmieniających
padlinę w... cudowną wędlinę. Za około 30 zł za kg kupimy stabilizatory
zwiększające zawartość wody aż dziesięciokrotnie.
- Przy użyciu takich preparatów- informuje pan Dariusz - można wyprodukować
„superkiełbasę", która tak naprawdę w połowie składa się z resztek mięsa
(masarze nazywają to podłogówką!), dużej ilości kości i białek kolagenowych,
podnoszących znakomicie poziom protein. Cuda dzieją się też z kurczakami. Już
trafiły do nas metody z użyciem stabilizatorów. Działa to następująco: w
kurczaka wstrzykuje się substancję utrzymującą 50 proc. wody oraz proteiny
wołowe - i rosołek gotowy! Na Zachodzie mają dodatkowo substancję, która
oszukuje kod DNA. W ten sposób ścierwo będące odpadem staje się świeżutkim
ptaszkiem - jak informują producenci - wprost z ekologicznego kurnika.
Po opowieści pana Darka wierzymy, że w Polsce rynek mięs i wędlin to „łakomy
kąsek" i nic dziwnego, że przekrętów nie brakuje. Podaż żywności spędza też
sen z powiek największych tego świata. Stany Zjednoczone walczą z U E o
dopuszczenie na rynki unijne żywności modyfikowanej genetycznie. Europa
jeszcze stawia opór, ale prezydent Bush jest przekonany, że w końcu się podda
i pozwoli zarzucić amerykańską paszą dla ludzi. ® ® ®
Ale świństwa, które codziennie wkładamy do ust, to nie tylko mięso. Bo oto w
piękny poniedziałkowy poranek wśród handlujących warzywami na targowisku w
Poznaniu takie słyszy się rozmowy: - Dorodną i ślicznie wyglądającą marchew
osiąga się przez moczenie jej w płynie Ace lub w innej chemii. Pomidory
(szczególnie te wczesno-wiosenne, kupowane niekiedy na sztuki) upiększa się,
wstrzykując doń odpowiednie dawki... końskiego moczu. A dojrzewają one w ciągu
jednej nocy w oparach spalin z rury wydechowej samochodu, podłączonej gumowym
wężem do szklarni. Smacznego!
to co zdawałoby się było aferą jednego zakładu obejmuje cały przemysł mięsny.
a wszystkie "ulepszacze" o zgrozo trafiły już pod strzechy.Zastanawiam się co
będziemy jedli za kilka lat przy takim postępie tych wszystkich "wynalazków".
smutnie pozdrawiam. I CO WY NA TO!!!